To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Orchard Stable
Najlepsze jeździeckie forum PBF!

Las - Główny szlak

Elizabeth White - 2016-08-05, 22:15

Po długim stępie przez Orchardowskie pastwiska, wjechały wreszcie do lasu. El nie znała klaczy na tyle, by przewidzieć jej zachowanie w odosobnieniu, z daleka od znanego miejsca i innych koni. Prowadziła ją jednak pewnie do przodu, pilnując by ta ładnie maszerowała przed siebie. Kanadyjka strasznie tego potrzebowała. Była to jej odskocznia od ciągłych treningów na czworobokach i parkurach. A pobliski las był niezwykle urokliwym miejscem, usianym licznymi ścieżkami idealnie nadającymi się do długich galopów.
Jechały kawałek w głąb poboczną ścieżką, aż dotarły do głównego szlaku. Było tutaj kompletnie cicho – nie wiał wiatr, który zmuszony był pozostać na łąkach, nie słychać były żadnych odgłosów cywilizacji. Co jakiś czas jedynie ptaszek odzywał się z koron drzew, wyśpiewując swoją piękną piosenkę. A najulubieńszym elementem lasu dla Amazonki, był jego zapach. Szczególnie po deszczu, gdy w powietrzu unosiła się woń sosen pomieszana z wonią przemoczonej ściółki.
Ową trasą przejechały spory kawałek, podczas którego kobieta w dalszym ciągu prowadziła Hanky energicznym stępem. Utrzymywała elastyczny kontakt z pyskiem klaczy, dyskretnie obserwując reakcje kopytnej na poszczególne elementy, które mijały po drodze. W pewnym momencie zadecydowała jednak o skręceniu na jeden ze szlaków jako, że była łasa na poznawanie nowych miejsc. Ścieżka była dużo węższa, usłana ubitą ziemią przemieszaną z piachem. Wyglądała na dosyć długą i prostą, toteż wydała się Brunetce wręcz idealna na pierwszy kłus. Amazonka uprzedziła kasztankę o swoich zamiarach półparadą, by następnie posłać ją do szybszego chodu. Nie pozwalała jej pędzić na łeb na szyję, ale jednocześnie wymagała dosyć aktywnego tempa. Swoim anglezowaniem starała się nadawać jej rytm, korygując ustawienie nieparzystokopytnej wedle potrzeb.

Hanky Panky - 2016-08-08, 13:12

Początkowo teren do ich rozgrzewki, były Orchardowe pastwiska. Gdzie klacz z początku zwątpiła w to, co będzie dziś robić. W końcu to było dość nietypowe miejsce do rozgrzewki, jednak ona sama nie kwestionowała go i wykonywała polecenia kobiety. Jeszcze mocniej się zdziwiła, gdy z pastwisku ruszyły do lasu. Teren nie był jej obcy, ale to pierwsze spotkanie z nim w tym miejscu. Zachowanie ostrożności, było jak najbardziej wskazane. Klacz była z natury spokojna, opanowana i nie bała się nowych/starych wyzwań. Jednak w nowym miejscu, co tyczyło się zarówno stajni, jak i lasu, mogła się zachować różnie. Nie tyle samotność, co przebywanie w lesie, ją nico stresowało. Początkowo szła nieco sztywno, strzygąc ciągle uszami na wszystkie strony świata i szastając nerwowo ogonem, o stawy skokowe. Pomoce El były oczywiście przydatne, ruda musiała po prostu się przyzwyczaić i nieco ochłonąć z nadmiaru wrażeń. Mimo spięcia, klacz szła dość aktywnie naprzód. Zakładam, że El starała się jakoś wpłynąć na jej zachowanie, za pewnie uspokajająco. Z czasem klacz się nieco ogarnęła, bardziej się rozluźniając, stając się przyjemniejszą w prowadzeniu, mniej sztywną. Ona w tym miejscu miała ledwo dwa, więc chyba trudno mówić o rutynie w jej przypadku. Las wyglądał bajecznie, tajemniczo i mroczno. Tak nieodgadniona zagadka, którą śmiałkowie chcieli odkryć i zgłębić. Przejechały jeszcze kawałek boczną ścieżką, aby dotrzeć do głównego szlaku. Bez większych obaw wjechały na niego, by to właśnie nim kierować się naprzód. Poruszała się nadal dość energicznie, niosąc łeb na wysokości klatki piersiowej, angażując także w pracę swój zad. Jechanie po lesie miało swoje plusy i minusy, które można by wymieniać w nieskończoność. Nową trasą przejechały spory kawałek, by w pewnym momencie skręcić na boczny szlak. Ścieżka którą się teraz poruszały, była znacznie węższa od poprzedniej, a podłoże to ziemia zmieszana z piachem. Uprzedzona półparadą skupiła się na kobiecie, by zaraz mocniej odepchnąć się z zadu i przyspieszyć. Niosła ją dość lekko w kłusie, poruszając się naprawdę dość efektownie. Jednak nie byłaby sobą, gdyby czegoś nie odwaliła :lol2: Kłusując przed siebie, zauważyła ruch w krzakach i coś jej mignęło niespodziewanie. Nie wiedziała co to było, ale chyba zasądziła, że coś niebezpiecznego. Bo nim kobieta zdążyła się domyśleć, co się stało, klacz zrobiła nagły ruch w bok i przód. Przypominając prawie - ustępowanie od łydki :lol2:
Elizabeth White - 2016-08-09, 14:00

Od samego początku spodziewała się tego, że Hanky może się spłoszyć albo zbyt optymistycznie zareagować na otwartą przestrzeń. Nie pierwszy i nie drugi raz była w terenie, toteż wiedziała, że może zdarzyć się dosłownie wszystko. I była na to w pewien sposób przygotowana. Jej zmysły były dużo bardziej wyostrzone niżeli na zamkniętej przestrzeni, a El nie tylko zwracała uwagę na konia, ale też na potencjalne straszaki kryjące się dookoła. I wtem jak na zawołanie pomiędzy krzakami przemknął spłoszony zając, zagłuszając panującą dookoła ciszę. Kobieta dostrzegła go kątem oka, aczkolwiek nie zdążyła zareagować, bo kasztanka w tym samym momencie odskoczyła w bok. I nie było w tym nic dziwnego, bo w końcu zareagowała całkowicie naturalnie na zauważone niebezpieczeństwo. O ile niebezpieczeństwem można było nazwać małego, bezbronnego szaraczka. Brunetka mimowolnie mocniej zacisnęła kolana na poduszkach kolanowych, chcąc nie chcąc przytrzymując klacz na pysku. Była to reakcja automatyczna na niespodziewany zwrot akcji, bo ostatnią rzeczą jaką Kanadyjka chciałaby zrobić, to spaść w środku lasu. Chociaż oby uskok nie był jeszcze wcale straszny, bywało gorzej.
- Ciii, spokojnie Hanky – powiedziała cicho i melodyjnie, starając się trochę uspokoić przestraszoną kobyłę. Na tym jednak zakończyła, zachęcając ją do dalszego kłusa naprzód. Owym chodem poruszały się aż do końca drogi, nie wiedząc co czeka ich za zakrętem. Zawodniczka prowadziła kasztankę aktywnym tempem, ale ograniczała ją w przypadku samowolnej chęci przyspieszenia. Sama w dalszym ciągu rytmicznie anglezowała, w połowie trasy zmieniając nogę.
Na końcu prostej – zgodnie z założeniem – Elizabeth usiadła w siodło, usztywniła się w miednicy i sprowadziła kopytną do stępa. Poklepała ją krótko po szyi i przypilnowała, by ta nie próbowała się ociągać. W końcu dotarły do jakiegoś skrzyżowania, ale Kanadyjka postanowiła jechać prosto, po pewnym czasie wracając na główny szlak. Niestety tutaj sytuacja wyglądała gorzej – piach ustąpił miejsca drobnym kamyczkom z ostrymi krawędziami, tak zwanemu szuterowi. Były one o tyle uciążliwe, że właziły koniom w kopyta, przez co nieparzystokopytne niechętnie po nich szły. Przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji El postanowiła jednak sprawdzić jak zareaguje na nie Hanky.

Hanky Panky - 2016-08-10, 11:29

Była prawie jak profesor, pewne zachowania zostały w niej stłumione, a innych po prostu nie posiadała. Jednak wciąż pozostawała koniem i instynkt bywał czasem silniejszy od reszty. Ruda bywała w terenach, jednak pierwszy raz w tym kompleksie stajennym, więc miała drobny stresik. Hanky starała się nie pokazywać tego, że lekko się denerwuje, ale uszy lawirowały w każdą stronę, oczy bacznie obserwowały otoczenie, a ogon się kołysał na boki. Kiedyś w lesie zaatakowały tu kogoś wilki czy coś, jak to mówią przezorny zawsze ubezpieczony. Nie wiadomo na dobrą sprawę, kto się bardziej spłoszył. Ruda zareagowała tak, a nie inaczej na ruch szaraka w krzakach, ale było to w dobrej wierze. Bo jakby to był lis, wilk wąż albo dzik? Mogło się na nich rzucić i co wtedy? Myślę że żadna z nich, nie chciała stracić życia. Odskoczyła to chyba za duże słowo :lol2: Bo ruch faktycznie wyglądał, jak ustępowanie od łydki w przeciwnym kierunku, niż szarak który był w krzakach. Nie miała w zwyczaju wysadzać z siodła, a przy tym ruchu kobieta nawet nie miała szans z niego wypaść. Klacz nie próbowała też dębować, ani uciekać dosłownie z miejsca zdarzenia. Przytrzymana przez kobietę, zatrzymała się w miejscu, rozdziawiając na moment paszczę i mieląc wędzidło wraz z powietrzem. Myślę, że wizja spadnięcia lub poniesienia w las, była zdecydowanie gorsza. Zakładam że została do kłusa wypchnięta, więc ponownie angażując w pracę zad, odepchnęła się od podłoża i pokłusowała dalej przed siebie. Dokłusowały do końca drągi, gdzie czekała ich wielka niewiadoma, co będzie za zakrętem. Poruszała się energicznie, płynnie z zaangażowanym zadem i na kontakcie. Po dłuższym czasie zmieniły nogę, by na końcu prostej zwolnić do stępa. Choć praca ciała klaczy się nie zmieniła (zaangażowanie), szła najniższym chodem. Parsknęła krótko przyjmując pochwałę, by zaraz dotrzeć do skrzyżowania dróg. Pojechały ostatecznie prosto, by po jakimś czasie wrócić na główny szlak. Podłoże się zmieniło, a klacz nie była z tego powodu zbyt szczęśliwa. Początkowo szła dość ochoczo, jednak z każdym kolejnym krokiem, było nieco gorzej. Raz nawet machnęła nieco jednym przodem, jakby chcąc się pozbyć kamieni, tuląc przy tym jedno ucho.
Elizabeth White - 2016-08-10, 12:33

Myślę, że wilki nie wyszłyby w biały dzień na drogę często uczęszczaną przez ludzi, by kogoś zaatakować. Dziki, o ile były w ogóle gdzieś w okolicy, nie atakowały bez powodu. Mogło stać się to jedynie w przypadku, gdyby locha szła ze swoimi młodymi i poczułaby się zagrożona. Tak więc na dobrą sprawę były bezpieczne, ale fakt – lepiej chuchać na zimne.
Tak jak El się spodziewa, szuter nie podpasował Hanky. I nie było w tym nic dziwnego, bo konie z natury nie lubiły się po nim poruszać. Jedne reagowały na niego łagodniej, a inne gorzej. Kwestia wrażliwości i samozaparcia. Kobieta nie chciała jednak, by kasztanka zaczęła kuleć. Ów teren miał im w końcu sprawić przyjemność, a nie torturować biedne kopyta hanowerki. W tym wypadku najlogiczniejszym wyjściem było odbicie w inną ścieżkę, z bardziej przystępnym na koni podłożem. Póki co nie miały jednak takiej możliwości, bo najbliższe rozdroża były kawałek stąd. Kanadyjka skierowała Panky na trawiaste pobocze jako, że było to aktualnie jedyne możliwe wyjście z sytuacji. Trawa była dosyć wysoka, ale z pewnością było to o niebo lepsze niżeli stęp po kamieniach. Elizabeth oddała nieco kasztance wodze, umożliwiając wyciągnięcie szyi, o ile ta miała taką potrzebę. Pozostawała jednak czujna na wypadek, gdyby klacz czegoś się spłoszyła. Droga co prawda była prosta i nie wyróżniała się niczym szczególnym, ale mógł im wyskoczyć kolejny zając, albo co gorsza, zabłąkana sarna.
Zgodnie z planem skręciły w pierwszą, lepszą ścieżkę, prowadzącą głębiej w las. W dalszym ciągu poruszały się stępem, a El sprawdzała, czy klacz nie utyka. Tutaj drzewa były dużo starsze i grubsze. Gdzieniegdzie korzeń przeszywał piaszczystą drogą, stanowiąc dodatkowe utrudnienie. Brunetka pilnowała aktywnego tempa, pozwalając kopytnej swobodnie wyciągać szyję nad korzeniami.

Hanky Panky - 2016-08-10, 13:28

Dzikie zwierzęta są nie przewidywalne, a głodne lub wściekłe są zdolne do różnych rzeczy. Kwestia też obrony własnych dzieci, wtedy matki również posuwały się do różnych czynów. Oczywiście tylko po to, by obronić własne dzieci. Jednak potrafiły wyrządzić wiele zła, krzywdy w obronie własnych dzieci. Były bezpieczne w teorii, ale w praktyce jak wszyscy dobrze wiemy, bywa z tym różnie. Wszystko może się przecież darzyć. Nie? Ostrożności nigdy za wiele, wtedy w przypadku nagłego zagrożenia, można jeszcze uciec czy coś. Klacz wyścigowcem ani strongmenem nie była, jednak w przypadku zagrożenia Elka mogła być pewna, że klacz zrobi wszystko, by udało im się z tego wyjść bez szwanku, albo z najmniejszym jaki się da. Fakt dobrze myślałam, podłoże było tragiczne, nie przyjemne i kuło ją w kopyta ! Nie wybrzydzała zbytnio, ale po tym się prawie ne dało chodzić. Może by po nim szła, gdyby nie fakt, że to było prawie, że a-wykonalne. Na upartego może by poszła, ale nie byłoby to zbyt przyjemne dla niej, ani dla kobiety. O nie, kulawizna jest be ! Ruda też by tego nie chciała, to nie fajne uczucie i zbędne. Wyjście z teren było super, coś innego niż parkur czy czworobok. Co do tortur, jeśli byłyby przyjemne, to czemu nie? :lol2: Jednak tortury bolesne, mówi stanowczo nie. Gdyby mogła podziękowałaby kobiecie za to, że zdecydowała się na inną drogę. Parsknęła do niej radośnie, kierując się na inną ścieżkę. Na razie stąpały po trawie, bo musiały dojść do tego przystępnego miejsca, a kawałek do niego był. Lepsze było to niż, chodzenie po tamtym podłożu. Za przyzwoleniem kobiety, obniżyła łeb w dół i do przodu, pozwalając swoim mięśniom na chwilę oddechu. Na razie nie nastąpiło nic, co wywołałoby u niej spłoszenie. Droga jak droga, zwykła i prosta. Spotkanie z sarną powiadasz? A może z dorodnym panem jeleniem, chętnym na amory? 8-) :lol2: Po dotarciu na normalne podłoże, skręciły w pierwszą ścieżkę, która prowadziła w głąb lasu. Szła przed siebie z zaangażowaniem, bez żadnych bóli i innych pierdół. Skakanie powalonych pni? Jak najbardziej za ! Nawet w lesie robiła to z gracją.
Dominik - 2016-08-10, 13:40

Hell No napisał/a:
Panika, w którą wpadł Dominik, zdecydowanie nie służyła zatrzymaniu klaczy. Czując jego lęk i brak kontroli tym bardziej nabrała przekonania, że ucieczka jest słusznym rozwiązaniem i dalej ogromnymi susami pokonywała łąkę, nie zważając na własny dyskomfort związany z obijającym się o grzbiet jeźdźcem. Cud, że go nie zgubiła! Ocuciło ją dopiero pociągnięcie wodzy do boku, które sprawiło, że skręciła łeb i chcąc nie chcąc nie tylko zwolniła, ale również zboczyła z trasy. Od Dominika zależało czy pogalopowali dalej w lewo, czy jednak kazał jej iść po kole, co ostatecznie sprawiło, że przeszła do kłusa, cała nafukana.


Ooo tak zdecydowanie wolał całą nafukaną, ale kłusującą niż wesołą ale zapierdalającą Hell. Chcąc nie chcąc poprowadził ją po jakimś kole (jakimś, bo żeby to koło było to mh...) starając się nie prowadzić ją po dołkach aby nic sobie w zgrabne kuloski nie zrobiła. Siła odśrodkowa wypychała go z siodła, a on dalej klepał dupą w siodło. Starał się to jakoś amortyzować nieudolnie anglezując, ale czasem trafiał w rytm a czasem nie. Gdy klacz zwolniła do tempa akceptowalnego przez Pana D. chłopak postanowił się ogarnąć. Złapał porządnie oparcie w strzemionach, wykonał lekki półsiad i gdy złapał rytm wsiadł w siodło i zatrzymał klacz.
- Łolaboga Hell cóż za przeżycia. - otarł wierzchem dłoni czoło. Jego czarna rozpięta bluza z kapturem przekrzywiła się i wyglądał teraz jak jakiś pieprzony palladyn. Poprawił ją i przejechał dłonią po kruczoczarnych, przydługawych włosach. - Spokojnie Hell, daliśmy radę, przeżyliśmy i w ogóle. - powiedział z lekkim, ale nerwowym śmiechem w głosie. - Skoro już mamy pierwszy wspólny galop za sobą, to dawej - zaangażował się i dał klaczy mocnawe łydki, wypychając ją z bioder. Owszem, Dominik ogłupiał. Poprowadził klacz niespiesznym galopem na główny szlak starając się trzymać idealny rytm z klaczą.

Elizabeth White - 2016-08-12, 00:42

O nie, żadne skakanie. Po prostu poruszały się stępem po niezbyt równej ścieżce, która zmuszała Hanky do uważniejszego stawiania kroków. Nie było to jednak coś, z czym mogłyby sobie nie poradzić. El nigdy nie testowałaby możliwości kasztanki w sytuacjach zagrażających jej zdrowiu czy nawet życiu. Ale bądźmy realistkami, ten las był na tyle spokojny i mały, że na dobrą sprawę nawet by się nie zgubiły. Szlaki były dobrze oznaczone, a o żadnym niebezpieczeństwie nie było mowy.
Stęp po korzeniach na dłuższą metę był dość uciążliwy, więc przy pierwszej-lepszej okazji skręciły w prawo. Droga zwróciła uwagę El tym, że była dosyć prosta i piaszczysta. Kobieta postanowiła wykorzystać okazję by ponownie się przekłusować. Wpierw jednak uprzedziła Hanky półparadą i dopiero wtedy posłała ją w wyższy chód, od razu ustawiając sobie optymalne tempo. Klacz miała aktywnie iść do przodu, by trochę rozruszać się przed zagalopowaniem. Brunetka nie pozwalała jej jednak nabierać zabójczej prędkości, co z pewnością nie skończyłoby się dobrze. Podczas pierwszego kłusa Panky zachowywała się należycie, toteż Kanadyjka nie sądziła, że teraz nagle jej coś odwali. Anglezowała rytmicznie, pozostając czujną na bodźce z zewnątrz. W razie gdyby jednak kasztanka zbytnio pędziła, amazonka sprowadzała ją na ziemię krótkimi półparadami i delikatną pracą na ręce. Swoim anglezowaniem starała się nadawać kopytnej odpowiedni rytm, z góry narzucając należyte tempo. Dodatkowym utrudnieniem były gałęzie, które dosyć nisko zwisały nad ich głowami. El co rusz musiała się schylać, by nie dostać liśćmi po twarzy. Nie przeszkadzało jej to jednak za bardzo, do póki hanowerka zachowywała się spokojnie i nie szukała okazji do jakiegoś wybryku.
Przez ostatnie dni sporo padało (ah ta wspaniała, angielska pogoda!), aż wreszcie natknęły się na pierwsze kałuże, które nie zdążyły jeszcze wyschnąć. Z tymi mniejszymi nie było żadnego problemu, bo po prostu mogły je wyminąć, bez konieczności utraty ciągłości chodu. W końcu pojawiła się przed nimi jednak kałuża tak duża, że zajmowała całą szerokość drogi i ciągnęła się wzdłuż niej na dobre trzy metry. Zważając na to, że klacz była WKKW’istką, Elizabeth nie sądziła, że może ona sprawić jej jakąkolwiek trudność. Nie poruszały się też za szybko, toteż kobieta po prostu skierowała kopytną przez środek, licząc, że kasztanka się nie zbuntuje.

Hell No - 2016-08-12, 19:27

Nawet jeżeli w trakcie jazdy po kole trafiła w jakiś nieszczęsny dół albo nierówność, nie przejmowała się tym szczególnie - ot, potykała się krótko i zaraz dalej biegła jakby nigdy nic się nie stało. Jednakowo ignorowała nieprzyjemne obijanie się po grzbiecie, ale wreszcie jakby do niej dotarło, że jeżeli nie zwolni, to prędzej czy później zgubi Dominika. Tak więc tuż po pojawieniu się tej myśli w głowie, zwolniła do akceptowalnego tempa, a następnie zgodnie z życzeniem zatrzymała się. Krótko parsknęła i obejrzała się na Dominika, jakby chcąc sprawdzić, jak się trzyma - bo jej zdaniem było super. Nie czekając na jego dalsze wskazówki, gwałtownie schyliła się do trawy i zaczęła ją zrywać wielkimi kępami. Wtem dostała łydkę do galopu, na którą odpowiedziała błyskawicznie, niemal od razu przechodząc do pożądanego chodu. Oczywiście wciąż z kępą trawy w pysku, której nie zdołała przeżuć, ale to wydawało się teraz nieistotne. Galopując w miarę spokojnie, ale żywo, łypała ślepiami na boki.
Hanky Panky - 2016-08-14, 15:53

Dlaczego nie? Skakanie przez kłody i to raczej te mniejsze, to naprawdę fajna rzecz. Elka nie wiedziała co traci, to przecież prawie jak crosss w lesie. Co tam tylko ustawianie ostrożniej nogi na podłożu, chodzenie w kółko po lesie na dłuższą metę, było nudnawe. Nic się przecież nie działo, kompletnie nic - null. Kasztanka radziła sobie doskonale prawie we wszystkim, nie przechwalając się czy coś, ale po prostu miała taki charakter, który z jednej strony czynił z niej profesora, a z drugiej konia odważnego, pewnego siebie. Poruszała się nadal chętnie do przodu, była jednak nieco znudzona. Starała się tego nie pokazywać, ale pewnie i Elce takie kręcenie w kółko, zaczynało się powoli nudzić. Teren sam w sobie jest ciekawy, nowe miejsca, zapachy i nowe możliwości. Jednak jakby czegoś brakowało, może niebawem się dowiemy czego? Raczej małe szanse, że coś im tu zagrozi. Chyba, że naprawdę stanie się coś nieprzewidywalnego, ale trzeba mieć otwarty umysł na sytuację i zachować ostrożność. Ja tam bym do końca nie była pewna, wszystko czasem wydaje się oczywiste, a potem nagle się coś niespodziewanego wydarza i klops. Uciążliwy powiadasz? Ona rzekłaby, że to też, ale jednak stawiała bardziej na nudny. Przy pierwszej okazji, skręciła wraz z kobietą na prawo. Droga po której się teraz poruszały, była prosta i piaszczysta. Czyli innymi mówiąc, przyjemna dla ich obojga. Czując nadchodzące pomoce od kobiety, klacz szykowała się do przejścia w wyższy chód. Z otrzymaniem stosownych już pomocy, mocniej odbiła się z zadu od podłoża, by poszerzyć swoje ramy i wejść w wyższy chód. Poruszała się aktywnie, pracując mocniej zadem i będąc na kontakcie. Poruszała się wyznaczonym przez kobietę tempem, pewnie nie za szybkim, ale nie za wolnym. Faktycznie miała Elka rację, klacz także i tu, zachowywała się należycie. Ruda musiała się skupić na pomocach kobiety oraz przeszkodach, które pojawiały się na jej drodze. Mówimy zarówno o tych na dole, jak i na górze. W końcu to był las, więc wszędzie było ich pełno. No tak Anglia wiecznie jest deszczowa, jednak tym co tu mieszkali na stałe, chyba nie przeszkadzało to. Natomiast ci co się tu przeprowadzali, także chyba nie narzekali, albo przynajmniej nie nagłos. Jak nie gałęzie leżały na ich drodze, to po deszczowych dniach. pozostały kałużę. Nie były to przeszkody nie do pokonania, ale na swój sposób uciążliwe były. Mniejsze z nich po prostu mijały, ale jedna była naprawdę ogromna. Jako koń prawie profesor i wkkw-istka, nie miała z nią większego problemu. Po prostu z dozą ostrożności, przejechała przez nią.
Dominik - 2016-08-15, 13:02

O nienienie NEIN on nie pozwoli na podjadanie trawy ani nawet kebabusia podczas mocno podciągniętego popręgu! Nie chciał być potem odpowiedzialny za kolki i tym podobne gunwa. Ale powracając. Gdy klacz galopowała już po głównym szlaku, do "mózgu" chłopaka dotarła pewna myśl... co on kurwa odpierdala? Serce podskoczyło mu do krtani gdy zorientował się, że siedzi na grzbiecie pędzącego - nawet jeśli niespiesznie - konia. Nigdy dotąd nie galopował na koniu samodzielnie za niego odpowiadając. Zawsze pod czyimś okiem, chociażby Kai która mogłaby ewentualnie złapać klacz gdy chłopak wyląduje na ziemi... Owszem, znał wszystkie podstawy i teorie, ale żeby pokusić się na samotny galop w lesie, w dupie świata? Ufał Hell i wiedział, że może na nią liczyć, ale nie wiedział czego może się spodziewać po samym sobie. Gdy zaczął myśleć o tym, co robi, wszystko zaczęło się psuć. Stracił rytm i zachwiał się. Wiatr szumiący mu w uszach nagle stał się jakiś dziwnie obcy i przerażający.
- Dominik kutafonie jebany skakałeś z balkonu na przystanek autobusowy a boisz się siedzieć na koniu przodem? Bo gdyby chociaż tyłem... - mruknął do siebie, a to spowodowało, że zebrał się w sobie. Poprawił się na siodle dzięki czemu klacz mogła poczuć się bardziej komfortowo i mniej chwiejnie. Dominik tak samo, poczuł się jakoś... jakoś tak zajebiście.
Nie popędzał jej ani nie spowalniał, pozwolił klaczy biec swoim tempem, aby było to dla niej przyjemnością.

Elizabeth White - 2016-08-15, 22:09

Po bezproblemowym przebrnięciu przez kałużę, El poklepała kasztankę po szyi w ramach pochwały. Póki co nie miała do niej najmniejszych zastrzeżeń, a sam teren był bardzo przyjemny. Dla kobiety nawet stęp w lesie był czymś mega relaksującym i odprężającym. Zawsze to jakaś odskocznia od zwykłych treningów, prawda? Ale niestety były uzależnione od tego, co otrzymywały od losu. Nie mogłyby przecież galopować po nierównej drodze, albo skakać niebezpiecznie wyglądające kłody. Bo o ile czasami pojawiały się tu jakieś powalone drzewa, to często miały ostre zadry lub liczne gałęzie, które były czymś nie do przejścia. Póki co nie trafiły jednak na nic, co mogłyby przeskoczyć, co na dobrą sprawę wcale nie smuciło El. Czerpała przyjemność z samej możliwości wyjazdu w las.
Kłusowały jeszcze przez pewien czas, aż wreszcie zaczęła im się kończyć droga. Brunetka nie wiedziała co jest dalej, więc wolała wrócić do stępa i na spokojnie rozeznać się w temacie. Wyjechały na jakieś skrzyżowanie. Dwie drogi wyglądały na dosyć wąskie, z niskimi gałęziami, co utrudniałoby El życie. Ale trzecia z nich była szeroka, przejrzysta, długa i piaszczysta. Można by rzecz – idealna do galopu. A Amazonka nie zamierzała zmarnować takiej okazji! Poprowadziła więc klacz przed siebie jeszcze kawałek prosto, przygotowując się mentalnie. Nie zamierzała jednak zwlekać, więc chwilę później przyłożyła do boków Hanky łydki, dając jej dwa mocne sygnały. Chciała żeby kasztanka od razu ruszyła galopem, albo przynajmniej wykonała możliwie najmniej kłusa. Gdy to się stało, kobieta od razu przeszła w półsiad, odciążając jej grzbiet i umożliwiając swobodny ruch do przodu. Nie było tu zbytnio miejsca do ścigania się ile tylko sił w kopytach, ale spokojnie mogły poruszać się szybciej niż było to koniecznie. I brunetka od razu pokazała to klaczy, nie ograniczając jej zbytnio, a wręcz aktywizując.

Hanky Panky - 2016-08-18, 14:25

Klacz parsknęła krótko, czując na sobie pochwałę od kobiety. Klacz była typem pieszczocha, potrzebowała dużo miłości, zrozumienia i ruchu. Jej zachowanie podchodziło pod profesora, ale była wymagająca, dlatego też nie nadawała się dla każdego. Fakt jest taki, że teren rzeczywiście był super <3 Klacz raczej się nie podniecała terenem, teren jak teren. Dla niej to nie było coś mega, wielkie i nie wiadomo co jeszcze. Odskocznia od życia codziennego, to na pewno. Chodzenie ciągle w teren też nie byłoby fajne, a przynajmniej szybko by się znudziło. Los bywał okrutny i bardzo przewrotny, bywało często tak, że raz się było na wozie, a zaraz potem pod wozem. Jak to by nie mogły? Wszystko można, tylko wystarczy do tego odpowiedniego podejść. Po drodze ostrożniejszy galop, spokojniejszy i takie tm. Co do kłody, to przecież takie podobne skacze się na crossie, więc w czym problem? Zadry i wystające gałęzie, to nie jest jakiś super problem. Wycelowanie dobrego miejsca do skoku i jazda. Ruda ogarnęłaby wszystko, nie wiesz? :lol2: Ona także czerpała przyjemność, tylko nieco zaczynało jej się nudzić. Na szczęście nie była koniem, który sam sobie wymyślał zajęcia. Jeszcze pewien czas kłusowały na trasie, aż do momentu kiedy im się droga skończyła. Dobrym pomysłem był powrót do stępa, klacz dość ochoczo na to przystała, zwalniając do niższego chodu. Szły jednak nadal dość energicznie, by wyjechać znów na jakieś skrzyżowanie dróg. Klacz mlasnęła pyskiem, czekając aż kobieta zdecyduje się na którąś z dróg. W końcu padło na trzecią, która wydawała się na bardziej przystępną. Pojechały zaraz kawałek przed siebie, by gotować się na najszybszy z chodów i pokonanie tej trasy. Na wypchnięcie do galopu, może nieco przesadnie zareagował, bo ta pierwsza foule, wyszła jej zbyt skoczna :lol2: Jednak bez obaw ! Elka siedziała nadal bezpiecznie w siodle, ruda jakby zrobiła jednego większego susa w górę i przód jednocześnie, ale nie pozbywając się jeźdźca z siodła. Co najwyżej mocniej nią zakołysało :lol2: Po dwóch krokach jednakże, płynęła swobodnie naprzód galopem, poruszając się na tą nogę na którą jej wskazano, albo na tą na którą było jej wygodniej.
Diego Montana - 2016-08-23, 17:02

Wyprowadził klacz ze stajni, by tam na nią dosiąść i skierować się z nią w teren. Początkowo stępował z nią przed siebie, prowadząc na luźniejszej wodzy. Jadąc na plażę, musieli przejechać wpierw kawałek lasu. Sam teren w sobie go nie przerażał, ale to był ich pierwszy wspólny wypad poza zawodami. Nie był do końca przekonany, jak klacz zachowa się w tej sytuacji i jak to wszystko się tu potoczy. Ufał jej, ale jednocześnie był ostrożny. Prowadził ją pewnie do przodu, zachowując obrany tor jazdy po ścieżce. Nie chciał jechać bezpośrednio lasem, obawiając się, że mogli by się zgubić :lol2: Wyjazd miał go zrelaksować, zafundować coś innego, niż treningi na co dzień. Jednak chyba nie umiał się do końca odprężyć, nowy koń + teren na dzień dobry = wszystko może się wydarzyć. Latte na razie zachwyciła go swoim temperamentem oraz umiejętnościami na zawodach, jednak to nie było to samo. Chyba nie on jeden wpadł na ten pomysł, bo zauważył z końskiego grzbietu, ślady kopyt innego konia/-ni. Może nawet kogoś tu spotkają? Kto wie. Cisza i spokój panowały w lesie, tylko słyszał koński oddech, szum drzew i nic poza tym. Trzymając się wybranej ścieżki, jechali cały czas na wprost. Starał się prowadzić Latte energicznym stępem, wyczulając się na ewentualne przeszkody, stawiane na ich drodze. Chodziło tu zarówno o te leśne, jak i końskie. W pewnym momencie dojechali do rozwidlenia dróg, a przed nim stał wybór: prawo czy lewo. Obie ścieżki wyglądały na całkiem przystępne, ale niczego nie można być pewnym w lesie. W końcu zdecydował się na tą w prawo, podpierając klacz w łydkach, poprosił ją o skierowanie się właśnie w tamtym kierunku. Droga naprawdę okazała się dobra, bo miała idealne podłoże, brak przeszkód i mało zakrętów. Więc Diego postanowił przyszykować się do kłusa, ale to za moment.
Latte Macchiato - 2016-08-23, 17:49

Człapała grzecznie pod mężczyzną rozluźniając się. Owszem, była ostrożna i obserwowała wszystko lecz nie było w tym ani grama strachu. Niegdyś jeździła pod dziećmi na obozach w tereny, tam to dopiero była szkoła życia XD. Galopady po polach, kompanie, skoki przez powalone drzewa. Nie ukrywając napawało ją to swojego rodzaju zadowoleniem.
Lubiła pojechać, poćwiczyć coś i do tego zaimponować innym. Była o tyle spokojna, że bez jakichkolwiek problemów ludzie pokonywali na niej długie trasy, często kilkunastodniowe rajdy gdzie klacz musiała spać z jeźdźcem w prowizorycznych warunkach. Ale mimo braku stajennego ciepła lubiła to, w końcu jest ryzyko, jest zabawa. Lubiła się bawić choć była też nauczona, że ma tego nie robić. Dlatego teren był idealnym połączeniem.
Jej stęp był aktywny, chętny i mimo możliwości rozluźnienia ładnie pracowała. Wyczuwała zadowolenie Diega, a to i ją zadowalało. O taaak, tak tak tak! Na zawodach poszło im świetnie, więc mógł jej ufać i w terenie. Ona mu zaufała, głównie dlatego, że to jeździec z dużymi umiejętnościami dzięki czemu to nie ona musiała tutaj odwalać robotę za dwóch. Pamiętała z resztą jedną z takich sytuacji. Lekka dziewczynka o takim charakterystycznym, silnym zapachu pojechała na niej w teren bez niczyjej wiedzy. Jechały lasem, aż zza drzew wyskoczyły dwa zdziczałe psy. W tym momencie dziewczynka nie miała ani trochę oleju w głowie, i po prostu puściła klacz luzem. A ta nie dość, że obroniła dziewczynkę przed ugryzieniem zadębowaniem to jeszcze ruszyła kłusem, gdyż doskonale wiedziała, że ta nie umie galopować.
Podobno inteligentne konie są intelektualnie niczym 3 letnie dzieci. Klacz zdecydowanie się do nich zaliczała, chociażby patrząc na tą sytuację.
Na rozwidleniu dróg posłusznie skręciła w prawo, aby finalnie jechać po równej drodze gdzie sama też zachwycała tym błogim spokojem.



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group