Watchman - 2015-02-07, 22:11 Jakby ten kuc był siwy to można by znaleźć jakąś naturalną farbę do włosów mu znaleźć i przefarbować na różowo! Watchman z zadowoleniem wyłapywał pochwały i trzeba było mu przyznać, że gdy raz się poprawił, tego samego błędu nie powtarzał już drugi raz. Przynajmniej w momencie, gdy biegł już w drugą stronę i był bo "rozgrzewce". Z zaciekawieniem patrzał na korytarz, nie do końca pewny co ma zrobić. Do momentu... Ruszył zgrabnym kłusem roboczym naprzód, angażując zad, utrzymując równe tempo i niezłą akcję nóg. Postawił uszy, wpatrując się najpierw w drążki, a zaraz potem w linię przeszkód. Kusiło go, żeby zagalopować, ale uznał, że nie ma sensu, bo przeszkoda nie "wystraszyła" go aż tak, żeby miał na nią szarżować, przyspieszać. Puknął z jednego czy dwa drążki przez własną nieuwagę, w momencie gdy myślał już bardziej o kopercie. Utrzymał równe tempo do samego skoku - wybił się mocno, przesadnie wręcz. Prawie od razu przykleił przednie nogi do klatki piersiowej i w locie złożył się jak scyzoryk. Zostawił pod sobą sporo przestrzeni, wylądował twardo, od razu przechodząc w galop. Z początku ze zbyt długą foulą, więc ogier zmuszony był skakać stacjonatę z bliska. Dlatego z przestrachu wybił się mocno w górę, ale skok był mało ekonomiczny - krótki, wysoki. Z niezadowoleniem fuknął, w locie baskilując wręcz automatycznie. Za tą przeszkodą nieco pohamował impet, pęd naprzód i jakoś wyrównał skoki galopu, tym razem mierząc lepiej. Wyciągnął się mocno, bo okser to jednak szeroka przeszkoda. Kary był złożony w "krechę", szyję i łeb wyciągnął naprzód, przy lądowaniu z zadowoleniem wyrzucił tylnie nogi, od razu wszedł w zbyt wysokie tempo, barankując i rżąc. Dopiero pod koniec korytarza zwolnił do kłusa i wyhamował, spoglądając na amazonkę.Jessie - 2015-02-07, 22:54 Podczas gdy Watchman pokonywał korytarz, Jess starała się kontrolować jego tempo głosem, ale było to trudne z dwóch względów - ogier nie do końca miał wyuczone komendy i wyraźnie nakręcał się na skoki. Brakowało mu doświadczenia, co było całkiem naturalne. Miał jeszcze czas na to, aby nauczyć się wymierzać odległości i oddawać ekonomiczne skoki. Taki niezbyt zaawansowany korytarz był na to najlepszym ćwiczeniem - już na okserze widziała, że karus zaczął myśleć nad tym, co robi. Dlatego też pochwaliła go głosem i nie widząc potrzeby poprawiania niczego, znowu nagoniła konia na ten sam tor, po ścianie hali. Zapewne ruszył galopem, więc gdy zbliżał się już do ściany na której był ustawiony korytarz, zdjęła z niego presję i zaczęła wyciszać głosem, prosząc o przejście do kłusa. Co sam powinien instynktownie zrobić, nie mając możliwości skoku przez drągi, choć kto tam wie młodego konia... Watchman - 2015-02-07, 23:09 Można uznać, że słowa, komendy dziewczyny nie do końca na niego działały, bo na widok przeszkód zapominał na chwilę o bożym świecie, nakręcając się. Oddychając szybko, urywanie znów nabiegł na korytarz, tym razem wchodząc od razu w bardzo aktywny kłus. Skoro tak mu kazali na początku to chyba tak musi być, prawda? Nasada jego ogona uniosła się, w ciemnych ślepiach dało się dostrzec podniecenie. Ogier zwiększył jeszcze akcję nóg, wychodząc wręcz z siebie i chcąc już tylko lecieć na przeszkody. Zarzucił łbem, przez podekscytowanie i nadmiar emocji znów źle wymierzył naskok - tym razem wyskoczył szybko i poleciał długim susem. Mimo wszystko skok był na tyle wysoki, że nie było szans na zahaczenie o drążek. Znów złożył się, wyrzucił przy lądowaniu tyły, parskając. O dziwo, na kolejne dwie przeszkody dopasował foule i ze skokiem nie miał żadnego problemu. Gorzej z wyhamowaniem po korytarzu, bo znów zaczął tańczyć, brykać z dziecięcej, głupiej radości. Technikę to miał chyba w genach - problemy miał tylko z punktem wybicia i właśnie napalaniem się na przeszkody, niekiedy szarżowaniem na nie. Widać było, że karosz już w środku wariuje. Zwolnił już do kłusa, ale kręcił się niespokojnie.Jessie - 2015-02-08, 00:35 Widząc, że ogier na widok przeszkód znowu się nakręca, od początku próbowała go wyciszyć głosem. Na niewiele się to zdało - drągi przeszedł jak burza, zaraz oddając niesprecyzowany, płaski skok, aczkolwiek wystarczająco wysoki. Z pozostałych dwóch była już zadowolona. Pozwoliła mu szaleć po pokonaniu korytarza, nie widząc w tym niczego złego. Roznosiła go energia, był podekscytowany i nic mu nie zagrażało, więc...? Raz jeszcze postanowiła go skierować na ten sam tor, tym razem mniej energicznie zachęcając go do ruszenia na tor. Znowu kierowała go głosem, chwaląc za poprawność i próbując wyciszyć. Była pewna, że to racja wieku, choć niektóre konie do końca życia rwały do przeszkód - i jej zadaniem było zapanowanie nad tym, ale na to przyjdzie jeszcze czas.
Gdy pokonał ten tor raz jeszcze, postanowiła go zmodyfikować. Całkowicie zrezygnowała z drągów i koperty, ustawiła cztery stacjonaty (tej samej wysokości co ostatnio) w równym odstępie, nie komplikując ogierowi sprawy ze skracaniem czy wydłużaniem kroku. Na to trochę za wcześnie. Posłużyła się za to wskazówkami, zwiększając niejako widoczność przeszkód.
Ponownie puściła Watcha w korytarz.Watchman - 2015-02-08, 10:10 Nie trzeba było go zachęcać - nadal był nakręcony i ruszył od razu na przeszkody. Galopem. Równym, nie szarżą. Z biegu spróbował przeskoczyć drągi, wyciągając się nad nimi. Mimo tych emocji był w nim jakiś ostatek racjonalnego myślenia, kontroli nad tym co robi... Więc pomyślał, żeby skoczyć daleko i nisko, żeby energię zostawić sobie na kolejne przeszkody. Wylądował twardo tuż za linią drążków, jedna foula galopu, i zaraz za nią druga bardzo skrócona. I znów wylądował blisko koperty. Skoczył wysoko, pokazowo wręcz. Złożony jak scyzoryk, dokładny w technice... Wylądował za przeszkodą strzelając ogonem, zarzucając łbem. Czuł się jakby rzucał przeszkodom wyzwanie... I ciągle wygrywał walkę z nimi. Znów wybił się mocno, zostawiając pod sobą luz, zabaskilował i po chwili leciał już na oksera. Znów dwa równe skoki galopu i jeden znacznie wyższy i szerszy - nad przeszkodą już. Znów Watch nieekonomicznie poleciał wysoko w chmury, punkt wybicia wybrał dobry, ale nie rozumiał i nie wiedział, że powinien przeskakiwać dobrze z minimum zmarnowanej energii - nie pchać jej niepotrzebnie w wysokość. Tym razem po lądowaniu był znacznie spokojniejszy. Prawie od razu zwolnił do kłusa, a zaraz potem do stępa, spoglądając na Jessie. Czuł już trochę efekt tych wysokich skoków. Zmęczenie. Oddychał głęboko, wyciszając się trochę.
Miał jednak jeszcze dość siły na właśnie bardziej wymierzone i oszczędne skoki... Dało się zauważyć w nim zmianę - nie wszedł w korytarzu od razu w galop, ale równy, energiczny kłus. Nie napalał się już tak, orzeźwiony przez lekkie zmęczenie właśnie. Przekroczył wskazówkę, wbijając wzrok w stacjonatę. Wybił się około 1,5 metra od niej, od razu składając przody i stopniowo coraz bardziej się wyciągając. Niski, dłuższy skok. Może koło 30 centymetrów nad poprzeczką. Karus gdy tylko dotknął kopytami ziemi wyrównał foulę, zaangażował trochę mocniej zad. Nie ma fuszerki! Tylko czasami brak doświadczenia i nadmiar emocji... Za wskazówką kusiło go, żeby zaszarżować... Ale odpuścił sobie, bo wiedział, że jeśli przyspieszy - zmęczy się bardziej. Odległość między przeszkodami była wymierzona, więc po równych foulach trafił w dobry punkt wybicia i znów oddał niezły skok. Nie powstrzymał się już przy trójce, gdzie przyspieszył i skoczył zbyt blisko - więc nadrabiał wysokością. Czwórkę skoczył nieźle, jakby chcąc poprawić się w oczach Jessie. Zdążył zauważyć, że woli spokojniejsze skoki, bez szarży, zbędnego nakręcania się. Zatrzymał się dopiero przy końcu korytarza, grzebiąc kopytem w ziemi, czekał na Jes.Jessie - 2015-02-09, 15:43 Kiedy jednym susem pokonał trzy drągi, pokręciła głową, nie mogąc się nadziwić ile było w tym zwierzęciu zapału. Niemniej podniosła zaraz na niego wzrok, aby zaobserwować jak pokonuje pozostałe przeszkody. Podobnie jak przy poprzednich próbach - ale nie spodziewała się nie wiadomo czego. Ilość powtórzeń nie miała tu dużego znaczenia, po prostu potrzebował regularnych treningów. Miała w planach zabierać go na korytarz raz w tygodniu i w pozostałe dni minus jeden pracować pod siodłem.
W każdym razie, zaobserwowała go jeszcze jak pokonuje inaczej ustawione przeszkody. Było dużo lepiej niż ostatnio, ale wciąż istniały pewne niedociągnięcia. Postanowiła jednak nie prosić ogiera o ponowne pokonywanie przeszkód, mając na uwadze jego zmęczenie. Nie mogła go przetrenować, wbrew pozorom te kilka skoków więcej robiło różnicę na jego poziomie. Tak więc podeszła do konia, w gruncie rzeczy zadowolona z niego, pochwaliła go głaszcząc po szyi i znowu zapięła go na lonżę. Występowała go w ręku, pozwalając ochłonąć, nieco przeschnąć. Zajęło jej to dobre 15 minut, po których opuściła halę z karuskiem. /ztKathelin - 2015-02-11, 19:33 Nim weszła z Champagne na halę upewniła się przedtem, że znajdzie się tu dla nich miejsce. Podprowadziła klacz na środek hali, skąd wsiadła ze schodków by jak najmniej obciążyć jej kręgosłup; dla niej tak też było wygodniej. Znajdując się już w siodle zebrała wodze, jeśli gniada automatycznie ruszyła blokowała ją dosiadem jak i spięciem w krzyżu doprowadzając do zatrzymania.
Początkowo nogi trzymała w strzemionach, trzymając konia na elastycznym kontakcie. Nie wymagała żadnego ustawienia czy zebrania, był to jedynie swobodny stęp na ścianie. Pilnowała jedynie aktywności, by nie powłóczyła nogami jak i nie wyłączała się na jeźdźca, choć to nie powinno być największym problemem. Gdyby szampanka zdecydowała się na przyspieszenia, skierowała ją na woltę. W razie braku odzewu zamykała ją coraz ciaśniej, możliwe nawet doprowadzając do zatrzymania i ponownego ruszenia na ścianie.Champagne - 2015-02-13, 16:10 Zarówno w trakcie drogi na halę, jak i już po wejściu na halę nieco czaiła się, furcząc co jakiś czas. Jednak wyjazd z Orchardu na jakiś czas dał się we znaki i wszystko było prawie "jak nowe". Musiała więc dać klaczy trochę czasu. Kiedy przystanęły na środku ta zaczęła się rozglądać zaciekawiona po hali, wyłapując ewentualne "niebezpieczeństwo, które może się tu trafić. Przy schodkach parsknęła niechętnie, za każdym razem, gdy ta je przybliżała do jej ciała ta odchodziła o krok, dwa w bok. Załóżmy jednak, że i w tej chwili Kath dała klaczy chwilę i ta wreszcie jakoś zatrzymała się, przyzwyczajając się do schodków. Czekała cierpliwie, aż ta wsiądzie, by wreszcie w momencie wzięcia przez dziewczynę wodzy, ruszyć wraz z nią na pierwszy ślad.
Położyła nieco uszy po sobie, czując już na początku, że ta zgarnęła sobie jakąś długość wodzy, stąd idąc energicznym stępem podrzucała łbem tak długo, aż taką pracą wyciągała sobie z jej ręki wodze, doprowadzając do tego automatycznie przyśpieszała kroku, nienaturalnie drobiąc stępa. Jeśli ta znowu jednak skracała, wracały do punktu wyjścia i czując "sztywny" kontakt ponownie podrzucała poddenerwowana łbem. Niestety była typem konia szybko nudzącego się i potrzebowała non stop pod siodłem jakiegoś zajęcia. Musiała rozgryźć, że oczekując od niej pierwszego stępa musi pracować na żuciu, zachęcając ją do rozluźnienia w pysku i niejakiej współpracy.Kathelin - 2015-02-13, 17:11 Początkowo Champagne dostała luz na wodzy, możliwość swobodnego ruchu bez narzucającego się jeźdźca - by mogła zaspokoić swoją ciekawość w ten sposób wykonały jedno okrążenie hali, po którym Kath stopniowo, acz nie przesadnie zaczęła zbierać wodze, wciąż pozostawiając klaczy pewien luz. Pilnowała stabilnej ręki, by wędzidło nie obijało się w pysku. Nie odpuszczała jej wodzy, zachowując jej stosowną ilość. Nie chciała walczyć ze zwierzęciem, celem było dojście do niejakiego porozumienia. Żucie z ręki potraktowała jako pierwszą fazę treningu, pilnowała by stopniowo, bez wyszarpywania wodzy schodziła w dół, z wyczuciem dojeżdżając łydką, dopychając ją do tej luźniejszej wodzy. Zależało jej na obszerniejszym wykroku, który utraciły już na wstępie.
Zajmowała jej czas woltami i półwoltami o obszerniejszej średnicy, na razie nie wymagając od sześciolatki za wiele. Wyginały się na obie strony, z czasem coraz ciaśniej, jeśli gniada zaczęła odpuszczać - Poruszała się swobodniej, zeszła nosem w dół, dawała ''coś od siebie'' - była nagradzana, krótkim poklepaniem bądź głosem, jeśli pierwsza forma pochwały nie była odbierana przez nią w pozytywny sposób.
O ile wszystko jak na razie szło po jej myśli, w przerwach między ćwiczeniami zaczęła bawić się naprzemiennie wodzami, by sprowokować holenderkę do przeżuwania wędzidła. Zamykała ją na woltach, zewnętrzą wodzę pozostawiając krótszą, wewnętrzą działając pulsacyjnie i nadając kierunek. Łydką wewnętrzną spychała ją do zewnętrznej wodzy.
W razie spięć ze strony konia przerywały ćwiczenie, po powrocie na ścianie zaczynając od początku, powoli, pracując nad rozluźnieniem i taktem.
Kath musiała wyczuć konia, jako że dosiadała go po raz pierwszy, dlatego nie z niczym się nie spieszyła.Champagne - 2015-02-14, 14:05 Kath będzie musiała się pogodzić z tym, że luźna wodza w przypadku tej klaczy nie jest w jej mniemaniu nagrodą, bardziej jej myśl nakierowywana jest na to, że jest poza kontrolą jeźdźca i w tym momencie lubi "spod niego" uciekać, czyli po prostu wykorzystywać owy luz, aż za nadto. Czując, że ta zaczyna powodować na pysku lekkie poruszenie wędzidła odchyliła uszy w tył, nieco zdezorientowana tym, że półparady działały naprzemiennie. Mimo to przeżuwała wędzidło, wyciągając łeb przy żuciu maksymalnie w dół, nadal jednak drobiąc tyłami. Jej próba pilnowania zadu doprowadziła tylko do przyśpieszenia jej i tak zdrobniałego kroku, każde spięcie dziewczyny w dosiadzie odbijało się na spięciu klaczy, ot i tworzyło się takie błędne koło. W wypadku kiedy przód konia jest nienaturalnie mocniej obciążony przez żucie, jedyne zaangażowanie zadu trzeba wymagać od elastycznego dosiadu - jeśli jest typem konia odreagowującego na pomoce, tym bardziej na początku jazdy.
Przy woltach i innych faktycznie szła jak wcześniej, niedokraszający tyłami i od żucia zostając w dole, ale fajerwerków nie było, ot sztywność w zakręcie mogła dać się dziewczynie we znaki. Skoro nie wymagała za wiele na razie i ona nie miała zamiaru tego robić.
W momencie kiedy zaczęła od klaczy wymagać, do spięła się momentalnie, mimo to akceptując wędzidło, które czasami przygryzała jeśli tylko jej naprzemienne półparady zaczęły działać jej nieco na nerwy, raczej była przyzwyczajona do wewnętrznych półparad, zewnętrzną wodzę zostawiając klaczy prowadzącą. Na wolcie ze względu na skróconą zewnętrzną (? jeśli dobrze zrozumiałam) odgięła się nieco na wprost, czasami wpadając na zewnątrz, nie mając możliwości odbicia od wewnętrznej łydki na zewnętrzną wodzę. Dało się co jakiś czas słyszeć podirytowane zwierzę i jej zgrzytnięcie zębami.
Mimo to już zaczęła się pienić po wejściu na ścianę, raczej nie miała problemy z akceptacją wędzidła, gorzej było z resztą, trzeba było ją podejść. Zganaszowała się nieco, by po chwili schować za wędzidłem, przez to nieco odgiął się klaczy kręgosłup, a zad nadal nie dokraczał.Watchman - 2015-02-14, 18:38 Oddychając ciężko i niespokojnie kręcąc się w miejscu dał zapiąć sobie lonżę. Po nagrodzeniu trącił delikatnie dłoń swojej amazonki. Karus krążył koła z wyraźnym rozleniwieniem - nie przykładał się już tak, kopytami szurał po ziemi. Wychodząc do stajni, wsłuchiwał się w wyrównany rytm własnego serca. Wczuwał się we własny, spokojny oddech.
[z/t z Jessie]Kathelin - 2015-02-21, 18:13 Wcale nie zniechęcało jej to do pracy - Jeśli luźna wodza jest dla niej informacją, że może robić co chce, to wypada jej uświadomić, że tak nie jest. Zadowalający był fakt, że zeszła w dół, automatycznie unikając niepotrzebnego spięcia, bo przecież dążyły do giętkości.
Nie nadużywała półparad, stosując je mało intensywnie, na krótko przed kolejnym ćwiczeniem. Otóż na wolcie wspomagała ją spychając łydką, by zaokrąglić figurę. Nie było w tym żadnej filozofii, chciała ją rozchodzić, wstępnie po prostu coś porobić, by zająć jej ten czas. Nie wiedziała, czy Champagne chodziła przedtem regularnie, a nie chciała narażać jej na późniejsze problemy.
Nie tracąc kontaktu z pyskiem konia uniemożliwiła jej schowanie się za wędzidło, nie pracowała mocną ręką, zadziałała półparadą, by wyszła z głową do przodu.
Wodze trzymała na odpowiadającej jej długości, wciąż utrzymując kontakt z pyskiem gniadej, nie wzmacniając go bez widocznej do tego potrzeby.
Swój środek ciężkości przesunęła ku tyłowi, po czym nakierowała zwierzę na rozłożone przez stajennego drągi, by zaangażować ją w nieco konkretniejszą pracę i zbalansować krok.Champagne - 2015-02-23, 12:47 Kiedy już był "schowana", półparady na nic się zdały, gdyż mimo działającej w niej łydce, odbijała się na pysku, chowając ponownie. Tworzyło się takie błędne koło. W tym wypadku potrzebowała sygnału do ruchu naprzód i "podniesienie" jej i dopiero odpuszczenie, nawet małe subtelne działanie ręki mogło ją "obudzić", bo na razie wykorzystywała otrzymane pomoce do ucieczki od działania ręki i pozostania tam, w końcu tam jest wygodnie.
Kiedy została wprowadzona na drągi, trochę pływała nad nimi, ale przechodziła przez nie bez żadnego puknięcia. Była typem konia szanującego drągi, nawet te rozłożone na ziemi; trudno powiedzieć, że miała to wrodzone czy ktoś po prostu barował ją w przeszłości - a może i to i to, jedno było pewne, zrażona do drągów czy przeszkód nie była, częściej raczej komplikacje w tym wypadku pojawiały się z powodu jeźdźca.Jonah Wrens - 2015-03-11, 21:26 Przed wejściem na halę rzuciłem krótkie "uwaga", po czym otworzyłem drzwi przed sobą i moją towarzyszką. Wprowadziłem ją do środka, zaraz zamykając drzwi. Bez pośpiechu poprosiłem ją o przejście do schodków. Nie żeby brakowało mi siły do wsiadania z ziemi, ale definitywnie wolałem oszczędzić jej tej przyjemności. Nim jednak zabrałem się za dosiadanie jej grzbietu, podciągnąłem popręg i opuściłem strzemiona z obydwóch stron. Następnie założyłem kask i lewą ręką złapałem wodze. Prawą ściągnąłem je tak, aby uniemożliwić Carte ruch do przodu. Gotowy wsiadłem miękko w siodło, od razu regulując sobie strzemiona. Pogładziłem jeszcze szyję klaczy i dałem jej lekki sygnał do zastępowania. Pierwsze dwa koła w jedną i drugą stronę na luźnej wodzy w ramach rozgrzewki i zapoznania się z miejscem. Nie wiedziałem czy kiedykolwiek była w takim miejscu - jednak nie zamierzałem z tego powodu się spinać i przesadnie ją kontrolować.
Dopiero po wspomnianych kółkach luzu, powoli zebrałem wodze do kontaktu, póki co bez większych wymogów w ustawieniu. Sam kontakt z ręką i gimnastyka ciała w postaci dużych wolt, luźnych ósemek i częstych zmian kierunku przez trzy sposoby - półwoltę, przekątną i szerokość.Carte Blanche - 2015-03-12, 16:33 Weszła na halę, bezpośrednio po wykonaniu tej czynności lustrując argusowym spojrzeniem cały budynek; nowe miejsce wywierało na niej swego rodzaju nieopisane wrażenie, ale mimo wszystko posłusznie podreptała za mężczyzną aż do schodków, gdzie cierpliwie zaczekała, aż ten podciągnie popręg i wyreguluje strzemiona. Czując w swoim pysku wyraźne skrócenie wodzy delikatnie uniosła łeb, by w chwili w której Jonah odbił się od schodków spróbować wykonać jeden, niewielki krok, który ostatecznie udało jej się wykonać, aczkolwiek nie stanowił dla niej niczego przyjemnego. Od tamtego momentu nie spróbowała ruszyć przed siebie, nim nie została o to poproszona przez swojego jeźdźca. Otrzymawszy niemal całą długość wodzy maksymalnie wyciągnęła pysk w dół i nieco przed siebie, zajmując się zaś przyglądania się hali. Z zainteresowaniem błyskała nugatowymi oczyma po budynku, przyglądając się coraz to nowszym i ciekawszym rzeczom. Na żadną z nich jednak nie zareagowała, nie wiedziała bowiem na ile może sobie pozwolić z jeźdźcem, który jej dosiadał.
Za pomocą stopniowo skracanych wodzy Jonah stosunkowo szybko dostał Carte do ręki, która automatycznie weszła na swobodne, ale właściwe ustawienie z głową na wysokości łopatki. Pierwsze kilka do kilkunastu kroków były sztywne, ale owa sztywność została dosyć szybko wyeliminowana za pomocą licznych łuków, wolt i zakrętów - po kilku minutach tych ćwiczeń była już nieco bardziej elastyczna i w większej mierze rozluźniona.