Keenashaw - 2018-12-26, 18:19 Sugerujesz że próbujesz się upodobnić do niego, czy raczej on do ciebie? Słysząc pochwałę z jej strony parsknął zadowolony, przynajmniej wiedział że zrobił to o co kobiecie dokładnie chodziło. Krążył jeszcze kilka kółek w stępie na tą stronę, by ochoczo przejść za zgodą do kłusa. Przebył w nim również kilka okrążeń, by dość niechętnie i z lekkim opóźnieniem zwolnić do stępa. Załapał dość szybko skręt na kole, dlatego za drugim razem tak się przy nim nie wahał i nie zastanawiał czego kobieta od niego oczekuje. Ponownie powrócił do wykonywania kół w stępie i kłusie. Po jakimś czasie coś się zdecydowanie zmieniło, ponieważ zamiast kręcić się w kółko dookoła maneżu szedł teraz wokół nieco całego. Początkowo miał problem zrozumieć co się dzieje, mimo że sygnały do skrętów się nie zmieniły to sytuacja była dla niego nowa. Na szczęście nie próbował szaleć w tej sytuacji, ponieważ nie czuł się pewnie w niej.Delfinek - 2018-12-28, 17:19 Zjechała ogierem na mniejsze wolty i inne serpentyny, prowadząc go po nieregularnych szlakach, coby zdawał się jedynie na jej sygnały z ręki. Jeśli się dobrze spisywał, dostał pochwałę słowną, jeśli nie - nie reagowała żadną karą, zaś powtarzała sygnały mocniej i stanowczo.
W pewnym momencie ściągnęła mocno wodze, skłaniając ogiera do zatrzymania się i kiedy to się stało pochwaliła go głośno, cmokając i skłaniając ruchem wodzy do kontynuowania ruchu. Zjechali na spore koło, na którym nie było mowy o ładnych łukach, bo się w pingwiny nie bawimy, lecz o posłusznym zakręcaniu pod odpowiednim kątem, bo nie miał się obracać wokół własnej osi.
Dużym problemem w początkach kariery Delfina jako osoby zajeżdżającej, było niedostosowanie drugiej wodzy, do wodzy skręcającej. To znaczy - albo napinała obie równie mocno, albo jedną rozluźniała. To był błąd kardynalny, którego musiała się koniecznie wyzbyć, nie ważne czy jej podopieczny miał 100 kg, czy 600. Sygnały musiały być odpowiednie, takie jak teraz, aby zwierzę mogło je odczytać.Keenashaw - 2018-12-28, 22:09 Kręcenie figur było nieco dla niego nowe i takie dziwne. Jednak podejmowanie nowych wyzwań było dla niego fajne i podejmował je ze względu na to, że był cholernie ambitny. Wykonywał i wolty i serpentyny nieco koślawo, jednak trudno mówić by na tym etapie wykonywał je prawidłowo. Pewnie potrzebował czasem mocniejszych sygnałów, bo nie zawsze (na początku) dokładnie wiedział czego kobieta od niego oczekuje. Zatrzymania były dla niego nieco bardziej zrozumiałe, kiedy wysyłała mu sygnał do zatrzymania może z początkowym opóźnieniem, to się zatrzymywał. Nie wynikało to z jego złośliwości, a z braku chęci do pozbycia się możliwości ruchu. Ruch do przodu zdecydowanie łatwiej mu przychodził, ale nie pędził przed siebie. Zjechali na dość duże koło, gdzie podobnie jak wcześniej starał się przede wszystkim o zgięcie na nim przy obecnych pomocach. Nie robił to pięknie idealnie, ale zawsze przynajmniej jakoś to robił. To wszystko dla niego było nadal nowe, obce ale nawet szło mu nieźle.Delfinek - 2018-12-28, 23:03 Nie chcąc ogiera stresować podeszła do niego, podnosząc lonżę nad jego grzbietem, by tą po prawej stronie odpiąć, położyć na brzegu maneżu, zaś na drugą wziąć go na jeszcze kilka kół wokół. Przestępowała go, przekłusowała i przegalopowała, starając się dawać coraz to delikatniejsze sygnały, gdyż miał się nauczyć reakcji na wędzidło i wodzę, a nie szarpanie i siłę. W stępie postawiła na małe koła o silniejszym łuku, aby go trochę porozciągać w obie strony, zaś w kłusie na większych kołach o posłuszne zmiany chodów stęp-kłus-stój-kłus-stęp. Nie wychodziło to genialnie, mimo to chwaliła ogiera za choćby odrobinę próby i posłuszeństwa. Był młody i może wyścigowce się w tym wieku ścigają, to początki u wszystkich są trudne.
Na koniec. zamknęła maneż szczelnie, aby odpiąć mu lonżę i pozwolić pobiegać swobodnie, do czasu gdy się nie wyszalał, bo wtedy skłoniła go do podejścia marchewką, aby zaprowadzić do stajni. ztOliver Pelerieux - 2018-12-30, 18:58 Na pierwsze skoki pod siodłem wolałem odosobnione miejsce, nie chcąc dokładać Odalco wrażeń. Wyjątkowo też nie ustaliłem sobie ścisłych ram czasowych na dzisiejszą jazdę wiedząc, że pośpiech jest tu niewskazany. Jeszcze zanim przyszedłem po Odalco, przygotowałem tu parę przeszkód i drągów. Nie byłem do końca pewien z jakimi problemami pod siodłem zmaga się ogier, ale już po pracy z ziemi mogłem się spodziewać pewnych rzeczy i miejmy nadzieję, że moje przypuszczenia się nie rozminą i będziemy mogli wykorzystać przygotowane przeze mnie przeszkody.
Jednak zanim w ogóle zaczniemy myśleć o skokach... Wypadałoby spokojnie, porządnie się do nich przygotować.
Wprowadziłem więc Odalco na parkur, opuściłem strzemiona i raz jeszcze podciągnąłem popręg, jeśli była taka potrzeba. Później wsiadłem na konia z ziemi, nie stresując go już ustawianiem przy schodkach; zwróciłem uwagę tylko na to by go nie szturchnąć niechcący ani nie usiąść ciężko w siodle, a tak to nawet mi nie przeszkadzało, jeśli się trochę wiercił. Dopóki mogłem wsiąść i w odpowiedzi nie otrzymałem dzikiego rodeo, to było spoko i to też chciałem dać Odalco do zrozumienia - jeśli powyższe warunki zostały spełnione, to już z siodła pogłaskałem go po szyi, uspokajając przy tym głosem. Później poprosiłem go o ruszenie stępem.Odalco - 2018-12-30, 19:13 Przychodząc na maneż rozejrzał się uważnie i zatrzymał tuż obok Olivera, gdy ten stanął. Pracę od zawsze kojarzył z bólem, skakaniem jak najwyższych przeszkód i wręcz wganianiem w nie, za każdą zrzutkę dostając stosowną reprymendę. Poprzedni właściciel nie rozumiał, że żeby koń skakał poprawnie on sam powinien dać coś od siebie i nauczyć się pewnych rzeczy, chociażby odmierzania odległości. Odalco od zawsze był pozostawiany sam sobie i wpędzany w przeszkody, musząc starać się jak żaden inny koń dawał z siebie wszystko, z treningu często wracając spocony i zmęczony do granic możliwości, często również poobcierany i zwyczajnie obolały. Poddawał się jednak woli człowieka wiedząc, że każdy sprzeciw równa się zadawaniu bólu, którego w swoim życiu doświadczył zdecydowanie za dużo.
Czekał grzecznie i nawet nie drgnął, gdy brunet dopasowywał strzemiona, podciągał popręg i wsiadał na niego. Nauczony był bezwzględnego posłuszeństwa, bo wcześniej nawet nie miał siły się bronić. Pogłaskany odrobinę się zdziwił, ale nie zareagował w żaden inny sposób i poczekał na sygnał do ruszenia stępem.
Już na początku można było dostrzec, że był wyraźnie znieczulony na działanie łydek, będąc wcześniej mocno traktowany ostrogami i wszelkiego rodzaju patentami. Podobnie było z pyskiem oraz głową, którą trzymał na wyprostowanej do góry chudej szyi. Bał się zaufać ręce, ani też nie rozumiał, czym jest praca w rozluźnieniu i kontakt.
Poruszał się nadal sztywno, ani nie uruchamiając pleców ani zadu, bo wcześniej nikt od niego tego nie wymagał.Oliver Pelerieux - 2018-12-30, 19:46 W sumie brak reakcji i obojętność konia były chyba jeszcze smutniejsze niż wyraźny opór. Zastanawiałem się tylko czy wynika to ze złotego charakteru Odalco i jego pokorności, czy może jednak stąd, że został definitywnie złamany... Jakby nie było, miałem nadzieję, że pomogę mu jeszcze czerpać jakąkolwiek przyjemność z ruchu pod siodłem.
Specjalnie nie wziąłem dziś żadnego bata bo już pracując z ziemi zauważyłem, że Odalco zwyczajnie się boi. Nie chciałem mu dokładać, zresztą to spięłoby go jeszcze bardziej, a przecież zupełnie nie o to chodziło. Póki co musiałem z nim wrócić do samych podstaw, a więc jakoś go zachęcić do aktywnego stępowania w rytmie. Zostawiłem jego pysk w spokoju, wodze trzymając całkiem luźne i prowadząc Odalco w samych łydkach, na które jak zauważyłem, był lekko znieczulony. Jechałem jednak po ścianach, więc sterowność nie była teraz szczególnie istotna. Nie dusiłem go też bez sensu łydką, bo jeśli miał zacząć na nią reagować, to nie mogłem jej używać za dużo, więc póki co służyła mi tylko za ustalenie równego kroku, w jednym tempie, niekoniecznie bardzo energicznym. Dosiadem podążałem za ruchem konia, nie zakleszczając się na nim i tak po prostu sobie podróżowałem na jego grzbiecie, nawet nie patrząc na to, co robi Odalco, będąc ciekawym tego, czy po paru minutach ogier wreszcie stwierdzi, że nie dzieje się absolutnie nic i sam choć trochę odpuści.Odalco - 2018-12-30, 20:10 Wcześniej, gdy traktowano go w ten sposób próbował jeszcze stawiać opór, który stopniowo malał i malał, w końcu całkowicie ustąpił, gdy ogier zrozumiał, że każdy jego sprzeciw oznacza późniejszy ból. Nie miał innego wyjścia jak w końcu ulec i się poddać i właśnie, dlatego był tak doszczętnie znieczulony na wszystko wokół. Istniała niewielka szansa na to, że może kiedyś znów zaufa i znów będzie szczęśliwie biegał po pastwisku nie musząc się, co chwilę bać.
Brak bata zasługiwał na duży plus w oczach Odalco, który dzięki temu nie spinał się i zwyczajnie był sztywny, ale nie towarzyszył mu w tej chwili stres. Stępował grzecznie, ale nadal nie był to aktywny stęp naprzód, a raczej stawianie nieśmiałych kroków, które były naprawdę króciutkie przez usztywnione plecy i rozwleczony zad.
Czując rozluźnienie mężczyzny i jego spokój sam Odalco zaczynał powoli obniżać głowę i oddychać spokojniej.Oliver Pelerieux - 2019-01-02, 19:26 Uśmiechnąłem się lekko sam do siebie, gdy ogier zauważalnie odetchnął, najwyraźniej powoli zaczynając rozumieć, że obecność człowieka na grzbiecie niekoniecznie wiąże się z krzywdą.
Pozwoliłem mu tak stępować jeszcze przez dłuższą chwilę, po upływie której zacząłem stopniowo "przemycać" kontakt. Powoli, milimetr po milimetrze nabierałem wodze na lekki kontakt, patrząc przy tym na to, jak Odalco reaguje. Chodziło mi o to by dalej szedł w tym samym tempie, tak samo ruszając szyją, nawet jeśli był to znikomy ruch. Skupiłem się na tym, żeby w żaden sposób nie blokować nadgarstków ani nie usztywniać ramion - moja ręka miała swobodnie podążać za ruchem konia, jednocześnie delikatnie skracając wodze, oczywiście nie bez udziału łydki. Byłem w stu procentach pewien, że dzisiaj nie uda nam się pojeździć na normalnym kontakcie, ale liczyłem na to, że Odalco zaakceptuje chociaż takie podejście.
Jednocześnie starałem się trochę pokręcić po placu, żeby nie jeździć ciągle w kółko. Wszelkie łuki nie były jednak wymagające, bo na ten moment zdecydowanie nie mogłem wymagać od Odalco więcej. Stęp prawdopodobnie miał być najgorszy do odpracowania, a sprawę dodatkowo komplikowała nieciekawa, nie do końca znana przeszłość holsztyna.Odalco - 2019-01-04, 21:18 Na początku nie reagował prawie wcale na nabieranie wodzy, ale daleki był od żucia wędzidła i rozluźnienia. Czując nawet minimalny napór zadarł do góry łeb uciekając przed jakimkolwiek naporem wędzidła. Znów kojarzył to z bólem, szarpaniem i uderzaniem metalu o zęby, co dla żadnego konia nie było przyjemne i komfortowe.
Na szczęście elastyczna ręka Olivera oraz brak przymusowego ściągania końskiej głowy w dół sprawił, że ogier na spokojnie wrócił z głową do dołu, ale wyraźnie bronił się przed kontaktem.
Reagował w mniejszym lub większym stopniu na pomoce zginające, mimo to daleki był od elastyczności i gięcia się w kłodzie, która nadal pozostawała sztywna i momentami martwa na działania mężczyzny.
Wypuszczając powietrze przez nos cieszył się tym, że mężczyzna nie wymaga od niego nic na siłę i tak naprawdę ten spokój był tu kluczowy i najważniejszy.Oliver Pelerieux - 2019-01-04, 23:05 Nie miałem dużych oczekiwań, więc też nie byłem rozczarowany tymi dość mikrymi postępami. Pewne rzeczy musiałem dziś i przez kolejnych parę razów po prostu zignorować, bo niemożliwym było ogarnięcie Odalco z dnia na dzień. Nie wykluczałem też scenariusza w którym ogier zaufa tylko mi, a pod innymi dalej będzie ciężkim przypadkiem. Pytanie tylko co wtedy...
Póki co jednak nie zakrzątałem tym sobie głowy i skoro udało mi się dojść z kasztanem do względnego porozumienia, to dałem mu łydkę do kłusa, w nim starając się osiągnąć przynajmniej takie tempo, w którym nie groziło nam "zgaśnięcie" po paru metrach ani potykanie się o własne, powłóczące nogi. Jeśli udało mi się uzyskać zadowalające tempo roboczego kłusa, to nie łudziłem się, że z takim nastawieniem Odalco zdoła nim podróżować przez dłuższy czas, więc zanim "osłabł" sam zaproponowałem mu przejście do stępa, chwaląc go choćby za parę żywszych kroków. Co istotne, kłusując ani nie dziubałem go łydką, ani nie siadałem ciężko w siodle ani też nie robiłem nic z jego pyskiem, po prostu stwarzając mu optymalne warunki do tego by zobaczył, że w kłusie też nic złego mu się nie dzieje ani że nikt go nie będzie blokował przed ewentualnym śmielszym ruszeniem się.Odalco - 2019-01-04, 23:24 Odalco z całą pewnością potrzebował jednego człowieka, takiego który wypracuje na nowo zaufanie ogiera i zechce poświęcać mu więcej czasu niż tylko ten przeznaczony na pracę pod siodłem. Ale wciąż potrzebował systematyczności i konsekwencji w działaniu od osoby, która podjęłaby się z nim pracy.
Wbrew wszystkiemu ogier ruszył przed siebie energicznie być może nawet odrobinę płochliwie dopiero po okrążeniu dostrzegając fakt, że mężczyzna nie wymaga od niego nic poza zwyczajnym kłusem. Wyciszył się i uspokoił, ale kłus pozostał żwawy, chociaż bardzo nieregularny i sztywny podobnie jak stęp. Głowę nadal niósł w górze na pozbawionej mięśni szyi, przez co wyglądał naprawdę mało atrakcyjnie.
Przejście do stępa wykonał z opóźnieniem musząc być wyraźniej przytrzymany, bo prawie nie zareagował na dosiad ani półparadę, której nawet nie rozumiał. Pozostawiony w stępie kroczył nieco żywiej, przez co jego mięśnie mimowolnie zostały wprawione w ruch podobnie jak plecy, chociaż niesiona jak u żyrafy głowa nie ułatwiała sprawy.Oliver Pelerieux - 2019-01-05, 00:39 Nie przestraszyłem się tego energicznego zakłusowania, a wręcz przeciwnie, pewniej objąłem konia łydkami, co miało mu pomóc w złapaniu jakiegoś rytmu i równowagi. Absolutnie nie działałem nimi pospieszająco, ale za to starałem się nadać temu ruchowi jakieś ręce i nogi, bo bez rytmu nie mogliśmy przecież rozmawiać o rozluźnieniu. Dlatego po przejściu do stępa, swoją drogą niezbyt płynnym, znowu skupiłem się na nadaniu temu chodowi regularnego rytmu, co pewnie zajęło tyle czasu, że Odalco znowu zdążył trochę odpuścić i obniżyć szyję. Wtedy go pogłaskałem i za chwilę raz jeszcze poprosiłem o kłus, ponownie się nie zrażając, jeśli ruszył spiętym i spieszącym się krokiem. Znowu dałem mu czas na to, by się przekonał, że nic się nie dzieje, od początku jednak udzielając mu wsparcia łydką i rytmicznie anglezując. Zanim zmieniliśmy kierunek, zrobiłem jeszcze parę takich podejść, póki co kłusując tylko po ścianie i stopniowo wydłużając ilość kłusa. Za każdym razem starałem się też chwalić Odalco za poprawną reakcję w przejściu, co zapewne - w końcu nie był głupi, tylko troszkę popsuty - wkrótce zaowocowało choć trochę skróconą reakcją. Małymi kroczkami powinien się nauczyć, że można zwolnić do niższego chodu inaczej niż poprzez ściągnięcie wodzy jak koń u chłopa. Odalco - 2019-01-05, 01:06 W stępie czuł się najbezpieczniej, przez co tutaj rozluźnienie, a raczej dopiero początki i próby osiągnięcia go, były najbardziej zauważalne. Powoli opuszczał głowę coraz niżej i bez sprzeciwu ani ucieczki przyjmował kontakt, który oferował mu Oliver. Pogłaskany zastrzygł uchem do tyłu i potrząsnął łbem będąc odrobinę zdziwiony tym gestem, dotąd nikt nie chwalił go w ten sposób ani nie okazywał mu czułości czy zainteresowania.
Kłusem po raz kolejny ruszył zupełnie tak jakby się czegoś przestraszył dopiero za moment dostrzegając to, że nikt go nieustannie nie wpędza w ten chód, a jedynie prosi o równy i zrównoważony rytm. Uspokoił się odrobinę i nieco spokojniej przechodził do kłusa z każdym kolejnym razem.
Szybko się męczył, ale wynikało to głównie z jego słabej kondycji, która również wymagała odpracowania. Na szczęście szybko załapał, że pochwała jest czymś dobrym i pojawia się od razu, gdy zrobi to, czego oczekuje od niego człowiek.
Nauczył się też wyłapywać, o co chodzi mężczyźnie, gdy chce przejść do chodu niżej i zaczął reagować na te subtelniejsze sygnały, które były znacznie przyjemniejsze niż zaciąganie ręcznego przy użyciu wodzy.Oliver Pelerieux - 2019-01-06, 14:56 Po którym powtórzeniu z rzędu (i zmianie kierunku) powoli chyba mogłem mówić o jakimś postępie. Co prawda ogier dalej był spięty i nieco otępiały, jeżeli chodzi o odczytywanie pomocy, ale przynajmniej stał się spokojniejszy i zaczął chodzić w miarę równo. Jak na to, z czym się zmagaliśmy, byłem z niego naprawdę dumny, chociaż przed nami czekało jeszcze mnóstwo pracy... Mnóóóstwo.
Kiedy nadeszła pora na galop, przygotowałem Odalco do wejścia w wyższy chód przede wszystkim poprzez ustalenie równego tempa kłusa, na stronę, która wydawała mi się lepsza. Poprosiłem o galop w narożniku, dopuszczając rozpędzenie się w kłusie, jeżeli nie przeciągało się za wiele w czasie. Po prostu liczyłem się z jego brakiem siły, błędami w nauce i może nawet brakiem równowagi - w końcu dalej był młodziutki. Gdy już udało nam się wejść w galop, oczywiście z dobrej nogi, pochwaliłem konia i przeszedłem do półsiadu, ułatwiając mu zadanie. Ze względu na jego kondycję nie galopowaliśmy długo - po połowie okrążenia wróciłem do kłusa by jakiś czas później ponowić próbę zagalopowania z tej samej nogi, znowu wyraźnie przesuwając zewnętrzną łydkę za popręg i pomagając sobie wypchnięciem z bioder. W galopie, podobnie jak w kłusie, nie wpędzałem Odalco w wyższy chód i starałem się ograniczyć jego stres do minimum.