Spokój jeźdźca pozytywnie wpływał na kasztana, z czasem zaczął się uspokajać, co wyraźnie wpływało na jego rozluźnienie. Do przodu szedł aktywnie, od razu angażując zad w pracę. Jedno ucho miał subtelnie odchylone do tyłu, koncentrując się na jeźdźcu, a drugie postawione na sztorc. Ogier miał dobrze wyrobione podstawy, prawidłowo jeżdżony reagował bezproblemowo na dosiad i łydkę, wodze traktując jako dodatkowy element pomocniczy. Po zatrzymaniu stał spokojnie, równo obciążając wszystkie kończyny i cierpliwie czekał na dalsze polecenia, zagryzając lekko wędzidło, co jakiś czas łypiąc bystrymi ślepiami na boki. Campino od razu po otrzymaniu polecenia ruszył aktywnym stępem, idąc z wyraźnym impulsem pochodzącym z zadnich nóg. Miał swobodne łopatki, krył sporą ilość terenu "dobrze stępując". Nie był jeżdżony przez niedoświadczonych jeźdźców, tak więc miał spore zaufanie do ręki, co objawiało się w chętnych przyjmowaniu wędzidła i spokojnym przeżuwaniem go. Nie pienił się niczym buldog, ale miał wyraźnie białe kąciki pyska. Podczas wykonywania figur ładnie wpisywał się w łuki, zginając się w potylicy, a nie samej szyi. Zadnie nogi podążały śladem przednich, tułów był lekko wygięty, a sam ogier nie oszukiwał w żaden sposób jeźdźca. Po paru kołach, tudzież serpentynach etc. zaczął wyraźnie odpuszczać w potylicy, stając się całkowicie przepuszczalnym. Na pomoce reagował poprawnie, nie buntował się podczas zatrzymania, cały czas pozostają w gotowości na następne sygnały. Ciągle wymagania sprawiały, że otoczenie przestało go jak na razie interesować, chociaż zbyt długieLuke - 2016-06-22, 01:38 Czując, jak kasztan odpuszcza, uśmiechnął się niemal niezauważalnie, bo głównie w duchu. Stawiał najchętniej na niskie ustawienie szczególnie przez pierwsze dwadzieścia minut treningu, dlatego rozluźnienie Campino wykorzystał do próby ukształtowania jego przodu jak najbardziej okrągło i jednocześnie w dół, czego później oczywiście będzie starał się trzymać w pozostałych chodach. Najważniejsza była spokojna ręka która faktycznie działała tylko, gdy było to konieczne, brunet nie miał zamiaru cały czas pulsować wędzidłem bo koń przecież właśnie potrzebuje spokoju w pysku, inaczej przestanie dobrze rozróżniać, kiedy następuje jakieś polecenie.
Co do poleceń - na zamkniętej stronie koła (nie wiem czy takie nazewnictwo też funkcjonuje po polsku ) dwie półparady i wypchnięcie z bioder do kłusa w połączeniu z początkowo lekkim impulsem od łydek, jeśli jednak było zbyt znikome to poprawił, ale tym razem z batem. Dla Luka ważne było, żeby koń odpowiadał na pomoce od razu a jeśli tego nie robił, to priorytetem była tego nauka. Jego dłonie w dalszym ciągu oferowały przyjemny kontakt i jeśli ogier nie uniósł głowy i nie zblokował szyi i potylicy to pozostawały bez zmian przez pierwsze kilka kroków, dopiero później prosząc o jeszcze odrobinę zejścia w dół. Jeśli jednak Queer zakłusował dziwnie, nie w takt bądź z wyraźnym usztywnieniem, nawet nie zaczynał anglezować tylko od razu półparadami go wyhamował i poprzez zblokowanie w pomocach przeszedł do stępa, aby poprawić zakłusowanie. Mógł tak powtarzać do skutku!
W początkowej fazie porządne rozluźnienie odgrywało kluczową rolę dla dalszego przebiegu treningu, toteż miał zamiar jeździć kasztana nisko i okrągło, dużo go wyginając na łukach kół, serpentyn oraz wężyków i sprawdzając jego podatność na zginanie oraz odginanie a także chodzenie w ustawieniu do wewnątrz na przykład po kole. Jak zamierzał, tak zrobił, kierował rudego na coraz to kolejne figury lub też powtarzał wykonanie tych, które wymagały korekty. Przy zmianach kierunku oczywiście pamiętał o wyprostowaniu przed przestawieniem zgięcia i to wyprostowanie wykorzystywał do zmiany nogi. Dbał też o harmonijne tempo, które jego zdaniem miało być raczej spokojne acz zaangażowanie, co starał się osiągnąć przez działanie wewnętrznej łydki przy nieco wstrzymującym działaniu dosiadu, kolan oraz odrobinę zewnętrznej wodzy, która bądź co bądź była częścią całego mechanizmu. Najpierw jego celem było zaktywizowanie zadu przy ogkrągłej, rozluźnionej sylwetce, dopiero później chciał się zająć zmianami tempa w ramach jednego chodu. Natomiast w aktywizacji zadu miały pomóc przejścia chodu do chodu, którymi zaczęli się trudnić we wszystkich możliwych miejscach, przy czym zatrzymania miały miejsce tylko i wyłącznie na prostych odcinkach. Do zwolnienia siadał w siodło obciążając dosiad i zamykając w pomocach, oczywiście po uprzednich półparadach. Do przejść w górę starał się działać subtelnie łydką i biodrami oraz ewentualnie batem, aby ogier starał się być jak najbardziej wyczulony na jego sygnały. Do zatrzymań szczególnie dbał o równomierne działanie zamknięcia, coby kasztan bez problemu zrozumiał, że powinien stawać równo na czterech nogach i najlepiej wyrobił sobie taki nawyk, jeśli jeszcze takiego nie miał. W stój zawsze odczekiwał co najmniej trzy sekundy, nie przytrzymując wodzy a tylko powracjąc do kontaktu sprzed zatrzymania. W ogóle w przejściach starał się, żeby jego ręka nie stanowiła przeszkody dla rozluźnienia konia i nie wpływała na nieczystość w takcie czy zaburzenie kontaktu, ustawienia.Anonymous - 2016-06-22, 13:24 Mocne wybicie do pierwszej przeszkody rzeczywiście zachwiało w pewnym stopniu równowagę mężczyzny, ale zdołał ją odzyskać w stopniu, który uchronił go przed ewentualnym wypadkiem. Nie miał tego w planach, ale nie wybiło go to ze wcześniejszego rytmu, więc w najeździe do wspomnianej drugiej przeszkody zdążył się skupić na nowo. Wiedząc już czego może się spodziewać po odrzutowcu, którego miał pod tyłkiem, był lepiej przygotowany do oddania następnego skoku. Czuł, że Soendergaard próbuje go wyciągnąć do przeszkody i nie zamierzał mu na to pozwolić, zachowując przy tym pełne opanowanie. Akurat nie obawiał się mocnego tempa, wszakże cross sprawiał mu największą frajdę, ale też miał przekonanie, że nie może pozwolić gniademu na takie podejście do przeszkód o tej wysokości. Usiadł więc głębiej w siodle, przytrzymał konia udami i jednocześnie wykonał parę półparad, starając się okiełznać rozochoconego holsztyna. Nie chciał go przesadnie tłamsić, bo wolał pracować w takim tempie, niż męczyć się z ciągłym pchaniem konia do przodu. Ostatecznie doprowadził go do przeszkody, spod której nastąpiło odbicie - tym razem brał poprawkę na to, że skok ponownie mógł być przesadnie wysoki, do czego się nastawił. Kolejna pokonana przeszkoda tylko upewniła go w tym, z jakim temperamentem miał do czynienia, dlatego też odpuścił sobie bezpośredni najazd na kolejną przeszkodę. Zamiast tego postanowił wziąć konia sposobem. Nie chcąc z nim walczyć w najeździe po raz kolejny, zwyczajnie nie pokazał mu następnej przeszkody. Zamiast tego poprowadził Soendergaarda serpentyną - tym samym nie myślał o przeszkodzie, więc też nie powinien mieć powodu aby się nakręcać. Okser (metrowy i wąski) wskazał mu dopiero w "ostatniej chwili" - to jest wyprostował konia na dwie foule przed ową przeszkodą, tym samym nie dając mu za dużo czasu na napalenie się, a zarazem wystarczająco aby skupić się na nadchodzącym zadaniu. Reszta schematu postępowania pozostała jednakowa - doprowadził go do przeszkody zamkniętego w pomocach, przed przeszkodą dał łydkę i wyczekał momentu wybicia, nie wychodząc do półsiadu przed ogierem, a dopiero z jego ruchem. O ile takim działaniem odniósł skutek, to po pokonaniu oksera pochwalił konia klepaniem po szyi, po czym kazał mu się zatrzymać, co było kolejnym środkiem do wyegzekwowania spokoju między przeszkodami.Soendergaard - 2016-06-22, 22:19 Ambitnie parł do przeszkody, niechętnie dając się przytrzymać, podjął walkę z jeźdźcem, próbując na za wszelką cenę narzucić Tonemu swoje tempo, które oczywiście wynikało tylko i wyłącznie z długiej przerwy w treningu holsztyna. tuląc uszy do potylicy, nieco osiadł na zadzie, przodami wyżej wymachując podczas kolejnych foule galopu. Docierając do przeszkody zmagazynowany i nierozwleczony, wybił się mocno w górę z ponownie sporym zapasem, którego z pewnością można było mu pozazdrościć podobnie jak techniki skoku. Mocno pracująca szyja, elastyczna sylwetka w skoku wraz z grzbietem prezentująca wzorowy baskil. Lądując tuż za stacjonatą nieco spuścił z tempa, galopując nadal i wyrzucając głośno powietrze przez rozdęte nozdrza.
W regularnym treningu nie odwalał takich cyrków, czasami na parkurze ponosiła go fantazja ale nic ponad to. Najwyraźniej przerwa źle mu robiła, niemniej jednak niewiele trzeba było aby ochłonął, kondycyjnie niestety pozostawiał wiele do życzenia, dlatego już po dwóch pokonanych przeszkodach na jego szyi pojawiły się mokre ślady wynikające ze zmęczenia.
Posłusznie wyginając się od łydek, wyjeżdżał rzeczoną serpentynę, całkowicie skupiając się na pomocach Tonego, który w tej ostatniej chwili nakierował go na okser. Dwie foule okazały by się wystarczającym dystansem, do pokonania wąskiego oksera, w innym wypadku najpewniej najeżdżając z tak spokojnego tempa, zaliczyliby zrzutkę.
Wychodząc do góry, Soen mocno schował podwozie pod siebie, szyjskiem ciągnąc mocno w dół i nurkując nosem za przeszkodą, gdy tylko puszki kopytowe przednich kończyn dotknęły ziemi, ogier wykończył skok zadem oraz strzelającym do góry gęstym ogonem.
Po pokonaniu oksera jeszcze chwilę galopował oddychając głośno i strzygąc uszami w reakcji na klepanie po szyi. Zatrzymał się poproszony o to przez Tonego, klatką piersiową pracując intensywnie lecz wciąż w równym tempie.Anonymous - 2016-06-23, 09:10 Spojrzał po ogierze, po czym postanowił dać mu spokój. Widział po nim, że ma jeszcze trochę siły, ale tutaj nie chodziło przecież o trenowanie do utraty tchu. Swoją lekcję odebrał, więc tak szczerze - czego jeszcze mógł od niego oczekiwać?
- Dobry koń - odezwał się dość entuzjastycznie, naraz głaszcząc zwierzaka po mokrej szyi. Później wysłał go do stępa, stopniowo oddając mu wodze i umożliwiając rozciągnięcie szyi. Prowadząc go w łydkach, stępował z nim dobre piętnaście minut, po których zsiadł i wyprowadził Soena do stajni. /ztSoendergaard - 2016-06-24, 11:03 Zastrzygł radarami do tyłu słuchając słów Tonego, chętnie przeszedł do stępa, powoli regulując swój oddech, po piętnastu minutach, wraz z brunetem udał się w stronę stajni.
/ztCampino Queer - 2016-07-04, 01:03
Luke napisał/a:
....
Cóż, w poprzedniej stajni ogier dużo pracował w niskim ustawieniu, co pozwoliło mu na rozbudowanie mięśni grzbietu i odnalezienie własnej równowagi. Dzięki temu też stopniowo jeźdźcy mogli coraz dłużej jeździć na nim w „pełnym” siadzie w wyższych chodach, bez obawy, że przeciążą tym jego kręgosłup. Trzeba zaznaczyć, że w tym momencie Campino chętnie podążał za ręką jeźdźca, stopniowo schodząc pyskiem w dół, cały czas poszukując „kontaktu”. Nie miał nawyku uwalania się na wędzidle, zachowywał również aktywną pracę zadu. „Żucie z ręki” dawało mu okazję do rozluźnienia się i skoncentrowania na mężczyźnie, co z kolei wpływało na jego karność, czyniąc go znacznie bardziej jezdnym. Z samym zakłusowaniem nie było żadnych problemów – Qeer był typowym koniem „do przodu”, poza tym jak było wspomniane, w poprzedniej stajni miał naprawdę dobrych trenerów, którzy porządnie przyuczyli go do klasy L, gdzie reagowanie na sygnały były podstawą. Możliwe, że powinien już chodzić klasę P, tym bardziej z jego naturalnymi uzdolnieniami, jednak za priorytet uznano idealne wykucie jego podstaw i fizyczne przygotowanie do większego wysiłku. Niemniej, początkowo podczas zakłusowania uniósł pysk do góry, „wskakując” na wyższe ustawienie, jednak już po chwili ponownie zaczął schodzić pyskiem w dół. Na figurach wyginał się prawidłowo, miał luźną szyję, którą chętnie oddawał w danym kierunku. Widać było, że współpraca z jeźdźcem sprawia mu przyjemność, podczas kół posłusznie wyginał się wokół wewnętrznej łydki, prawidłowo wpisując kształtne cielsko w łuki. Nie miał żadnych problemów z utrzymaniem równego tempa – miał ładną akcję kończyn, swobodne łopatki, generalnie cud, miód i orzeszki. Niemalże chciało się go chwalić za samą efektywność ruchu, która jednak sprawiała, że był z lekka niewygodny. Jak na razie wszystko szło po myśli jeźdźca – ogier wyrazie angażował się w pracę, przejścia wykonywał płynnie, bez żadnego zawahania. Podczas zatrzymań równo ustawiał wszystkie nogi i podstawiał zad, chociaż czasem zdarzało mu się wygiąć głowę „na zewnętrzną” stronę. W trakcie kolejnego zakłusowania nagle delikatnie zawiało i chociaż to nie zrobiło na Campino większego wrażenia – to jednak latający listek morderca już tak. Ogier odskoczył z danego miejsca jak głupi, furcząc, parskając i generalnie rozpoczynając zawiły proces cofania się na ślepo. Przecież jest za młody, by umierać, a ten nieszczęsny listek wyglądał naprawdę bardzo nienaturalnie. Pysk zadarty do góry, ciało całe usztywnione i pozycja w stylu „obserwuję ciebie, drapieżniku”.Luke - 2016-07-04, 11:18 tradycyjnie zrobiłam byka, w poprzednim poście chciałam napisać o wygięciach na kole do zewnątrz, ale oczywiście napisałam do wewnątrz
Nagłe spłoszenie wybiło go z rytmu nieco, nie spodziewał się go zupełnie, zwłaszcza, że starał się cały czas trzymać kasztana na wyraźnych pomocach, ten za to zdawał się na nich iść pewnie. No cóż, był już byt starym wyjadaczem aby takie drobne zajście mogło go wysadzić z siodła czy spowodować jakiekolwiek większe zdezorientowanie, sekundę po odskoku ogiera w bok brunet już o tym nie pamiętał i skupiał się tylko na tym, by go uspokoić i ponownie rozluźnić, nawet nie zastanawiał się nad możliwą przyczyną nagłego ataku paniki u Campino.
Od razu zaprowadził go na ciaśniejsze koło, średnica tak z 13-14 metrów, bardzo wyraźnie chociaż nie siłowo zgiął go od wewnętrznego nadgarstka, pilnując i podtrzymując od zewnętrznej strony łydką i wodzą, aby się nigdzie nie załamał. Na tym samym kole ponownie zajął go pracą, odginając go do zewnątrz, zewnętrzną łydką spychając na wewnętrzną wodzę, która trzymała ustawienie i jednocześnie zabierała konia na łuk przeciwny do właśnie tego ustawienia, wewnętrzna łydka za popręgiem nie pozwalała wchodzić za mocno do środka koła i jednocześnie dopełniała wygięcie. Kilka razy wyginał go to w jedną, to w drugą stronę, później zmienił kierunek i wszedł z nim na koło o analogicznej wielkości do poprzedniego i ta sama zabawa, chciał czuć ponowny luz przepływający przez konia, który miał być niczym prawie płynna, ciepła plastelina w rękach artysty!
Ponownie wyprowadzenie na różne inne figury, węże z wyraźnymi przestawieniami, serpentyny z zatrzymaniami bądź przejściami do stępa pomiędzy łukami, od czasu do czasu już jakieś wolty i półwolty w kłusie ćwiczebnym, podczas których dbał o dalszy swobodny przepływ ruchu.
O ile czuł go na pewnym kontakcie, spróbował kilka razy na długich ścianach oraz przekątnych dodać w kłusie, po prostu dla sprawdzenia reakcji. Oczywiście do tego odpowiednio przygotowywał go półparadami, dojeżdżał najpierw zewnętrzną łydką do wodzy nieco poszerzającej ramy, następnie obiema równomiernie dawał wyraźny impuls do wydłużenia, utrzymując z przodu kontakt i nie pozwalając się zbytnio rozpędzać. Tak samo spróbował i skróceń, albo na krótkich ścianach, albo na jakichś łukach, wzmagając pracę łydek ale i spowalnianie dosiadem, ręka pozostawała elastyczna ale wyraźniej zatrzymywała ruch do przodu. Te zmiany w kłusie przeplatał swobodnie, dając mu też momenty na kłus roboczy.
Później przyszedł czas na galop i najpierw zdecydował się tradycyjnie na koło i prawą nogę, z kontrolowanego kłusa pełny siad, półparada, zewnętrzna łydka za popręg i wypchnięcie z wewnętrznej łydki oraz wewnętrznego biodra, od samego początku narzucając swoje tempo. Zostali na kole, przechodzili na nim mniej więcej co pół okrążenia do kłusa, kilka do kilkunastu kroków w niższym chodzie i ponowne zagalopowanie i tak parę razy, później zmiana kierunku i podobna sytuacja na lewo, następnie powrót na prawą stronę i w galopie zmniejszanie i zwiększanie koła, przy którym dociążającym dosiadem i podtrzymującym impulsem od łydek i półparadami starał się zwiększyć zaangażowanie zadu, aby ogier bardziej na nim "usiadł" i szedł wyraźniej z tendencją pod górę. Na lewo ta sama zabawa, w końcu staramy się ćwiczeniami równomiernie wpływać na obie strony konia.Campino Queer - 2016-07-24, 20:21
Luke napisał/a:
...
Campino czasem bywał nieprzewidywalny, jeśli chodziło o reakcje na bodźce płynące z zewnątrz, niemniej można było jeszcze złożyć to na karb wieku i wynikającej z tego niewielkiej „nadwrażliwości”. Zresztą ogier dość szybko rozluźnił się, ponownie akceptując wędzidło, a także szukając kontaktu z ręką jeźdźca. Wchodząc na koło odchylił uszy w stronę jeźdźca, oferując mu swoją uwagę. Wyraźnie, chociaż nie przesadnie zgiął się w potylicy, a całe swoje ciało bez większego problemu wpisał w łuk, dzięki czemu zadnie nogi ciągle podążały śladem przednich. Początkowo jednak miał wyraźny problem z „odwróceniem” wygięcia, co objawiało się usztywnieniem szyi i spowolnieniem tempa (czy też raczej drobieniem). Kasztan przemielił parokrotnie wędziło, jednak wzmocnienie pomocy oraz cierpliwość wystarczyły, by wziął się w garść i zaczął poprawnie wykonywać ćwiczenie, całkowicie polegając na aktualnym jeźdźcu. Z czasem usztywnienie minęło i ogier całkowicie „oddał szyję”, stając się znacznie bardziej jezdnym. Zadnie kończyny raźno wkraczały pod kłodę, a w kącikach warg pojawiła się „ubita” piana, co świadczyło o pełnej akceptacji kiełzna, zaufaniu do ręki Luke’a (?). Reszta figur nie sprawiała mu większych problemów, Campino wyraźnie przykładał się do pracy. Miał prawidłową mechanikę kończyn, swobodne łopatki, kroczył z wyraźną lekkością, chętnie szedł przed siebie. Podczas wydłużenia wykroku jego środek ciężkości oraz równowaga przenosiły się „ do przodu”, natomiast jego wykrok i sylwetka wyraźnie wydłużały się bez zakłócenia rytmu, czy też zmiany tempa. Skrócenie również zachodziło bez komplikacji, kasztan nie próbował drobić, czy też przechodzić do niższego chodu. Na kolejne pomoce zareagował poprawnie, od razu płynnie przechodząc do galopu. Chód ten był wyraźnie ‘trzytaktowy’, dynamiczny, ale lekki, elastyczny, z impulsem, a także w równowadze i z samo niesieniem. Widać było zaangażowanie poprzednich trenerów w pracę nad nim, a także jego własne naturalne uzdolnienia. Pierwsze przejście było lekko oporne, kasztan przemielił parokrotnie wędzidło, obijając nerwowo ogonem o stawy skokowe, ale obyło się bez większych buntów. Z czasem coraz bardziej odpuszczał, utrzymując zaangażowanie zadu zarówno w kłusie jak i galopie, płynnie robiąc ewentualne przejścia. W końcu całkowicie odpuścił w potylicy, zaokrąglił lekko szyję, a dodatkowo coraz mocniej zaczął pchać tylne nogi pod kłodę. Z czasem galop zrobił się wyraźnie „pod górkę”. Krok był stosunkowo krótki, niemniej z każdego ruchu przebijała się dynamika mięśni.Oliver Pelerieux - 2016-09-03, 17:53 Przyszedł z czterolatkiem na zewnętrzny maneż, właśnie tutaj znajdując nieco odosobnienia. Zanim odesłał konia stępem na koło, podciągnął popręg o dziurkę, nie chcąc dopuścić do przesunięcia się siodła. Dzisiaj miało służyć tylko temu, aby ogier przyzwyczajał się do noszenia czegoś na grzbiecie. Oliver chciał go pierw poznać, upewnić się, że ten poprawnie rozróżnia komendy na lonży i od razu na nie reaguje. To znacznie ułatwiało pracę na późniejszych etapach.
Jak zostało już wspomniane, odesłał konia na koło, zaczynając od stępa w lewą stronę. W lewej ręce trzymał lonżę, palce trzymając zaciśnięte tak, jak na wodzy. W prawej natomiast dzierżył bat, który tworzył drugie ramię niejakiego trójkąta, w którym zamknął czterolatka. Lonżę trzymał napiętą, ale pozwolił iść koniowi po największej możliwej średnicy, uwzględniając jego młody wiek i problemy z równowagą z niego wynikające. Na ten moment nie wymagał od konia niczego poza aktywnym marszem, nie pozwalał mu na samodzielne zmiany tempa czy kierunku. Zobaczmy jednak jakie nastawienie do pracy miał dzisiaj Whatever...Whatever Impossible - 2016-09-03, 18:57 Przyszedł z Oliverem na duży maneż. Bacznie rozejrzał się w około, bo chyba jeszcze nie miał okazji tu być. Stęknął cicho, kiedy chłopak zacisnął popręg nieco ciaśniej. Siodło z osprzet umiał na sobie najkrócej, ale nie przeszkadzało mu to zupełnie. Wszystko znosił dzielnie i z godnością. Miał za sobą kilka treningów na lonży i chyba wypadł na nich nie najgorzej. Choć kto tam to wie, on na pewno nie. W końcu wszedł na koło, zaczynając się poruszać stępem na lewo. Ruch miał niczego sobie, dużo dobrym genów odziedziczył po ojcu, choć to pewnie ukaże się dopiero w skokach. Po matce natomiast, nie najgorsze umiejętności ujeżdżeniowe. Posiadał dość ładny ruch, co do efektowności to ona na pewno kiedyś będzie. Jednak na razie koń miał słabo wyrzeźbione mięśnie, więc dupy nie urywało, jak to się mówią. Szedł dość aktywnie, niosąc szyję nisko i rozluźnioną. Kolejna lonża? Nastawienie karosza z każdym kolejnym treningiem na lonży - malało. Poniekąd rzygał już tą lonżą (gdyby mógł), ale co zrobić? Z drugiej strony, ile można biegać na jednej lonży w kółko? To było też nieco męczące. Dorósł do wieku, gdzie mógłby z powodzeniem zakończyć zajeżdżanie i wdrażać się w konkursy, tylko ludzi do tego chętnych - brak. Stał tu już trzy i pół roku, a odbyte treningi mógłby policzyć na swoich kopytach - dosłownie.Oliver Pelerieux - 2016-09-03, 22:11 Oliver był zwolennikiem wczesnego zajeżdżania koni. Jego ulubionym systemem było zajeżdżenie trzylatka i późniejsze odstawienie go na łąki na rok, by wracając do właściwej pracy był już w pełni rozwinięty i gotowy zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Późno zajeżdżane konie zwykle były problematyczne, bo miały już swoje poglądy i niekoniecznie chciały współpracować z człowiekiem i się wysilać. Szczególnie ogiery, które pozostawione samopas na tak długi okres czasu potrafiły stać się z dobrych koni zupełnie nierokującymi.
Z Whataverem było jednak inaczej, takie przynajmniej mógł odnieść wrażenie Oliver. Wszystko co prawda miało wyjść na jaw przy pierwszym wsiadaniu, ale skoro już w obejściu i na lonży był w miarę karny i posłuszny, rokowało to dobrze na przyszłość.
Lonża może rzeczywiście nie należała do najbardziej fascynujących zajęć, ale jeśli nie ograniczała się do chodzenia w kółko w jednym chodzie przez parę minut, nie powinna zostać tak źle odebrana przez konia. Tak młode zwierzę nie powinno chodzić długo na lonży, toteż Oliver ograniczony czasem, od początku zaczął wymagać - podczas stępa sprawdzał reakcję zwierzęcia na komendę "stój" i "stęp", prosząc go o zrobienie paru przejść. Swoją mową ciała naprowadzał go na właściwe zachowanie - chcąc go zatrzymać wychodził nieco w stronę jego przodu, zaś chcąc ruszyć, robił krok w stronę zadu, tam też kierując swoje spojrzenie i lekko unosząc bat. Dość szybko poprosił o zmianę kierunku, na prawo posługując się już głównie głosem, bo chciał by Whatever reagował przede wszystkim na głos, co można by później wykorzystać z siodła. Po stępie zatrzymał konia, podszedł do niego zwijając lonżę i skrócił nieco wypinacze. Zmuszały one teraz konia do lekkiego opuszczenia łba, ale były na tyle długie, by szyję mógł nieść niemalże wyprostowaną i rozluźnioną. Miał się stopniowo uczyć kontaktu. Z powrotem odesłał go na koło i dał mu chwilę na oswojenie się z nową sytuacją, po czym poprosił o przejście do kłusa.Whatever Impossible - 2016-09-03, 23:06 Wiek na zajeżdżanie może i dobry, ale brakowało zdecydowanie w tej stajni ludzi, którzy zajeżdżali by owe konie. On miał raptem zapoznanie się ze sprzętem i praca na lonży, a zaczynało go to już nudzić. Widział konie szykowane do zawodów i inne takie, co wiązało się już z tym, że obecnie sam chciał to robić. Jednak z wiadomych przyczyn, było to niemożliwe. Karosz był dojrzały psychicznie, choć jak każdy ogier i młody koń, miał swoje odpały czasem. Jednak nie było to nic groźnego - podobno, co do fizycznych możliwości nie były najgorsze, ale i nie najlepsze. Czyli mam rozumieć, że jest słabo rokujący? O nie :-( Większość wymienionych przez Olivierach cech, jakby nie tyczyły się Whatczka. Choć no ideałem to on nie był, ale nie okiełznanym szajbusem to też nie. Ogier sprawiał dobre wrażenie, przynajmniej tak twierdzono. Nie najgorsze względem budowy i predyspozycji, oraz tego co posiadał w głowie. Wiadomo, że ideałów to nie ma. Jednak karosz był jednym z nielicznych, które można było wrzucić do worka "prawie ideał" vel "dobry". Miał nadzieje, że zajeżdżanie pójdzie z górki już, ale kto wiedział kiedy to nastąpi? Mogło już, a mogło za wiele wiele lat. Już mamy na forum niezajeżdżonego konia ze statystykami klasy P. Może jeden wystarczy? Praca z ziemi w ogóle była dość nudnawa, ale to zależało w dużej mierze od konia i jeźdźca, który prowadził trening. Ogier poruszał uszami, wewnętrzne bardziej zostawiając na facecie, a oba postawione pionowo. Słysząc komendę "stój", zatrzymywał się w miejscu. Ciągle obserwując faceta i mieląc wędzidło w pysku, a kiedy padała komenda "stęp", to ponownie ruszał się przed siebie po kole. Nie zmieniał zaangażowanie w pracę, chyba że facet wymagał to od niego. W pierwszej chwili na zmianę kierunku głosem, zareagował stuleniem uszu i nie wiedzą, co ma właśnie zrobić teraz, czego facet od niego wymaga. Pewnie został jakoś nakierowany na to, więc zmienił kierunek w końcu na przeciwny. Poruszał się jeszcze kawałek w stępie, by się ostatecznie zatrzymać i poczekać aż facet poprawi sprzęt. Wraz ze skróceniem wypinaczy opuścił nieco łeb, uwypuklając bardziej mięśnie grzbietu, a pysk niósł na wysokości klatki piersiowej. Po powrocie na koło, ogier poruszał się nadal dość aktywnie w stępie, starając się zachować właściwe ustawienie na wypinaczach, co nie było wcale proste. Nie był do tego przyzwyczajony i miał momenty chęci walki z tym czymś, ale w końcu odpuścił. Pewnie dopiero wtedy, Olivier odesłał go do kłusa w który wszedł i tu znów na początku, walczył nieco z wypinaczami w końcu się jednak uspakajając.Oliver Pelerieux - 2016-09-04, 00:11 Miał jeszcze szansę ze względu na swoje usposobienie, ale to nie zmienia faktu, że był w tyle za końmi, które zostały zajeżdżone od razu. Czy było to jeszcze do nadrobienia... Kwestia sporna. W każdym razie nie było sensu teraz tego roztrząsać, tylko należało się wziąć do roboty.
Gdy ogier zaczął się stawiać wypinaczom, Oliver od razu poganiał go do przodu, nie tylko odwracając jego uwagę, ale też chroniąc przed chowaniem się za wędzidłem i zachęcając do zaakceptowania wypięcia. Przy nieco żywszym kłusie Whatever miał też szansę na lepsze zaangażowanie zadu, a także rozluźnienie pleców, które były jednym z najistotniejszych elementów treningu na lonży. Praca z ziemi mogła się wydawać nudna, ale lonżowanie w wypięciu było dobrym sposobem na zbudowanie muskulatury. Czterolatkowi na pewno będzie prościej dźwigać ciężar jeźdźca po tym, jak wyrobi sobie niezbędne ku temu mięśnie.
W kłusie także nie pozwolił mu na nudę, czyli na bieganie po okręgu bez przerwy - już po chwili zaczął go prosić o przejścia z kłusa do stępa i ze stępa do kłusa, nie zapominając o chwaleniu go głosem od czasu do czasu. Po paru minutach kłusa na prawo zatrzymał karego i zmienił kierunek, na lewo prosząc go dokładnie o to samo. Nie chciał poświęcić na lonżę więcej niż dwadzieścia minut (bez rozstępowania na końcu), dlatego częstotliwość poleceń była spora, jednak nie przytłaczająca.Whatever Impossible - 2016-09-04, 17:20 To chyba się tego będę trzymać, zawsze jakieś pocieszenie No nie jego wina, że tej w stajni to nie ma chętnych do zajeżdżania koni. No taka prawda, bo ile osób tu jest? Można by na palcach jednej ręki policzyć. Mniej my jednak nadzieje, że kiedyś pójdzie w ślady swoich rodziców. Tak tak do roboty zabrać się, to był najwyższy czas. Podczas walki poganianie go, rzeczywiście było dobrym rozwiązaniem. Ogier automatycznie uciekał od bata, który pewnie się pojawiał za jego zadem, by ten przyspieszył i zapominał o pozbyciu się wypięć. Choć pewnie i tak by tego nie zrobił, bo niby jak? Z każdym krokiem było lepiej, ale początki na wypięciu z Olivierem były nie najlepsze. Jednak jak już mówiłam, potem było już tylko lepiej. Kiedy uciekając od bata, szedł naprzód żywszym kłusem, miał jakieś przebłyski lepszej pracy zadu. Z plecami było nieco gorzej, nie mógł się nieco odnaleźć w tym nowym ustawieniu. Faktycznie była nieco nudząca, ale potrzeba. Jemu mięśnie się na pewno przydadzą, oby tylko nie trenował wiecznie lonży i zabrał się za coś konkretnego. Z pewnością kiedyś będzie doskonałym kompanem do treningów, zawodów i innych rzeczy, ale wszystko w swoim czasie. Pozostawione ucho na Olivierze było czujne, wyłapywało każdy dźwięk. Słysząc prośbę do przejścia w niższy chód, ogier ją wykonał i starał się robić to dobrze. Natomiast słysząc potem komendę o powrót do kłusa, też wykonał ją, choć przejścia w jego wykonaniu idealne nie były - jeszcze. Wykonał to tyle razy ile Olivier go poprosił, a na pochwały reagował krótkim parsknięciem. Po paru minutach kłusa na prawo, ogier się zatrzymał i wraz z chłopakiem zmienił kierunek na lewo. Powtórzyli dokładnie to samo teraz na lewo, wykonywał je raczej na bieżąco i nie miał z tym problemów, jednak jakoś przejść marna. Natomiast poruszał się płynnie, chętnie i mocno brnął naprzód po kole. Nie walczył już z wypinaczami, tylko się do nich przyzwyczaił i szedł nadal z pyskiem na wysokości klatki, plecy nieco bardziej rozluźnione, zad starający się gdzieś tam pracować.