NSFW




Poprzedni temat «» Następny temat
Ławki
Autor Wiadomość
I So Bad
Multichampion
Ujeżdżeniowiec
Devil in disguise.


Płeć: klacz
Wiek: 16 lat (22.01.2004)
Rasa: Koń holsztyński
Wzrost: 176 cm

Ostatni trening: 02.02 - teren - Tony
Właściciel: Jessie
Cena: £6950

Doświadczenie w skokach: 90
Doświadczenie w ujeżdżeniu: 349
Doświadczenie z lonżowania: 100
Kondycja: 107
Szybkość: 64
Klasa startów: Ujeżdżenie: CS

Wysłany: 2013-01-23, 18:00   Ławki

    Alejka po której obydwu stronach usytuowane są żeliwne ławki wykończone drewnem. Alejka ciągnie się dobrych kilkanaście metrów, niczym ogromny deptak. Wieczorem jak i w dzień można spotkać tu mnóstwo przechodniów.
 
     
Riley
Jeździec zaawansowany

Płeć: mężczyzna
Wiek: 30 (23 grudzień)
Rasa: ndt.
Pieniądze: £4180

Punkty doświadczenia: 62
Wysłany: 2013-01-24, 19:26   

Park wydawał się być zimny i surowy, a sklepy po drugiej stronie jezdni, pełne niespełnionych nadziei i strojów ,,wycieczkowych". To na nich mężczyzna zawiesił na dużej swoje bursztyny, wchodząc na aleję razem z Robertem. Nagie gałęzie drzew tworzyły jakby koronę na tle niskiego pułapu nieba, a wydeptana trawa pod nimi, muśnięta jedynie mrozem i śniegiem, była tak posępna i martwa, że aż trudno było uwierzyć, że jeszcze kiedykolwiek pokryje się dywanem żółtych i liliowych krokusów.
Był to dzień jak co dzień; tak bynajmniej myślał z samego rana. Kiedy zadzwonił budzik, było jeszcze ciemno, ale ciemność tę rozjaśniła duża powierzchnia niezasłoniętych okien. Potem stracił na chwilę kontakt ze swoją świadomością i odzyskał ją jadąc swoim srebrnym Astonem Martinem jak oszalały, dociskając pedał gazu z całej siły. Nie zważając na wyjący z wycieńczenia silnik, który rozgrzany do czerwoności, rozpaczliwie błagał o schłodzenie... Uderzenie, jedno, drugie, wgniecione blachy. Nie zatrzymało go to jednak i dotarł tutaj. Cały czas w jego głowie rozbrzmiewał cichy, słodki szept mówiący mu, że będzie jeszcze miał możliwość wrócenia do dawnej rzeczywistości.
Ucieszył się widząc rozwijającą się pustą aleję przed sobą. Względny i bardzo kruchy spokój w jakiś sposób koił jego zszargane nerwy. Usiadł na żeliwnej ławce, po swojej lewej stronie, która oparciem zwrócona była do miejskich odgłosów i szmerów. Od razu przeniósł wejrzenie zeszklonych ze zmęczenia i wycieńczenia oczu na sylwetkę najdroższego.
Riley miewał często takie chwile, że w oczach mu ciemniało, a ziemia i w ogóle wszystko zdawało się uciekać w dół z przerażającą szybkością. Człowiek zostawał na malutkim, skromnym cyplu, sam wśród nocnych świateł. Właśnie podobny moment przeżywał teraz, patrząc na linię ciała, ciuchów i twarzy zielonookiego, które zbiegały się i tworzyły spójną jedność. Trwał na razie w milczeniu, czekając aż ten przysiądzie obok niego.
_________________

    _____________ Hello. I'm hypocrite!

    ________________RELATIONSHIT

    The on I'm afraid of the most...
    _____________________Is MYSELF.
    ___________________Oh, really? empty
    Heartbreak changes people.
    __Harllow Winter & Nevan & Robert.
    Oh darling, go buy a personality! - -
    ______________People come and go...
    ________________Noa, Nesajem, Robert.
    You say you love the sun,
    but you find a shadow spot; Coleen.

    ________________DREAM ON

    ___________.__DREAMER


    My sunshine, my dear - I So Bad.
    _____The best is yet to come;
    _____________e m p t y.

    ____________________WHAT IF?

 
     
Robert
Jeździec zaawansowany


Płeć: mężczyzna
Wiek: 25 lat
Pieniądze: £8048

Punkty doświadczenia: 43
Wysłany: 2013-01-24, 19:52   

Rzeczywiście, dzisiejszy dzień wydawał się dniem jak co dzień. Rozpoczął się spokojnie, wręcz monotonnie, a jedyną rozrywką, która czekała Roberta, była przeprowadzka do nowej stajni. Jak się jednak okazało, ów dzień wcale nie miał się zakończyć jak każdy z dotychczasowych. Miał nastąpić pewien przełom, na który Robert czekał od pewnego czasu.
Wszystko dookoła w parku wydawało się być równie ponure, co nastrój mężczyzn. Szaro, zimno, bez jakiegokolwiek życia. Między innymi dlatego Hartnett nie lubił zimy. Wprowadzała go w pewien sposób w melancholię, która zaczynała grać pierwsze skrzypce w jego życiu.
Szedł wolnym krokiem, dotrzymując towarzystwa Riley'owi, próbując opanować nerwy z pomocą jakby się mogło zdawać, świeżego powietrze. Wypuszczał przez rozchylone wargi białą parę, która znikała przed nim, mieszając się z resztą powietrza. W końcu dotarli w dogodne miejsce, gdzie nie kręciło się nazbyt wiele osób. Zdecydowanie potrzebowali właśnie w tym momencie się odizolować od reszty świata. Miała być cisza, spokój i ich dwójka.
Brunet usiadł obok swego towarzysza na pomazanej ławce, opierając się wygodnie plecami o jej żelazne oparcie. Lekki dreszcz przeszył ciało zielonookiego, a on sam na razie postanawiał nie przerywać panującej ciszy. Czuł na sobie spojrzenie ukochanego, jednak sam na niego nie patrzył. Utkwił spojrzenie smutnych zwierciadeł gdzieś przed siebie, pozwalając bez żadnych przeszkód bawić się wiatrowi swoją czupryną. Westchnął głęboko i głośno dopiero po chwili, jakby wybudzając się z głębokiego snu. Przeniósł spojrzenie na Rileya i przygryzł dolną wargę, prawie, że ją przegryzając.
- Ach powiedz mi, dlaczego tyle czasu musiałem zmarnować bez Ciebie. - Odezwał się smutno z lekkim pomrukiem, łapiąc kontakt wzrokowy z mężczyzną.
_________________
     Wytykani palcami jako ci niebezpieczni.
    Potomkowie wilków karmieni mlekiem wiedźmy 


    imię: to ja kazałem Ewie zerwać zakazane jabłko
    ma się ten urok hehehe, poszło gładko: robert
    surname: potomkowie wilków  hartnett. 
    .......
    ....Pan trener posiadający krajową ................*************
    ......licencję II stopnia.
    wiek: to uczucie jakbyś nagle obudził się w trumnie » 25 «
    family: jesteśmy dziećmi ognia {.rosemary.}
    friends: Między diabłem a Bogiem żyją ogłupieni ludzie
     joseph  louise  riley  ginger  sue  rose  ariel 
    pms ~ your eyes like the mirror of the soul » 1 «
    love: bitch, please... a jednak? ~ ... <3
    ex: Josephine, Riley {kochankowie: Louise, Joseph} wciąż poluje na Gin.

    ....Między diabłem a Bogiem żyją ogłupieni ludzie
    ..........Strach, przemoc, kłamstwa, wojny i zepsucie
    ....Niektórzy chcą stąd uciec, ale nie mają dokąd


    .......
    the favourites horses:
     desperado  i so bad  orchid of rohan 
    my own horse: we are going to destroy you
    ~ Orchid of Rohan & I So Bad & Little Parrish ~
    trening/lonża/teren: 12/03/00
    dyscyplina: well i just dance the way i feel
    .........wkkw {.high.} z nastawieniem na skoki
    osiągnięcia: życiowy sarkazm, diabeł zna się na żartach
    ... IV msc. {.skoki kl. P.}  desperado  agromer
    ... VII msc. {.skoki kl. P.}  i so bad  agromer
    ... I msc. {.ujeżdżenie kl. P.}  i so bad  orchard
    ... II msc. {.MMK kl. L.}  orchid of rohan  orchard
    ... I msc. {.skoki kl. P.}  orchid of rohan  orchard
 
 
     
Riley
Jeździec zaawansowany

Płeć: mężczyzna
Wiek: 30 (23 grudzień)
Rasa: ndt.
Pieniądze: £4180

Punkty doświadczenia: 62
Wysłany: 2013-01-24, 20:17   

Potrzebował tej ciszy. Chłostała go jednak ze wszystkich swoich sił, nie szczędząc się ani troszkę. Nie było nic bardziej irytującego niż skamieniały język, który teraz tkwił bezwładnie w gębie Rileya. Wpadł w pewien trans. Rano się budził, zapalał papierosa, godzinami siedział przed kominkiem i trwał. Trwał w celi zbudowanej ze wspomnień, uczuć oraz właśnie tego przejmującego milczenia. Oduczył się rozmawiać i jak pięciolatek brnął przez gruzowiska słów, bagna liter, nie mogąc sklecić żadnego błyskotliwego i czytelnego zdania. Jak miał więc wytłumaczyć temu słodkiemu chłopcu, że ... że gdyby nie ta chora ucieczka, ich życie ograniczałoby się teraz do rozkładu 10 metrów pod ziemią. Pochylił swoją sylwetkę delikatnie do przodu, opierając łokcie na kolanach, a dłońmi błądząc niczym ślepiec po twarzy, przeczesując zaraz to palcami gęste, przecinane siwymi włoskami, kudły. Przez te wszystkie nerwy, kilka dni temu odnalazł między ciemno brązowymi włosami gołębie wyimki.
Ciążący, co raz bardziej lepki eter został nagle przecięty głosem Roberta, który miał bardzo żałosny oddźwięk w uszach Szkota. Nie wiedział czy ma dalej nazywać go swoim kochankiem, czy uciekać od wymawiania jego imienia i uschnąć gdzieś w kącie. Oderwał białe, lekko drgające dłonie od twarzy, zostawiając tą trupią skórę w świętym spokoju. Przełknął ślinę, lekko zwracając ku niemu swój profil, spoglądając na niego matowiejącą źrenicą.
- Gdyby nie moje zniknięcie, pewnie już nigdy byśmy nie zamienili ze sobą, nawet takich gorzkich słów... - Rozpoczął głosem ściszonym przez przygnębienie. Oblizał lekko spękane z zimna wargi, wspomnienie ostatnich dwóch nocy spędzonych pod gołym, skutym lodem niebem, na którym nie ostała się żadna gwiazda. - To brzmi absurdalnie i śmiesznie, ja wiem. - Dodał szybko, opierając się plecami o drewniane deski za sobą, wyciągając z kieszeni papierosa, szybko go odpalając i zaciągając się sowicie, czując jak przez gardziel przepłynął drapiący dym. Spojrzał na Roberta ukradkiem, zaciskając mocniej szczęki widząc jak wiele bólu zadał mu przez ten niekrótki wcale czas. - Naprawdę... nie liczę na wybaczenie Robert, ja rozumiem, że mogłeś przez ten czas ułożyć sobie życie z kimś innym, bo sam nie widzę sensu w czekaniu na takiego pomylonego dupka, jakim jestem... Po prostu chciałbym, bardzo bym tego pragnął; żebyś postarał się mnie zrozumieć. Pojawił się po prostu ktoś kto mógł jednym ruchem ręki odebrać nam to wszystko co mieliśmy. Wiem, że zrobiłem to samo wyjeżdżając. - Przerwał na chwilę czując bolesną pustkę w głowie, żachnąwszy się krótko i odwracając nerwowo twarz w kierunku z którego nadeszli. Przyjął marsowe oblicze, odzywając się po chwili. - Ten psychol mógł nas po prostu zabić Robert. Musiałem to zrobić. Chodziło mu o mnie, nie o Ciebie... - Przerwał, kierując wzrok przed siebie, zaciągając się znowu papierosem, pozwalając długim smugom mętnego dymu wydostać się przez dziurki nosa.
_________________

    _____________ Hello. I'm hypocrite!

    ________________RELATIONSHIT

    The on I'm afraid of the most...
    _____________________Is MYSELF.
    ___________________Oh, really? empty
    Heartbreak changes people.
    __Harllow Winter & Nevan & Robert.
    Oh darling, go buy a personality! - -
    ______________People come and go...
    ________________Noa, Nesajem, Robert.
    You say you love the sun,
    but you find a shadow spot; Coleen.

    ________________DREAM ON

    ___________.__DREAMER


    My sunshine, my dear - I So Bad.
    _____The best is yet to come;
    _____________e m p t y.

    ____________________WHAT IF?

 
     
Robert
Jeździec zaawansowany


Płeć: mężczyzna
Wiek: 25 lat
Pieniądze: £8048

Punkty doświadczenia: 43
Wysłany: 2013-01-24, 21:25   

Robert obserwował Riley'a, zatrzymując przez dłuższy moment spojrzenie na jego dłoniach przeczesujących ciemne włosy. Widział, że mężczyzna naprawdę ciężko zabiera się do tego, co ma mu teraz do powiedzenia. Powód zatem jego nieobecności nie mógł być błahy, co w pewnym stopniu odciążyło zapłakane Hartnett'owskie serce. Wręcz teraz wielka troska wystąpiła na jego lico, kiedy obserwował Pana Cunningham'a, zbierającego się do ważnych wyjaśnień. Zapewne, gdyby zielonooki umiał czytać w myślach i wdarłby się do Riley'owej burzy myśli, sam odczytałby co tak naprawdę się stało i odciążyłby swego ukochanego. Niestety nie posiadał tej zdolności i obydwaj musieli się męczyć w tych jakże długich i gorzkich chwilach. Prędzej podejrzewał mężczyznę o zdradę, ucieczkę, niźli to, że opuścił go, aby ratować ich marne istnienia. Tak to niestety wyglądało, dlatego Robert cierpiał podwójnie.
Słuchał Ril'a ze stoickim spokojem wymalowanym na twarzy, wpatrując się w martwy punkt gdzieś na horyzoncie. Pokiwał lekko głową na pierwsze jego słowa i zaciągnął się powietrzem, na dłużej wstrzymując je w płucach.
- Co masz na myśli mówiąc, że nie zamienilibyśmy nawet takich gorzkich słów. - Mruknął i aż ugryzł się w język, powstrzymując od kolejnych gorzkich uwag i wyrzutów. Chciał już mówić, że co, że odszedłby ze swym kolejnym kochankiem? Wtedy na pewno nie zamieniliby ani jednego słowa. Całe szczęście nic nie odrzekł, gdyż Riley kontynuował, zaczynając wszystko wyjaśniać. Brunet skrzyżował ręce na piersi i mocno chwycił krańce materiału kurtki, lekko pochylając czoło. Analizował każde ze słów wypowiedzianych przez mężczyznę. Tak, jakby każde z nich oddzielnie rozbrzmiewało mu w głowie, niosąc się echem po wszelkich zakamarkach.
- Ri, ja nie ułożyłem sobie życia z nikim. Nie mógłbym. Przez ten cały czas czekałem na Ciebie, bo wierzyłem, że do mnie jeszcze wrócisz... Musiałem wyjechać na jakiś czas, ponieważ wszystko przypominało mi Ciebie. Zwariowałbym gdybym został... - Ściszył nieznacznie głos, spoglądając na mężczyznę. Jednak kiedy Cunningham wypowiedział słowa Pojawił się po prostu ktoś kto mógł jednym ruchem ręki odebrać nam to wszystko co mieliśmy.
, Robertem aż zatrzęsło. Ach, czyli jednak kogoś miał. Jego lico wykrzywiło się gorzko, a oczy mimowolnie zaszkliły się jak u porcelanowej lalki. Mężczyzna zacisną wargi i odwrócił spojrzenie, słuchając dalszych słów.
Zabić? Skąd ta nagła zmiana motywu? Robert zmarszczył brwi i zastanawiał się nad tym, co usłyszał. Powoli przysunął się do swego towarzysza i znów nabrawszy powietrze w płuca, w końcu się odezwał.
- Jaki psychol? Zabić? O co właściwie chodzi? - Spytał, pochylając się nieznacznie ku Riley'owi. - Posądzałem Cię raczej oto, że wyjechałeś dla innego, bo ja Ci się już po prostu znudziłem. I wiesz... nawet zdradę byłbym w stanie wybaczyć, jednak kłamstwa nie zniosę. Proszę, bądź ze mną szczery i lepiej już zadaj ten ostateczny cios, przyznając się do kochanka, niźli musisz wymyślać jakieś historie. - Uśmiechnął się do niego sztucznie, kładąc dłoń na bladej ręce Ril'a, na której zacisną palce.
_________________
     Wytykani palcami jako ci niebezpieczni.
    Potomkowie wilków karmieni mlekiem wiedźmy 


    imię: to ja kazałem Ewie zerwać zakazane jabłko
    ma się ten urok hehehe, poszło gładko: robert
    surname: potomkowie wilków  hartnett. 
    .......
    ....Pan trener posiadający krajową ................*************
    ......licencję II stopnia.
    wiek: to uczucie jakbyś nagle obudził się w trumnie » 25 «
    family: jesteśmy dziećmi ognia {.rosemary.}
    friends: Między diabłem a Bogiem żyją ogłupieni ludzie
     joseph  louise  riley  ginger  sue  rose  ariel 
    pms ~ your eyes like the mirror of the soul » 1 «
    love: bitch, please... a jednak? ~ ... <3
    ex: Josephine, Riley {kochankowie: Louise, Joseph} wciąż poluje na Gin.

    ....Między diabłem a Bogiem żyją ogłupieni ludzie
    ..........Strach, przemoc, kłamstwa, wojny i zepsucie
    ....Niektórzy chcą stąd uciec, ale nie mają dokąd


    .......
    the favourites horses:
     desperado  i so bad  orchid of rohan 
    my own horse: we are going to destroy you
    ~ Orchid of Rohan & I So Bad & Little Parrish ~
    trening/lonża/teren: 12/03/00
    dyscyplina: well i just dance the way i feel
    .........wkkw {.high.} z nastawieniem na skoki
    osiągnięcia: życiowy sarkazm, diabeł zna się na żartach
    ... IV msc. {.skoki kl. P.}  desperado  agromer
    ... VII msc. {.skoki kl. P.}  i so bad  agromer
    ... I msc. {.ujeżdżenie kl. P.}  i so bad  orchard
    ... II msc. {.MMK kl. L.}  orchid of rohan  orchard
    ... I msc. {.skoki kl. P.}  orchid of rohan  orchard
 
 
     
Riley
Jeździec zaawansowany

Płeć: mężczyzna
Wiek: 30 (23 grudzień)
Rasa: ndt.
Pieniądze: £4180

Punkty doświadczenia: 62
Wysłany: 2013-01-24, 22:12   

Obuszył się, kiedy Robert rzucił tak trywialne słowa. Kochanek, zdrada? Riley cierpiał katusze szlajając się jak brudna kurwa po świecie, a ten wmawiał sobie przez ten cały czas, że Cunningham znalazł sobie jakąś nową zabaweczkę? Prychnął płytko, mrużąc rozbiegane oczy, które teraz dokładnie taksowały twarz zielonookiego. Zacisnął mocniej szczęki jakby nie chcąc potokowi jadowitych rozgoryczeń wylać się z pyska jak z rozbitego słoju. Odwrócił się do niego, Czując ciepłą dłoń, odruchowo kierując tam wejrzenie rozczarowanych ślepi. Zwrócił ją wnętrzem ku górze, splatając ich palce. Nerwy i uczucia wzięły jednak górę nad dawnym racjonalizmem mężczyzny, jego rozumem. Bursztyny rozlały się jasnym kryształem, a z oczu na raz wylały się dwie smukłe strugi łez. Odwrócił od niego wzrok, mocniej zaciskając palce na Robertowej dłoni. - I naprawdę sądzisz, że byłbym w stanie Cię zdradzić? - wycedził przez zęby nie chcąc aby barytonowy, ochrypły głos zaczął się łamać jak totalnej babie. Wyswobodził Hartnett'a z objęć swoich długich, chudych palców. Jego knykcie pobladły, a oczy zaczerwieniły się subtelnie jakby spędził tysiąc nieprzespanych nocy w ostatnim czasie. - Myślisz... - wypuścił powietrze z płuc, chcąc się uspokoić. - ... myślisz, że mógłbym zdradzić kogoś, bez kogo czułem się jak skończony śmieć, plugawa szmata, tułając się od motelu do motelu... Żebrząc jak pies żeby ktoś mnie przenocował? Jak skończony łazęga. Rozumiem, mogłeś sobie pomyśleć wszystko, nawet, że umarłem. Mniej by to bolało. - Przetarł swoje oczy rękawkami swetra, które naciągnął na zbiedniałe dłonie. Kiedyś mówiono mu, że ma ręce jak ksiądz; takie białe, czyste i delikatne...
Zaśmiał się gorzko. Nie wiedział, że jego życie stanie się aż tak komicznie dramatyczne. Jak w śnie schizofrenika. - Nawet nie wiesz ile razy wątpiłem w to, że wrócę. Ktoś z mojej przeszłości za bardzo sobie mnie upodobał. Zazdrość i zaborczość... cholera jasna! Wszystko zrobiłem co tylko mogłem, żeby Cię nie znalazł, rozumiesz? - Warknął smętnym tonem, zakrywając swoje iskrzące się oczy dłońmi, wbijając lekko paznokcie w czoło i czaszkę przy linii włosów. Nie mógł przecież zalać się krokodylimi łzami jak skończona ciota, tyle już wycierpiał... Nie chciał dłużej targać tego brzemienia na swojej duszy, sercu i ramionach. Wystarczyło mu, że skończył jak skończył, będąc już tylko cieniem dawnego Rileya Cunninghama, czułego i opiekuńczego człowieka. Cień, łaszący się do blednących płomieni.
_________________

    _____________ Hello. I'm hypocrite!

    ________________RELATIONSHIT

    The on I'm afraid of the most...
    _____________________Is MYSELF.
    ___________________Oh, really? empty
    Heartbreak changes people.
    __Harllow Winter & Nevan & Robert.
    Oh darling, go buy a personality! - -
    ______________People come and go...
    ________________Noa, Nesajem, Robert.
    You say you love the sun,
    but you find a shadow spot; Coleen.

    ________________DREAM ON

    ___________.__DREAMER


    My sunshine, my dear - I So Bad.
    _____The best is yet to come;
    _____________e m p t y.

    ____________________WHAT IF?

 
     
Robert
Jeździec zaawansowany


Płeć: mężczyzna
Wiek: 25 lat
Pieniądze: £8048

Punkty doświadczenia: 43
Wysłany: 2013-01-24, 23:00   

Być może i tak sobie wmawiał. Wymyślał naprawdę przeróżne historie, chcąc jakoś racjonalnie wytłumaczyć zniknięcie Riley'a. Nawet myślał, że jednak ten okazał się hetero i uciekł pod przykrywką księdza płodzić dzieci w Afryce :lol: Nie no żart taki od userki. No ale naprawdę Robert ileż to nocy przesiedział bez snu, dławiąc się swoimi łzami i zastanawiając, co też dzieje się z Ril'em.
Mężczyzna zauważył, że niejako swym pochopnym oskarżeniem uraził ukochanego. Nie wiedział jednak czego może się spodziewać i wolał już po prostu zapytać się wprost, niźli trwać dłużej w niewiedzy. Przynajmniej dzięki reakcji mógł coś wywnioskować... bądź Riley mógł być tak doskonałym aktorem, że nabrał Roberta. No ale nie. Tak nie mogło być. Zielonooki za dobrze go znał. Wiedział kiedy Cunningham mówił prawdę, a kiedy mieszał się z kłamstwem. Chociaż co do mówienia nie prawdy, to.. to jeszcze nigdy tego nie uczynił względem Roberta, chyba.
Utkwił spojrzenie smutnych ślepi w dłoni bruneta i splótł z nim swe palce, przyglądając się jego gładkiej, tak bardzo bladej skórze. Zacisnął mocniej szczęki i uniósł spojrzenie trochę wyżej, na białą twarz Riley'a, a wtem coś wstrząsnęło chłopakiem. Ujrzał, że zaszklone oczy, te dwie pojedyncze łzy, wypływające spod powiek zakończonych uroczo wywiniętymi rzęsami. W tym momencie Robert nie mógł nawet przełknąć śliny. Kamień utknął mu w przełyku, a sam zesztywniał, że nawet nie czuł nasilającego się nacisku ze strony dłoni Ril'a. Już wiedział, że popełnił błąd oskarżając go o zdradę, jednak cóż miał powiedzieć? Jakie inne wytłumaczenie? Najwyraźniej strasznie się pomylił i uraził ukochanego, gdyż nawet było widać po sposobie, w jakim się teraz wyrażał. Tak, niezmiernie go uraził. Słowa bursztynookiego kuły teraz Roba w uszy. Zamknął powieki, które zadrżały niebezpiecznie, chowając szykujące się do ujawnienia łzy. Chciał przytrzymać dłoń mężczyzny, jednak ten szybko zabrał ją, tracąc kontakt bliskości z Hartnett'em, który zostawił własną dłoń na kolanach Ril'a, nie mogąc poruszyć żadnym z członków swojego ciała. Nie mógł już słuchać tego, co mówił o sobie Cunningham. Każde ze słów jeszcze bardziej raniło chłopaka, niźli się tego spodziewał.
- R.. Riley ja.. Ja.. Ja naprawdę nie wiedziałem co się z Tobą działo! Ile ja nocy myślałem i snułem różne scenariusze, aż w końcu doszedłem do wniosku, że najwyraźniej na Ciebie nie zasługiwałem... - Wyciągnął drżącą rękę do lica Riley'a i delikatnie, samym koniuszkiem kciuka, otarł mu z kącików bursztynowych oczu kropelki łez. - Proszę Cię, błagam! Nie mów takich rzeczy. Nie nazywaj się tak. Nie mogę znieść myśli, że nie mogłem się z Tobą w żaden sposób skontaktować i Ci jakkolwiek pomóc. - Z jego wielkich, zielonych oczu wypłynęły dwie nierówne łzy. Zatrzymały się na moment na kościstych policzkach i zleciały w dół, ściekając z gładkiej brody. Właśnie w tym momencie dotarła do niego cała prawda. Miłość jego życia poświęciła dla niego wszystko, przeżywała jedne z najgorszych chwil w swoim życiu tylko dlatego, żeby go ochronić przed jakimś szaleńcem... Robert zadrżał na całym ciele i potarł dłońmi twarz, jakby pragnął zetrzeć z niej wszelki smutki oraz zmartwienia. Widok Riley'a w takim stanie doprowadzał go do obłędu. Jeszcze nie widział jak przygnębionego ukochanego.
- Ja naprawdę nie wiedziałem. Gdybyś... - Zawiesił się i odwrócił całkowicie do mężczyzny, schodząc na kolana na ziemię. - Gdybyś dał chociaż jakikolwiek znak życia. Jakikolwiek! Żebym mógł Ci pomóc, żebyś nie błąkał się jak bezpański pies... - Uklęknął na mokrym od topniejącego śniegu chodniku, chwytając Rileya za dłonie, które kolejno ucałował. - Przepraszam. Wybacz mi, że tak bezpodstawnie Cię oskarżyłem, przepraszam. - Wyszeptał łamiącym się głosem i chowając twarz w tors bursztynookiego, objął go silnymi ramionami, mocno do siebie przytulając. No i rozkleił się chłopaczyna, na co wskazywały jego podskakujące ramiona oraz stłumione łkanie dochodzące spomiędzy fałd ubrań Riley'a.
_________________
     Wytykani palcami jako ci niebezpieczni.
    Potomkowie wilków karmieni mlekiem wiedźmy 


    imię: to ja kazałem Ewie zerwać zakazane jabłko
    ma się ten urok hehehe, poszło gładko: robert
    surname: potomkowie wilków  hartnett. 
    .......
    ....Pan trener posiadający krajową ................*************
    ......licencję II stopnia.
    wiek: to uczucie jakbyś nagle obudził się w trumnie » 25 «
    family: jesteśmy dziećmi ognia {.rosemary.}
    friends: Między diabłem a Bogiem żyją ogłupieni ludzie
     joseph  louise  riley  ginger  sue  rose  ariel 
    pms ~ your eyes like the mirror of the soul » 1 «
    love: bitch, please... a jednak? ~ ... <3
    ex: Josephine, Riley {kochankowie: Louise, Joseph} wciąż poluje na Gin.

    ....Między diabłem a Bogiem żyją ogłupieni ludzie
    ..........Strach, przemoc, kłamstwa, wojny i zepsucie
    ....Niektórzy chcą stąd uciec, ale nie mają dokąd


    .......
    the favourites horses:
     desperado  i so bad  orchid of rohan 
    my own horse: we are going to destroy you
    ~ Orchid of Rohan & I So Bad & Little Parrish ~
    trening/lonża/teren: 12/03/00
    dyscyplina: well i just dance the way i feel
    .........wkkw {.high.} z nastawieniem na skoki
    osiągnięcia: życiowy sarkazm, diabeł zna się na żartach
    ... IV msc. {.skoki kl. P.}  desperado  agromer
    ... VII msc. {.skoki kl. P.}  i so bad  agromer
    ... I msc. {.ujeżdżenie kl. P.}  i so bad  orchard
    ... II msc. {.MMK kl. L.}  orchid of rohan  orchard
    ... I msc. {.skoki kl. P.}  orchid of rohan  orchard
 
 
     
Riley
Jeździec zaawansowany

Płeć: mężczyzna
Wiek: 30 (23 grudzień)
Rasa: ndt.
Pieniądze: £4180

Punkty doświadczenia: 62
Wysłany: 2013-01-24, 23:43   

Nie chciał tego. Nie chciał tego całego wybaczania, łkania, całowania po rękach. Czuł się jak umęczony cierpiętnik, wyniesiony na najwyższe piedestały. Zrobił to z własnej, nieprzymuszonej woli. Obiecał zawżdy opiekować się Robertem i nie miał zamiaru czynić inaczej w sytuacjach, które wymagały od mężczyzny nawet najwyższego poświęcenia. Nie uważał zachowania kochanka za tanią aktorszczyznę, udawaną błazenadę. Łzy Amerykanina były zbyt czyste i niewinne. R. pluł sobie teraz w twarz, że wysyczał tyle pełnych złości i toksyn słów. Wystarczyło, że zranił go raz i to całkiem świadomie. Drugiego razu mógł już nie przeżyć z taką ,,łatwością". Jeżeli można drogę po rozżarzonych węglach nazwać łatwą drogą.
- Przestań... Proszę Cię wstań... - Ujął go w ramiona, nie chcąc aby klęczał rozedrgany i zapłakany na zimnym gruncie. Wciągnął Hartnett'a swoją resztką sił na ławkę, pochwycił w dłonie uroczą twarz kochanka, spoglądając mu śmiało w oczy, gładząc zziębnięte lica spokojnymi ruchami swoich kciuków. - Spokojnie, kochanie... - odezwał się łagodnym tonem, przyglądając się miękkim wejrzeniem Robowi. - To nie ty miałeś mnie przepraszać tylko ja Ciebie, głupku. - wtulił go mocno w siebie, nos przykładając do rozwianej czupryny mężczyzny. Tak bardzo brakowało Cunninghamowi ostrego zapachu papierosów, lekkich perfum i szamponu Pana Hartnett'a. Gdyby mógł wycisnąłby go do ostatniej kropelki z zapachów i nosił cały czas przy sobie. - Tylko proszę Cię, nie płacz już. - powodził po jego czole ustami, rękami okalając jego ciało, opatulając go niby ochronnym płaszczem.
Doskonale rozumiał domniemania zielonookiego co do swojego zniknięcia. Miał ciężką przeszłość, to zrozumiałe, że doszukiwał się przez jej pryzmat jakichś wskazówek, kierunkowskazów, które pomogłyby mu rozwiązać wszystkie niepewności, które tak bardzo nim szarpały. Z drugiej strony cieszył się, że miał go teraz w ramionach, mógł znów zacząć o niego dbać, spędzić z nim resztę swojego życia, jeżeli Robert dalej tego pragnął. W Rileyu nie zmieniło się przez ten czas nic co miałoby przekreślić ich wspólne życie.
- Naprawdę nie chciałem Cię opuszczać... Ale musiałem... - wyszeptał jakoby sam do siebie, rzucając po trochu słowa w zimne, styczniowe powietrze, które przesiąknęło już do cna łzami i gorzkimi wyrzutami.
Odkleił twarz od jego włosów, wodząc nosem po jego szyi i w Robertowy szal wtulając swoje lico. Ha, Riley nigdy nie sądził, że pokocha kogoś tak mocno, że będzie dla niego wstanie nie jeść, nie pić i nie spać. Oderwać się od świata luksusów i przepychu do którego został przyzwyczajony i w którym bardzo mocno się zakorzenił. Chodzenie ciągle w tych samych ciuchach, marny grosz w portfelu i doszczętne przeklęcie Boga. Warto było - przynajmniej Pan Hartnett obszedł się bez żadnego zadrapania na cudownie ciepłej i pachnącej skórze. Riley wcale nie narzekał na brak komfortu i jakiejś stabilizacji przez te miesiące. Dziękował sam sobie, że zdołał wytrwać i uratować swojego najdroższego od jakichkolwiek nieprzyjemności, które mógł na niego sprowadzić, przez swoją zatęchłą przeszłość o której już przecież prawie zapomniał...
_________________

    _____________ Hello. I'm hypocrite!

    ________________RELATIONSHIT

    The on I'm afraid of the most...
    _____________________Is MYSELF.
    ___________________Oh, really? empty
    Heartbreak changes people.
    __Harllow Winter & Nevan & Robert.
    Oh darling, go buy a personality! - -
    ______________People come and go...
    ________________Noa, Nesajem, Robert.
    You say you love the sun,
    but you find a shadow spot; Coleen.

    ________________DREAM ON

    ___________.__DREAMER


    My sunshine, my dear - I So Bad.
    _____The best is yet to come;
    _____________e m p t y.

    ____________________WHAT IF?

 
     
Robert
Jeździec zaawansowany


Płeć: mężczyzna
Wiek: 25 lat
Pieniądze: £8048

Punkty doświadczenia: 43
Wysłany: 2013-01-25, 22:20   

Miał przestać? Niby jak? W końcu pozwolił sobie na okazanie emocji, które tak zażarcie w sobie chował. Uszły z niego jak powietrze wychodzi z przedziurawionego balona. Miał już dosyć. Strasznie męczył się w swym ciele. Pragnął w końcu się uwolnić z tego całego amoku, mogąc oddychać pełną piersią, a nie jak przez wymemłaną rurkę.
Dopiero po chwili oderwał się od Cunningham'a, siadając z powrotem na ławkę. Brudny śnieg wsiąkł w jego jeansy, drażniąc Robertową skórę na kolanach. Pozwolił mężczyźnie ująć swą mokrą od łez twarz, odcinając silnym zaciśnięciem powiek potok łez. Chwycił palcami go za dłoń, jakby przytulając się do jego kojącego uścisku polikiem. Tak bardzo mu tego brakowało. Spojrzał na ukochanego wraz z wypowiedzianymi przez niego słowy, powoli się uspokajając. No tak, on miał go przepraszać, jednak to Robert czuł się teraz winny. Winny, że dopuścił do siebie myśli o zdradzie, podczas, gdy Riley go chronił. Wtulił się w postać kochanka, zaciskając na materiale jego odzienia zmarznięte palce. Znów schował w niego twarz i zamknął oczy, tym razem oddychając już miarowo i spokojnie. Serce powoli uspokajało się, zaczynając miarowo uderzać w klatce Hartnett'a, który teraz jak pięcioletnie dziecko, zaczynał się wyciszać w objęciach ukochanej osoby. W końcu czuł się bezpiecznie. Czuł się potrzebny i kochany. Znów mógł czuć przy sobie zapach Riley'a, który tak uwielbiał. Gładzić jego ciało opuszkami palców i przeczesywać włosy, na których to niby zaczęły pojawiać się siwe włosy.
- Rozumiem, kochanie, rozumiem. - Wyszeptał, przymykając oczy, kiedy to Ril powiódł koniuszkiem nosa po jego szyi. Ach, Robert uwielbiał, kiedy go tam dotykał <3 Uwielbiał być gładzonym i całowanym po szyi, karku i obojczykach. Mmm sama userka prawie dostaje orgazmu no :lol:
Robert naprawdę doceniał poświęcenie Cunningham'a. Tym bardziej, że wiedział, że brunet nie był przyzwyczajony do takich warunków. Obydwaj powinni w końcu osiąść gdzieś w spokojnym miasteczku i żyć w niewielkim domku, spędzając razem czas, aż do końca swoich dni.
_________________
     Wytykani palcami jako ci niebezpieczni.
    Potomkowie wilków karmieni mlekiem wiedźmy 


    imię: to ja kazałem Ewie zerwać zakazane jabłko
    ma się ten urok hehehe, poszło gładko: robert
    surname: potomkowie wilków  hartnett. 
    .......
    ....Pan trener posiadający krajową ................*************
    ......licencję II stopnia.
    wiek: to uczucie jakbyś nagle obudził się w trumnie » 25 «
    family: jesteśmy dziećmi ognia {.rosemary.}
    friends: Między diabłem a Bogiem żyją ogłupieni ludzie
     joseph  louise  riley  ginger  sue  rose  ariel 
    pms ~ your eyes like the mirror of the soul » 1 «
    love: bitch, please... a jednak? ~ ... <3
    ex: Josephine, Riley {kochankowie: Louise, Joseph} wciąż poluje na Gin.

    ....Między diabłem a Bogiem żyją ogłupieni ludzie
    ..........Strach, przemoc, kłamstwa, wojny i zepsucie
    ....Niektórzy chcą stąd uciec, ale nie mają dokąd


    .......
    the favourites horses:
     desperado  i so bad  orchid of rohan 
    my own horse: we are going to destroy you
    ~ Orchid of Rohan & I So Bad & Little Parrish ~
    trening/lonża/teren: 12/03/00
    dyscyplina: well i just dance the way i feel
    .........wkkw {.high.} z nastawieniem na skoki
    osiągnięcia: życiowy sarkazm, diabeł zna się na żartach
    ... IV msc. {.skoki kl. P.}  desperado  agromer
    ... VII msc. {.skoki kl. P.}  i so bad  agromer
    ... I msc. {.ujeżdżenie kl. P.}  i so bad  orchard
    ... II msc. {.MMK kl. L.}  orchid of rohan  orchard
    ... I msc. {.skoki kl. P.}  orchid of rohan  orchard
 
 
     
Riley
Jeździec zaawansowany

Płeć: mężczyzna
Wiek: 30 (23 grudzień)
Rasa: ndt.
Pieniądze: £4180

Punkty doświadczenia: 62
Wysłany: 2013-01-25, 23:01   

Czy ja wiem czy w małym domku... Chyba, że Robertowi chodzi o taki ,,domek", który tutaj ostatnio kupił Cunningham. Nie był zbyt duży, mężczyzna śmiał nawet sądzić, że czuje się jak szprota w puszce, ot, klaustrofobiczne pomieszczenia :lol:
Odetchnął z ulgą kiedy posłyszał równe tchnienia zielonookiego. Miarowe unoszenie się piersi szatyna, cisza, która nastała po jego gorączkowym łkaniu, pomogła samemu Rileyowi przekalkulować w spokoju te całe zdarzenie. Przeliczyć każdą łzę, dodać ją do słów, które wyrzuciły najpierw jedne usta, potem drugie. Przełknął głośno ślinę, nie wiedząc jak ma pana Hartnett'a przeprosić. Wprawdzie błagał o wybaczenie, o odpuszczenie mu choćby w małej, nieistotnej części tych wszystkich grzechów... przez jego zaciśniętą samolubstwem gardziel nie dało rady wydostać się słowo przepraszam. Nie zdawał sobie sprawy jak ciężko będzie wyrzucić to z siebie, nie będąc przyzwyczajonym do tych prostych słów.
- Już nigdzie nie zniknę. Obiecuję Ci to.- wyszeptał wprost do jego ucha, sunąć po małżowinie delikatnie pobladłymi wargami. Chciał go zabrać jak najszybciej do domu, dać mu jakieś rzeczy na przebranie, otulić ciepłym kocem i posadzić przed kominkiem. Widział jego zmęczenie, cierpienie i przejmująca melancholię, która tak wyraźnie wyryła się na Robertowej ślicznej twarzy. Już od samego patrzenia na wycieńczenie, któremu się poddał, człowiekowi ściskało serce.
- Musisz się przebrać, bo jeszcze się przeziębisz. - rozpoczął niezwykle spokojnym tonem, odrywając od skóry Hartnett'a twarz, nadal trzymając mężczyznę w swoich ramionach usilnie starając się ochronić swojego Cudownego przed wiatrem i ujmującym chłodem. Zauważył, że obchodzi się z nim jak z porcelanową laleczką, jak z istotą dla której lekkie dotknięcie może być wyrokiem śmierci. - Zamarzniesz tutaj zaraz. - dodał po chwili odrywając się od ciepłego ciała Robert'a, ujmując w dłonie jego zziębłe kończyny, zbliżając je do ust i całując, zamykając je następnie w swoich grabach. - Zapraszam do siebie w takim razie. Chociaż wolałbym mówić; do nas. - Jego twarz musnął krótki, aczkolwiek czuły uśmiech, a oczy nie odrywały się od głębokich zieloności osadzonych niczym dwa najcenniejsze szafiry w oczodołach rozmówcy. Faktycznie, siwizna w wieku trzydziestu lat była bardzo... bardzo rzadko spotykana. Perspektywa zmienienia koloru włosów na gołębią biel nie była zbyt radosna dla tego dystyngowanego szkota. Prędzej zgoliłby się na łyso niż pozwolił swoim lśniącym kłaczkom oprószyć się srebrem.
_________________

    _____________ Hello. I'm hypocrite!

    ________________RELATIONSHIT

    The on I'm afraid of the most...
    _____________________Is MYSELF.
    ___________________Oh, really? empty
    Heartbreak changes people.
    __Harllow Winter & Nevan & Robert.
    Oh darling, go buy a personality! - -
    ______________People come and go...
    ________________Noa, Nesajem, Robert.
    You say you love the sun,
    but you find a shadow spot; Coleen.

    ________________DREAM ON

    ___________.__DREAMER


    My sunshine, my dear - I So Bad.
    _____The best is yet to come;
    _____________e m p t y.

    ____________________WHAT IF?

 
     
Robert
Jeździec zaawansowany


Płeć: mężczyzna
Wiek: 25 lat
Pieniądze: £8048

Punkty doświadczenia: 43
Wysłany: 2013-01-25, 23:45   

Domek, nie domek czy jakaś klita bądź pałac, Robert za Riley'em poszedłby wszędzie, ot co. Żyjąc z drugą osobą można było nie myśleć o niepowodzeniach życia i niedogodnym miejscu, w którym się mieszkało. No ale na szczęście pod tym względem, los dopisał obydwóm mężczyznom.
Nie musiał przepraszać. Robert widział, że brunet żałuje tego, co się stało. Wystarczyło, że przy nim był i nie zamierzał go już nigdy opuścić. Był mniej wylewny od Hartnett'a, który czując się winny, od razu zaczął zalewać bursztynookiego potokiem słów. Zadrżał jedynie, kiedy Ril wyszeptał mu kolejną obietnicę do ucha, drażniąc przy tym delikatnie jego małżowinę uszną.
- Nie ma szans, bo już nigdzie Cię nigdy nie wypuszczę. - Odrzekł, w końcu, po raz pierwszy od dłuższego momentu, uśmiechając się szczerze do Riley'a. W końcu jego delikatnie zarysowany uśmiech był prawdziwy, a ów wykrzywienie warg przyniosło radość samemu jego właścicielowi, gdyż nie musiał udawać.
Gdyby Cunningham nie wspomniał o otaczającym ich zimnie, zapewne brunet wcale by go nie poczuł, nie przypominając sobie o przemoczonych spodniach. Tyle emocji i dreszczy przepłynęło dzisiejszego wieczoru przez jego ciało, że czuł się co najmniej tak, jakby spocił się jak dzika świnia, pozwolił osiąść ów potowi na swym ciele i teraz odczuwał chłód podwójnie, pomimo ciepłej kurtki i ramion Ril'a, które dodatkowo osłaniały go przed minusowymi temperaturami.
- Eh, rzeczywiście jakoś chłodno się zrobiło. - Stwierdził, z lekka się wzdrygając. Chciał jeszcze bardziej przysunąć się do ukochanego, jednak niestety bardziej się już chyba nie dało. Przynajmniej jak siedział w jego ramionach, bardziej już go objąć nie mógł. Ba, sam Robert czuł się niezwykle wyjątkowo, co mu bardzo odpowiadało. Nie dało się tego wręcz nie odczuć. W końcu ktoś się nim zajął. Mimo bycia dorosłym, silnym mężczyzną, on sam potrzebował czasem opiekuna, który by się nim zatroszczył. Sam jednak nie pozostawał dłużny i pragnął każdą troskę Riley'a, wynagrodzić mu z nawiązką.
- Może nie zamarznę, mają przy sobie taki grzejnik. - Zażartował, utkwiwszy w mężczyźnie spojrzenie zielonych źrenic. Uśmiechnął się po raz drugi, odwzajemniając Riley'owy uśmiech. - Zaproszenie przyjęte. I jeśli tylko chcesz, możemy w końcu zamieszkać razem. Uprzedzam jednak, że straszny ze mnie bałaganiarz. - Puścił oczko ukochanemu i zbliżył do niego powoli twarz, aby ucałować go ostrożnie, acz bardzo namiętnie w usta. Przymknął powieki i musnął opuszkami palców jego policzek, przedłużając ów gest o kilka sekund. Uwielbiał go całować. Rozkoszował się smakiem Cunningham'owych warg, delektując ich delikatnością. Omnom <3 :lol: No i z siwizną czy nie, nie miało to znaczenia. Były jeszcze farby, no. :lol:
_________________
     Wytykani palcami jako ci niebezpieczni.
    Potomkowie wilków karmieni mlekiem wiedźmy 


    imię: to ja kazałem Ewie zerwać zakazane jabłko
    ma się ten urok hehehe, poszło gładko: robert
    surname: potomkowie wilków  hartnett. 
    .......
    ....Pan trener posiadający krajową ................*************
    ......licencję II stopnia.
    wiek: to uczucie jakbyś nagle obudził się w trumnie » 25 «
    family: jesteśmy dziećmi ognia {.rosemary.}
    friends: Między diabłem a Bogiem żyją ogłupieni ludzie
     joseph  louise  riley  ginger  sue  rose  ariel 
    pms ~ your eyes like the mirror of the soul » 1 «
    love: bitch, please... a jednak? ~ ... <3
    ex: Josephine, Riley {kochankowie: Louise, Joseph} wciąż poluje na Gin.

    ....Między diabłem a Bogiem żyją ogłupieni ludzie
    ..........Strach, przemoc, kłamstwa, wojny i zepsucie
    ....Niektórzy chcą stąd uciec, ale nie mają dokąd


    .......
    the favourites horses:
     desperado  i so bad  orchid of rohan 
    my own horse: we are going to destroy you
    ~ Orchid of Rohan & I So Bad & Little Parrish ~
    trening/lonża/teren: 12/03/00
    dyscyplina: well i just dance the way i feel
    .........wkkw {.high.} z nastawieniem na skoki
    osiągnięcia: życiowy sarkazm, diabeł zna się na żartach
    ... IV msc. {.skoki kl. P.}  desperado  agromer
    ... VII msc. {.skoki kl. P.}  i so bad  agromer
    ... I msc. {.ujeżdżenie kl. P.}  i so bad  orchard
    ... II msc. {.MMK kl. L.}  orchid of rohan  orchard
    ... I msc. {.skoki kl. P.}  orchid of rohan  orchard
 
 
     
Riley
Jeździec zaawansowany

Płeć: mężczyzna
Wiek: 30 (23 grudzień)
Rasa: ndt.
Pieniądze: £4180

Punkty doświadczenia: 62
Wysłany: 2013-01-26, 01:22   

Żachnął się krótkim śmiechem, słysząc wzmiankę o kaloryferze; - Raczej kupę kości, Robercie, a co do bałaganu... Przeżyje, jestem pedantem, więc będę miał co sprzątać ku mojemu zadowoleniu.- odetchnął krótko, chcąc już zbierać się do wyjścia z parku, kiedy to został mile zaskoczony. Usta mężczyzny wydawały się być jeszcze kilka minut temu tak bardzo odległe, że nawet nie śnił, że będzie mógł znowu raczyć się ich czerwienią, ciepłem i delikatnością. Były tylko wzmianką między smugami nudnego opowiadania, ale zarysowaną tak mocną kreską, że nie dawała osobie ani na chwilę zapomnieć, aż do końca opowieści. Pocałunek ten był o tyle ważniejszy dla Riley'a, od jakiegokolwiek innego, nie tylko przez osobę samego pana Hartnett'a, ale przez czas jaki musieli pokonać, żeby znowu się spotkać. Kiedy tylko szatyn złożył na Cuninnghamowych wargach swoje usta, wszystko w okół ucichło. Szum ulicy za plecami mężczyzn jakby oddalił się i brzęczał jedynie niczym nieznośny komar. Riley potrafił teraz dosłyszeć pulsowanie swojego serca, które chociaż wybijało równy rytm to mocno uderzało o klatkę żeber, niczym niespokojny ptak. Gdyby jednak nie one, na pewno dawno by się wyrwało z jego szerokiej piersi. Powieki razem z wachlarzem ciemnych rzęs zadrgały, zakrywając roziskrzone bursztyny. W głowie R'a lekko zawirowało, przez co jeszcze mocniej przywarł do Roberta, nie chcąc wyswobadzać się z tej upojnej chwili. Jakoby chcąc wtłoczyć we wnętrze jego ust kilka miłych wspomnień, wyznań czy obietnic. Pieczętując w ten sposób swoje oddanie i miłość do tego ślicznego chłopca.
Jedną z dłoni poprowadził po karku swojego ukochanego, drugą zaś układając na jego ramieniu, na którym bardzo delikatnie zakleszczył swoje długie, marmurowe palce. Tak długo czekał na niego, tak długo żył niczym średniowieczny asceta odmawiając sobie wszystkich rozkoszy jakie mogły spotkać zdrowego mężczyznę na tym świecie... Opłacało się jednak. Opłacało się trwać w nicości, plugawej bytności dla tych uroczych chwil, których nie mógł mu zastąpić nikt inny, które nie mogły istnieć bez obecności Roberta przy Rileyowym boku.
Nagle owładnęła nim jakaś frywolność. Przez ów impuls zagryzł delikatnie dolną wargę Hartnett'a, zaraz to go w nią całując, bez większego skrępowania składając kolejną pieszczotę w kąciku jego warg. Kiedy dostał tylko lekkie zaproszenie, subtelne pozwolenie na zbliżenie się, pragnął więcej i więcej, stając się łakomym na każdą pieszczotę, najmniejsze smyrnięcia na swojej skórze. Kto jednak znał tego jegomościa, wiedział doskonale, że zawsze, ale to zawsze odwdzięczał się o stokroć bardziej.
_________________

    _____________ Hello. I'm hypocrite!

    ________________RELATIONSHIT

    The on I'm afraid of the most...
    _____________________Is MYSELF.
    ___________________Oh, really? empty
    Heartbreak changes people.
    __Harllow Winter & Nevan & Robert.
    Oh darling, go buy a personality! - -
    ______________People come and go...
    ________________Noa, Nesajem, Robert.
    You say you love the sun,
    but you find a shadow spot; Coleen.

    ________________DREAM ON

    ___________.__DREAMER


    My sunshine, my dear - I So Bad.
    _____The best is yet to come;
    _____________e m p t y.

    ____________________WHAT IF?

 
     
Robert
Jeździec zaawansowany


Płeć: mężczyzna
Wiek: 25 lat
Pieniądze: £8048

Punkty doświadczenia: 43
Wysłany: 2013-01-29, 22:34   

W końcu. W końcu usłyszał jego śmiech. Mógł się delektować tym tak bardzo dawno niesłyszanym brzmieniem wydobywającym się z Riley'owych ust. Aż uśmiech stał się odruchem bezwarunkowym, na który Robert nie miał wpływu.
- E tam, kupę kości. Oczywiście nie mogę ostatecznie stwierdzić co tam się kryje pod tym płaszczykiem po tak długim czasie rozłąki, ale... - I tu ściszył głos, przysuwając twarz do ucha mężczyzny, które musnął koniuszkiem nosa. - Ale na pewno kryje się pod nim dawne ciacho, które z przyjemnością schrupię. - Poruszał zabawnie brwiami w górę i w dół, puszczając Ril'owi oczko.
- No dobrze. Zatem regularnie będę zostawiał po sobie rzeczy, skoro sprawia Ci to przyjemność. - Uśmiechnął się, spoglądając na ukochanego. No a potem nastąpił moment, w którym to pan Hartnett uraczył czułym pocałunkiem pana Cunningham'a. Brunet wyczuł niejakie zaskoczenie ze strony bursztynookiego, acz było to miłe zaskoczenie. Mógł zatopić się na dłuższą chwilę w jego bladych ustach, które z każdą chwilą jakby nabierały barw, mieniąc się czerwienią. Wszystko w jednym momencie zatrzymało się. Wszystko przestało się liczyć w tak przyjemnym momencie. Podobnych chwil mogłoby być całe mnóstwo i żeby nigdy nie odchodziły.
Kilka przyjemnych dreszczy przeszło przez ciało Roberta, kiedy dłoń Riley'a spoczęła na jego karku, zaciskając na nim swe miękkie opuszki palców. Mężczyzna również nie mógł już powstrzymać rąk i sięgnął nimi ku ukochanemu, jedną z dłoni układając na jego policzku, drugą zaś na boku, tuż nad biodrem. Tak bardzo cieszył się, że znów mógł mieć Cunningham'a dla siebie na wyłączność. Nie lubił się dzielić, a tym bardziej nie kimś tak wyjątkowym jak Ril. Nie sądził, że jeden zwykły pocałunek może go aż tak bardzo wciągnąć. Samotność oraz tęsknota robiły swoje, a chłopak pragną tylko więcej... Nic dziwnego, że tak bardzo spodobał się mu miły i tak bardzo zaskakujący go gest, na który pozwolił sobie bursztynooki. Robert rozchylił lekko swoje wargi i zamruczał nisko jak kocur, zaraz to lekko pocierając koniuszkiem nosa wzdłuż policzka Riley'a. Swoje szpony nieco mocniej zacisnął na jego bokach, jedną z dłoni zjeżdżając na udo bruneta. W oczach Hartnett'a rozbłysły pewnego rodzaju ogniki, które pragnął przekazać mężczyźnie, głęboko spoglądając mu w oczy z lubieżnym uśmieszkiem.
- Idziemy? Zaczyna się robić chłodno. - Zaproponował ściszonym głosem, chcąc jak najszybciej znaleźć się z Riley'em w ciepłym pomieszczeniu sam na sam. Pocałował znów go w usta i chwycił za dłoń, powoli podnosząc się ku górze. Oczywiście pomógł wstać Cunningham'owi, wiedząc o jego dolegliwości. Użyczył mu swojego barku, a najchętniej to w ogóle zaniósłby ukochanego na rękach do domu.
_________________
     Wytykani palcami jako ci niebezpieczni.
    Potomkowie wilków karmieni mlekiem wiedźmy 


    imię: to ja kazałem Ewie zerwać zakazane jabłko
    ma się ten urok hehehe, poszło gładko: robert
    surname: potomkowie wilków  hartnett. 
    .......
    ....Pan trener posiadający krajową ................*************
    ......licencję II stopnia.
    wiek: to uczucie jakbyś nagle obudził się w trumnie » 25 «
    family: jesteśmy dziećmi ognia {.rosemary.}
    friends: Między diabłem a Bogiem żyją ogłupieni ludzie
     joseph  louise  riley  ginger  sue  rose  ariel 
    pms ~ your eyes like the mirror of the soul » 1 «
    love: bitch, please... a jednak? ~ ... <3
    ex: Josephine, Riley {kochankowie: Louise, Joseph} wciąż poluje na Gin.

    ....Między diabłem a Bogiem żyją ogłupieni ludzie
    ..........Strach, przemoc, kłamstwa, wojny i zepsucie
    ....Niektórzy chcą stąd uciec, ale nie mają dokąd


    .......
    the favourites horses:
     desperado  i so bad  orchid of rohan 
    my own horse: we are going to destroy you
    ~ Orchid of Rohan & I So Bad & Little Parrish ~
    trening/lonża/teren: 12/03/00
    dyscyplina: well i just dance the way i feel
    .........wkkw {.high.} z nastawieniem na skoki
    osiągnięcia: życiowy sarkazm, diabeł zna się na żartach
    ... IV msc. {.skoki kl. P.}  desperado  agromer
    ... VII msc. {.skoki kl. P.}  i so bad  agromer
    ... I msc. {.ujeżdżenie kl. P.}  i so bad  orchard
    ... II msc. {.MMK kl. L.}  orchid of rohan  orchard
    ... I msc. {.skoki kl. P.}  orchid of rohan  orchard
 
 
     
Riley
Jeździec zaawansowany

Płeć: mężczyzna
Wiek: 30 (23 grudzień)
Rasa: ndt.
Pieniądze: £4180

Punkty doświadczenia: 62
Wysłany: 2013-01-30, 17:08   

Miał rację, robiło się już zimno. Chociaż kiedy tylko Robertowe usta zetknęły się z delikatną i bardzo czułą skórą na jego małżowinie usznej, gęsia skórka ogarnęła całą powierzchnię jego ciała, przez które przepłynęła fala rażącego gorąca. Jej moc można było porównać do tysiąca nagrzanych do czerwoności lamp, albo setki słońc. Rozgoniło to na chwilę szarą, zimną mgłę, która tak szczelnie ich okalała. Zmrużył oczy, ukrywając tym samym przecinające tęczówki, pioruny, które długimi kreskami jasności odcinały się od bursztynowej barwy dużych przepastności. Nie tylko pan Hartnett pragnął znaleźć się sam na sam w jakimś ustronnym, ciepłym miejscu, gdzie mogliby istnieć już tylko dla siebie, słysząc własne oddechy, szumy krwi w żyłach. Bez tych grubych materiałowych powłok, pary z ust i zmrożonej skóry. Odwzajemnił pocałunek, delikatniej zaciskając palce na dłoni ukochanego, która wsunęła się w jego zmarzniętą grabę, która jeszcze podrygiwała czasami, targana powoli milknącymi nerwami.
____Nie lubił kiedy ktoś mu pomagał. Czuł się wtedy jak skończona kaleka. Nie chciał, żeby inni postrzegali go w ten sposób. Był człowiekiem, który bardzo ciężko przeżywał swoją własną ułomność. Bo tak traktował swoją chorobę. Nie jako coś normalnego, na co mógł zapaść każdy, tylko właśnie jako zawiść Boską, złe fatum i dar od Złego. Była niczym zmaza na jego honorze i szkockiej dumie. Zielonookiemu jednak nie potrafił się sprzeciwić; przed niektórymi nie potrafił się zbytnio skrywać ze swoimi smutkami i wszelkimi problemami. Nawet, jeżeli miał być w ich oczach słabeuszem i mięczakiem. Tak, więc pomoc, jaką zaoferował mu szatyn, nie została odrzucona. Wsparł się na nim delikatnie, starając się nie przeciążać zaatakowanych przez chorobę okolic. - Dziękuję. – uśmiechnął się do niego niemrawo, po czym nie puszczając jego dłoni skierował się ku wyjściu z parku. Czekała ich długa droga. Nie bardzo uśmiechało mu się walić z buta i tylko przez nieznajomość terenu nakładać sobie jeszcze drogi. Wyciągnął z kieszeni płaszcza telefon, wystukał numer na taksówkę. Miła pani po drugiej stronie, rozradowanym i dźwięcznym głosem oświadczyła, że akurat jakaś zwolniona taksówka jedzie w tamtym kierunku. Faktycznie po minucie czy półtorej już czarny „niby garbus” parkował nieopodal parku. Otworzył tylne drzwi, bardzo charakterystycznej angielskiej taryfy, puszczając Roberta przodem; nie zaniknęła w Cunnie jego dżentelmeńska natura. Kiedy kochanek wsunął się do wnętrza zagrzanego samochodu, Ril wskoczył na siedzenie obok niego, zamykając z głuchym trzaskiem drzwi. - 8 Gloucaster Road, Sire please. - Wymusił u siebie mocny, praktycznie czysty angielski akcent, którym nie posługiwał się, na co dzień. Chyba, że musiał załatwić jakieś urzędowe sprawy, bądź konwersował z jakąś ważniejsza osobą. Szkocki, twardy język, był niestety, ale często niezrozumiały dla angielskich despotów i despotek, typowych angielskich lady rozmawiających o pogodzie. Kierowca rzucił tylko zmrużone spojrzenie do lusterka wstecznego, przyglądając się Cunninghamowi. No tak, ciężko było nie kojarzyć jego domu. Był… bardzo specyficzny. Skinął głową, po czym ruszył, szarpnąwszy dosyć mocno. No nic, czekała ich ciekawa droga z kierowcą psychopatą w kaszkiecie, który zakrywał domniemaną przez bursztynookiego łysinką w typie „gniazdko”. Ułożył dłoń na udzie Roberta, delikatnie go po nim gładząc.
/zt.
_________________

    _____________ Hello. I'm hypocrite!

    ________________RELATIONSHIT

    The on I'm afraid of the most...
    _____________________Is MYSELF.
    ___________________Oh, really? empty
    Heartbreak changes people.
    __Harllow Winter & Nevan & Robert.
    Oh darling, go buy a personality! - -
    ______________People come and go...
    ________________Noa, Nesajem, Robert.
    You say you love the sun,
    but you find a shadow spot; Coleen.

    ________________DREAM ON

    ___________.__DREAMER


    My sunshine, my dear - I So Bad.
    _____The best is yet to come;
    _____________e m p t y.

    ____________________WHAT IF?

 
     
Cedella
Junior
watashi-wa baka desu.


Płeć: kobieta
Wiek: 19 lat
Pieniądze: £150
Wysłany: 2013-01-31, 01:04   

Dziewczyna wolnym krokiem, poruszała się wzdłuż alei. Była załamana, tym, co się stało najprawdopodobniej dwa dni temu. Czy powinna się gniewać na Lucasa? Przecież to taka błahostka.. Jednak nie pasowało jej też trochę, że chłopak miał ją gdzieś, o. Nie powinien jej tak traktować, przecież wie jaka jest. Mruknęła niezadowolona pod nosem. Chujowo. Nie wie co o tym wszystkim ma już myśleć. Raz myśli tak, drugi raz zupełnie inaczej. Nie da się z tego niczego wywnioskować.
Nie spieszyło się jej do domu. Znowu będzie musiała siedzieć sama, co jednak jej niezbyt odpowiadało. Fakt, czasem ceniła sobie samotność, ale z drugiej strony.. Bała się. Chciała, żeby na starość był ktoś zawsze u jej boku, a na razie się to nie zapowiadało. Westchnęła, wciągając mroźne powietrze. Nawet teraz przechodziły ją dreszcze, gdy tylko coś zauważyła lub usłyszała. Dobrze, że nie było tutaj ludzi, wtedy to by się chyba posikała ze strachu. Nie ufała im, każdy mógł ją przecież zabić.
-Turururu.
Mruknęła, zerkając na zegarek na ręce. Późno już.
_________________
I can help you see the light
Out of your despair,
You tie the rope,
I'll kick the fucking chair!


I will dance on your grave,
I will dance on your fucking grave!


I think I'm losing my mind
I'm so fucked up since I hit the ground

And like a deer in the headlights I meet my fate

zastrzegam wizerunek Nastyi :d


 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Zasady wymiany i nasze bannery znajdziesz tutaj.
Fort Florence
Eastbourne pogoda
Strona wygenerowana w 0,13 sekundy. Zapytań do SQL: 8