Alexis - 2015-01-04, 17:38 -Nie jesteś zbyt towarzyski. Dobrze się składa.- skomentował go.
Nie wiedząc czemu pies miał w sobie coś, dzięki czemu nie irytował Niemca, który w stosunku do zwierząt może i był z początku szorstki, potrzebował dużo czasu na przekonanie sie do nich, lecz jeśli już to nastąpiło to wszelkie blokady i granice mentalne zacierały się.
Idąc tak oddalili się zarówno od lasu jak i od siebie bo Ax przestał przejmować się psem. Właśnie sobie uzmysłowił, że chcąc nie chcąc w tym momencie przyjął na siebie odpowiedzialność za tego futrzastego. Tymczasową..
/zt z ArnoShailene - 2015-01-31, 21:12 Nie znała tutejszych terenów, toteż uważnie spoglądała na wszelakie kierunkowskazy czy oznaczenia szlaków. Od wyjazdu z pod stajni kierowała się ku gęstwinie drzew - wydawała się najatrakcyjniejszym miejsce na krótką, rekreacyjną przejażdżkę. Luźne wodze były formą testowania nowego rumaka; chciała koniecznie dowiedzieć się, jak zareaguje na nową okolice, w dodatku bez wędzidła w pysku. Należy przyznać, że wiedziała o siwym bardzo niewiele - nie miała pojęcia, czy kiedykolwiek dosiadano go na kantarze, jeżdżono w tereny ani kiedy ostatnio wyciągano z boksu. O ile niespecjalnie roznosiła go energia, nie skracała wodzy. Spacer to idealnie określenie na owe wyjście. Nic bardziej ambitnego; pozwolą sobie co najwyżej na zagalopowanie w głębi lasu.Windsor - 2015-01-31, 21:40 W drodze do lasu zachowywał względny spokój, chociaż był wyraźnie podekscytowany otoczeniem. Szczerze mówiąc nie chadzał w tereny w tej stajni, był to jego pierwszy raz poza jej granicami, a mimo to sprawdzał się nie najgorzej. Przede wszystkim nie próbował zawracać i nie nawoływał innych koni, w pojedynkę czuł się odpowiednio pewnie. Niemniej był bardzo zaoferowany otoczeniem, cały czas szedł z nastawionymi uszami i uniesioną głową, poruszając nozdrzami.
Na kantarze też raczej nie chodził, ale jako dobrze zrobiony koń reagował przede wszystkim na dosiad, więc wędzidło w pysku nie było mu do niczego potrzebne - przynajmniej dopóki nie działo się nic strasznego. Spłoszonego konia trudno byłoby zatrzymać, ale Windsor zdawał się nie reagować na potencjalne strachy, które zapewne minęli po drodze. Nie robiły na nim wrażenia psy, koty, latające siatki, przechodzący ludzie, choć momentami chodził bokiem, furcząc chrapami.Shailene - 2015-01-31, 22:08 Uniosła kąciki ust i poklepała konia. Samo dojechanie do lasu zajęło im dłuższą chwilę zważywszy na to, że jak na razie przemieszczali się tylko i wyłącznie stępem. Co jakiś czas klepała, głaskała siwego, szepcąc do niego pojedyncze słowa kojącym, ciepłym tonem głosu. Przed wjazdem na główną ścieżkę leśną zatrzymała konia, sprawdziła i dopięła popręg, ponownie poklepała i poprosiła o stęp. Skróciła nieco wodze i sprawdziła, jak na nie odpowiada. Gdy znaleźli się około sto metrów od wejścia poprawiła się w siodle i delikatnie zadziałała łydką, prosząc siwego o zakłusowanie. W razie czego uspokajała go głosem, częstym klepaniem po szyi, etc. Prosiła o spokojnie, nie za szybkie tempo.Windsor - 2015-02-01, 18:33 Chociaż reagował na każde słowo Shailene, a także jej dotyk, to wciąż sprawiał wrażenie mocno podekscytowanego. Zatrzymał się przed wjazdem do lasu, umożliwiając brunetce dociągnięcie popręgu, po czym ponownie ruszył stępem, gdy został o to poproszony. Po stu metrach poczuł ściśnięcie łydkami, w reakcji na co od razu zakłusował, znacznie bardziej energicznie niż zrobiłby to na zamkniętym terenie. Trudno powiedzieć, dlaczego szedł tak, a nie inaczej - zwykle konie w terenie idą energiczniej niż na placu, ale mogła to też być kwestia braku wędzidła w pysku. W tym przypadku ściąganie wodzy na niewiele się zda, jedyny hamulec pozostawał w dosiadzie, ale jeśli Shailene się zestresuje, trudno jej będzie prawidłowo użyć pomocy. W każdym razie siwek w najlepsze kłusował przed siebie z uniesioną głową i nastawionymi uszami, nie zmieniając swojego tempa ani na wolniejsze, ani na szybsze.Shailene - 2015-02-02, 18:39 Nie uważała, by wędzidło w takim wypadku jakkolwiek pomogło. Dlatego postanowiła go nie używać. Koń z powodzeniem mógłby beztrosko galopować z nią na grzbiecie po całym mieście, niezależnie od tego, czy w jego pysku znalazłby się ów metal, czy może nie. Te zwierzaki miały wystarczająco dużo siły, by odeprzeć działanie kiełzna, wystarczy, że po prostu były tego świadome. Poza tym jeździectwo od zawsze wydawało jej się choć trochę ryzykowne. Na tym polegał cały urok tego sportu.
Pozwalała Windsorowi na swobodny kłus, z dowolnym tempem i ustawieniem głowy. Dopóki był to kłus, niezależnie od tego, jak wolny tudzież szybki, była nim usatysfakcjonowana. Najważniejsze było dla niej to, by siwek zaczekał na sygnał do wyszalenia się. Znajdą sobie dogodne, bezpieczne miejsce i dopiero wtedy pozwolą sobie na odrobinę aktywniejszego tempa. Shailene nigdy nie bała się prędkości, nie lękała się także upadków z konia - wielokrotnie leżała na ziemi, zawdzięczając bliskie spotkanie z matką ziemią zwierzakowi takiemu jak ten. Sekret leżał w tym, by nie zaprzątać sobie tym głowy, ot. Po pewnym czasie skręciła na węższą, boczną dróżkę, działając na Windsora głównie dosiadem, a wodze pozostawiając nadal niemal luźne.Windsor - 2015-02-03, 12:56 W przypadku spłoszonego konia rzeczywiście nie robiło to większej różnicy, choć co w sytuacji gdy koń po prostu zechce radośnie przez siebie pobiec, zaoferowany nietypową sytuacją? Nawet ułożony Windsor był teraz wyraźnie podekscytowany, co by nie powiedzieć, że nafukany. Mimo wszystko był tylko koniem, który w nowych sytuacjach ekscytował się, szczególnie gdy oszczędnie dawkowano mu ruch w ostatnim czasie.
Skoro dziewczyna dostosowała się do jego tempa kłusa, wciąż ochoczo zasuwał do przodu, całkowicie rozwleczony, nie dbając o żaden rytm. Jej szybkie anglezowanie sprawiało, że pozwalał sobie na jeszcze więcej, nieuchwytnie wymykając się spod kontroli. Mimo to skręcił, gdy został o to poproszony, zachowując nawet odpowiednie wygięcie, o ile Shailene dobrze usiadła na stronę, w którą skręcali.Shailene - 2015-02-04, 21:08 Pozwoliła sobie na jeszcze moment 'roztrzepanego' i beztroskiego włóczenia się po szlakach. Gdy oboje byli już perfidnie rozgrzani, usiadła w siodło (wcześniej uprzedzając go półparadami, które zapewne dla niego były niemal niewyczuwalne) i mocniej domknęła uda, by poprosić go o przejście do stępa. Wypady w teren na kantarze to znakomite ćwiczenie dla jeźdźca na odpowiednią pracę dosiadu, a dla konia na właściwe reakcje na nią. Nawet, jeśli przejście zajęło dłuższą chwilę, po jego wykonaniu Windsor został poklepany. Dała mu chwilę stępa na tej samej długiej wodzy, na której kłusowali, pilnując przy tym łydkami, by nie zechciał uciec gdzieś w las. Pozwalała mu przyglądać się różnym rzeczom, nie wściekała się, jeśli takowych bał - ciekawość i strach to naturalne dla koni odczucia.
Skróciła nieco wodze, choć i tak nie robiło to zbyt wielkiej różnicy i łydkami wysłała delikatny (podkreślam ów słowo) sygnał z prośbą o zakłusowanie. Od pierwszych chwil ręka była stabilna i nieco mniej elastyczna niż przedtem, anglezowała dużo wolniej i zamknęła go w pomocach tak, by przystawał na jej tępo. Posyłała delikatne półparady, które w tamtym momencie minimalnym naciskiem oddziaływały na jego nos; nie chodziło o posłanie głowy w dół i wyciągnięcie szyi, a skupienie uwagi siwego na jej osobie. Klepała go, mówiła do niego, ot tak w ramach odstresowania i wyciszenia po szybszym kłusie. Skręciła delikatnie w lewo, na ścieżkę prowadzącej ku obszernej łące.
Po dojechaniu na ów leśną polankę przeszła do stępa, mocno dociążając plecy rumaka i domykając uda. Rozejrzała się dookoła, stępem pokonali całą długość tego miejsca. Przy okazji sprawdziła, czy nie ma tu dziur, gałęzi czy innych cudów leżących na ziemi.Windsor - 2015-02-06, 21:22 Półparady były dla wałacha nie tyle, co niewyczuwalne, co nieczytelne. Nie rozumiejąc wysyłanych sygnałów, jeszcze bardziej przyspieszył kłus, natomiast napięte uda Shailene całkowicie zignorował. Owszem... Jazda na kantarze to super sprawdzian kontroli nad koniem i na Windsorze z pewnością dało się jeździć w ten sposób, o ile prawidłowo używało się pomocy. Napięte uda jedynie uniosły jeźdźca ponad siodło, choć teoretycznie niemal nie oderwał pupy od siodła. Brakowało natomiast porządnego usadzenia się w siodle, które jednoznacznie dałoby koniowi do zrozumienia, że ma się zatrzymać.
Niemniej po chwili nieporozumienia domyślił się, że skoro brunetka przestała anglezować, to oczekuje od niego czegoś innego i przeszedł do stępa, kierując na nią jedno ucho.
Szastnąwszy ogonem dalej szedł przed siebie żwawym krokiem, spoglądając po krzakach. Poproszony o ruszenie kłusem od razu wykonał polecenie, tym razem idąc wolniej, dostosowując się do tempa, które Shailene narzuciła swoim anglezowaniem. "Półparady", które uskuteczniała jedynie go drażniły i pozostawały dla siwka zupełnie niezrozumiałe. Nacisk kantara na nosie powodował, że wałach chował łeb, łamiąc się w potylicy i coraz bardziej irytując.
Na polanie, na którą skręcili, przeszedł do stępa, znowu z opóźnieniem, jako że z trudem odczytywał prośby jeźdźca. Do stępa przeszedł całkiem rozwleczony, zupełnie nie angażując zadu. Idąc po polanie wyciągnął nieco szyję, o ile mu to umożliwiono.Shailene - 2015-02-07, 23:55 Czasami jeźdźcy, nawet ci najlepsi, nie są świadomi jak poważne i ogromne błędy popełniają. Z całą pewnością Shailene nie zorientowałaby się, że źle działa pomocami i nieprawidłowo wykorzystuje swój ciężar, gdyby nie siwek. Uświadomił jej, co dokładnie robi źle - swoim zachowaniem jasno dając do zrozumienia, że robi to źle. Natychmiastowo się poprawiła; ostatecznie przestała używać ręki w geście półparad, podczas przejść dociążała łęk zupełnie, a nie tylko częściowo - udami i oddawała rękę w momentach, w którym postanawiał się chować.
Na polanie rzecz jasna oddała mu wodze, sama zaś rozglądając się uważnie po okolicy. Nie była pewna, czy mogą sobie pozwolić na zagalopowanie, zwłaszcza, że wyszło na to, że Shailene zapomniała nieco o podstawach. Dała sobie moment na zebranie myśli, następnie skróciła wodze i delikatnie go przytrzymując wysłała dosyć subtelny sygnał z prośbą o zakłusowanie. Nim zaczęła anglezować siedziała kilka kroków w siodle, mocno się w nim usadzając i nie pozwalając sobie na obijanie grzbietu rumakowi swym ciężarem. Zamiast tego pojawiło się rozluźnienie, ale nie zupełnie - kolana nie zakleszczały się na siodle, ale mocne nogi nie pozwalały na utratę równowagi. Nie tracąc tych stabilnych nóg poczęła anglezować, podobnie jak wcześniej - stosunkowo niespiesznie, dosiadem starając się działać tak, by nie pozwalać siwkowi na szalony pęd. Starała, bowiem jak wiemy, nic w życiu nie wychodzi idealnie. Przykładała się do tego najlepiej, jak tylko potrafiła. Kosztem wysokiej głowy i prawdopodobnego braku zaangażowania zrezygnowała z działania ręki, postanawiając, że działając wcześniej upozorowanymi 'półparadami' nie jest w stanie nic zdziałać, a reakcja na nie konia nie była ani trochę pozytywna. Jeśli teraz udało jej się prawidłowo zadziałać na konia, dogadać się z nich bez żadnych niejasności, etc, będą mogli za moment zagalopować. Nim do tego dojdzie, wolała upewnić się, iż ma kontrolę; spróbowała zrobić kilka przejść stęp-kłus, kłus-stój, stój-stęp, itd. Dosiad był stabilny, nie opierała całej swojej równowagi na nogach, nie łapała jej także na pysku konia. Dbała o to, by wszystko wychodziło jak najpłynniej z jej strony i by komunikaty przekazywane przez nią Windsorowi były jasne i czytelne.Windsor - 2015-02-10, 09:20 Na tym właśnie polegała rola siwka. Jako świetnie ułożony i zajeżdżony koń, był idealnym nauczycielem dla jeźdźców, którzy jeszcze nie do końca panowali nad swoim ciałem. Mając spokojne usposobienie, w dość subtelny sposób pokazywał ich błędy, raczej nie stwarzając niebezpiecznych sytuacji, choć naturalnie był tylko nieprzewidywalnym zwierzęciem.
Oddanie ręki niekoniecznie zaradziło problemowi chowania się, aczkolwiek tak czy inaczej dziewczyna pozbyła się go, przestając ciągnąć bezsensownie za wodze, co jedynie skutkowało naciskiem kantara na łeb. Wałach wkrótce rozprostował szyjsko i w odpowiedzi na delikatną łydkę, od razu ruszył kłusem. Tym razem spokojnym, dostosowanym do równego anglezowania Shailene. Od kiedy przestała machać nogami, co na pewno występowało z racji tego, że wcześniej zakleszczała się na siodle kolanami i udami, Windsor zaczął iść spokojniej. Ot, cała magia polegała na tym, aby usiąść W siodle, a nie NA nim... W momencie gdy jeździec zaczął to pojmować, obu stronom zaczęło być przyjemniej. Niestety praca dosiadu to wciąż dla wielu czarna magia pomimo najszczerszych chęci.
Takie obijanie się po siodle i pędzenie tylko usztywniało grzbiet konia, także gdy Shailene udało się zniwelować te czynniki, Windsor sam z siebie opuścił łeb... Bez "półparad", których nie sposób było wykonać kantarem, wówczas nie miały swojego zastosowania, były zupełnie nieczytelne dla konia. Opuszczona na mniej więcej wysokość kłębu głowa naturalnie poskutkowała lekkim uniesieniem grzbietu, co pomogło wałachowi nieść jeźdźca, uaktywnić przepływ energii z zadu na przód, a nie na odwrót jak miało to miejsce.
Podczas przejść reagował płynnie, o ile pomoce pozostawały czytelne. Skoro jednak brunetce udało się wreszcie usiąść w siodle, to powinna sobie poradzić, szczególnie z przejściami z kłusa do stępa czy nawet stój, gdzie po prostu wystarczyło zablokować biodra, a wałach już sam momentalnie przechodził do niższego chodu. Nieco trudniejsze były przejścia ze stępa do stój, bo tutaj jednak trzeba było głęboko usiąść w siodle, zapomnieć o trzymaniu udami, które skutkowało unoszeniem się w górę. Także jeśli Shailene udało się zapanować nad tym ruchem, także Windsor pozostawał posłuszny, bez problemu wykonując jej polecenia.Shailene - 2015-02-12, 20:59 //wybacz proszę, że urywam, ale nie chciałabym Ci blokować postaci; nie mam ostatnio weny, więc tak będzie lepiej
To niemal oczywiste, że gdy tylko przypomniała sobie jak prawidłowo działać dosiadem i pomocami wstrzymującymi nie zapominała o swojej odświeżonej wiedzy ani na chwilę. Nie pozwalała sobie już na popełnianie głupich błędów, których wcześniej narobiła.
Upewniwszy się, że teren, na którym się znajdowali, nie był niebezpieczny, zakłusowała, trzymając się tych samych procedur co wcześniej - wysyłając delikatne sygnały, nie zaciągając wodzy i nie łapiąc całej równowagi na swoich nogach. O ile tempo kłusa nie zmieniło się (a dodam, że robiła to samo co opisałam w poprzednim poście) przeszła do kłusa ćwiczebnego, siadając głębiej w siodle i dostosowując się do wykroku konia. Góra ciała delikatnie, niemal minimalnie falowała, uda pozostawały minimalnie napięte, ale nie na tyle, by zakleszczyć się na siodle. Utrzymywała równowagę dzięki temu, że wreszcie prawidłowo siadła. Gdy była już pewna, że wszystko jest na swoim miejscu, delikatnie cofnęła łydkę do zagalopowania, mocniej dociążając łęk w razie, gdyby wystrzelił przed siebie, ale nie 'kłapiąc' siwkowi o plecy. Jeśli jednak same prawidłowo użyte pomoce nie wystarczyły pomogła sobie głosem. Pozostając w należytej równowadze przegalopowała kilka kół, w razie potrzeby dosiadem wstrzymując tudzież aktywizując konia. W razie potrzeby domykała mocniej uda i mocniej dociążała jego grzbiet, to znaczy gdyby postanowił przyspieszyć z własnej, niewymuszonej woli. Przeszła do kłusa w ten sam sposób, jak robiła to przy wcześniej wykonywanych przejściach stęp-kłus, kłus-stój, pilnując, by pomoce pozostawały dla niego czytelne. Kłusem powróciła na ścieżkę w kierunku domu, gdzie również pilnowała, by się nie rozpędzał. Przed wjazdem na drogę asfaltową przeszła do stępa. Udali się do stajni.
/ztWindsor - 2015-02-14, 21:24 zedytuję później ;). /ztPapierówka - 2015-02-16, 18:10 .....Opuściwszy okolice ośrodka jeździeckiego, Papierówka od razu kierowała się z wierzchowcem w kierunku lasu, ciągnięta tam jakąś nieznaną, wewnętrzną siłą. Im dalej od ludzkich siedzib, im bardziej odludna okolica, tym bardziej Evangelina czuła się rozluźniona i - paradoksalnie - czuła się pewniej, wiedząc, że ma niewielkie szanse na spotkanie drugiego przedstawiciela gatunku homo sapiens na swojej drodze. Nie pozwalała Saverowi przyspieszać, pilnowała spokojnego, równego stępa, niezbyt szybkiego, ale i nie jakoś przesadnie wolnego.
.....Dziewczyna okoliczne tereny znała naprawdę słabo, jak dotąd zaliczyła jedynie pojedynczą wyprawę ze swoją podopieczną w dzicz, choć akurat tamten przejazd można było uznać za spontaniczne szaleństwo, a nie planowaną wycieczkę. Kierując się oznaczeniami szlaków, wybrała prosty, łatwy szlak, nie wymagający szczególnych umiejętności. Co najwyżej później zjadą w okolicę bardziej niedostępną.
.....Zniknąwszy za pierwszą linią drzew i krzaków, Papierówka rozejrzała się dookoła siebie. W pobliżu nie było nikogo, panował spokój i cisza, właśnie tak jak dziewczyna lubiła najbardziej - samotnie, na końskim grzbiecie. Uśmiechnąwszy się nieznacznie, wzięła głęboki wdech leśnego powietrza i po chwili nachyliła się nieco w kierunku uszu rumaka.
- Mam nadzieję, że spodoba ci się wycieczka w plener. Zawsze to jakaś odmiana od codziennej rutyny. - szepnęła.
.....Jeśli hanower zachowywał się dość grzecznie, popuściła nieco wodzy, aby mógł spokojnie pracować szyją, w każdej jednak chwili pozostając gotową na zahamowanie jakiejś jego szalonej myśli. Prowadziła go spokojnie, po prostej ścieżce, samym środkiem. Mógł spokojnie oglądać krajobrazy i wąchać mijane rośliny, Papierówka nie pozwalała jednak na podgryzanie zieleniny - jeszcze coś by karusowi zaszkodziło. Jechali więc tak spokojnie, niby to monotonnie, nie wiedząc właściwie dokąd zmierzają.Saver - 2015-02-17, 22:00 Kiedy go dosiadła i wyprowadziła poza teren ośrodka ogier był nieco zdziwiony, w sumie raz opuścił z kimś w siodle teren Orchardu ale to było na początku jak tu przyjechał. Szli spokojnym krokiem przed siebie, cóż las nie był bezpieczny dla ludzi czy koni ale w sumie to ona wybierała niech tylko modlą się by coś ich nie zaatakowało jak wtedy jego. Ogier szedł podobno prostym szlakiem, rozglądając się dookoła dość ciekawie, słysząc jej słowa parsknął tylko.