Na samym początku, przed woltą mimo wszystko "upomniała go", a także poprosiła o uwagę przez półparadę po jego pierwszej niechęci. Potem już po prostu siedziała w siodle, nie ingerując w jego poczynania oprócz tego wchodzenia na koło. W sumie sarnę dostrzegła kontem oka i nawet nie zdążyła zareagować, zanim Sheridan nie zatrzymał się nagle, ale przynajmniej nie ostro. Wyrzuciło ją nieco do przodu, jednak udało jej się zaprzeć rękami o szyję podopiecznego, dzięki czemu uniknęła gwałtownego zderzenia z ziemię. Pewnie gdyby była w półsiadzie przez nieuwagę skończyłaby na dole, a ogier jeszcze nie daj Boże pobiegłby cholera wie gdzie, a przy odrobinie szczęścia do stajni.
- No już, chłopak, nic się nie stało - mruknęła uspokajająco, klepiąc go po łopatce i prostując się.
Złapała delikatny, subtelny kontakt z pyskiem siwka, po czym musnęła go łydkami po bokach, równocześnie wypychając z bioder, by przeszedł do stępa. Jeśli jednak andaluz był wyjątkowo uparty, po prostu zsiadła i przez pewien kawałek zaczęła go prowadzić. Wiedziała, że jeszcze w pełni jej nie ufa, więc nie mogła oczekiwać od niego pewnych rzeczy. Nie miała zamiaru go do tego przyzwyczajać, ale jako podopieczny miał swego rodzaju przywileje i tyle.
- Nie jest aż tak źle, Sher - rzuciła, dalej gładząc go po łopatce.
Słysząc uspakajające słowa właścicielki, skierował ku niej uszy, a następnie głęboko parsknął. Mogłoby się wydawać, że ustąpił i pójdzie dalej, ale gdy tylko został poproszony o ruszenie na przód, ponownie się "napuszył" i zaparł, stawiając na swoim. Zamiast iść do przodu, cofnął się do tyłu, będąc o krok od wspięcia się i tańcowania. Gdy tylko Noa odpuściła, on ponownie zamarł w bezruchu i pozwolił jej zsiąść. Fuknął wówczas i obrócił ku niej łeb, mocno nadymając chrapy i cały czas furcząc nimi. Zlustrował ją wzrokiem, starając się zrozumieć, a przynajmniej sprawiając takie wrażenie. Zastrzygł krótko uszami i powoli zaczął się uspakajać, wciąż jednak łypał okiem w stronę miejsca, skąd wyskoczyła sarna. Na szczęście nie próbował się wyrwać i kontynuować terenu na "własną rękę", co jednak nie oznaczało, że wszystko będzie dobrze. Mógł przecież postanowić, że już zostanie w tym miejscu, choćby się paliło i waliło. Równie dobrze mógł nie dać się ponownie dosiąść i zmusić Noę do zasuwania do stajni na pieszo <3. Mógł się wykazać wieloma niesubordynacjami, pytanie czy z tego skorzysta, czy też okaże się całkiem dobrym wierzchowcem i resztę terenu pokona w spokoju.Iron Soldier - 2014-08-18, 19:56 Ogier z początku nie wyłapał różnicy w napięciu wodzy i rozkładu równowagi ciężaru, który miał na plecach, ale po chwili poczuł większą swobodę w pysku, co mu się spodobało. Nie zwolnił jednak, ale wyrównał tempo, zaczął biec bardziej rytmicznie. No i przelecieli przez te krzaki, co znowu go wytrąciło z równowagi i zad mu się lekko odsunął na bok, ale prędko go zgarnął z powrotem pod siebie. Biegł dalej lasem, troszkę zwolnił, ale nadal nie było to bezpieczne tempo zważywszy na okoliczności.
Gdy dziewczyna dotknęła jego szyi, wzdrygnął się, zaskoczony dotykiem. Ryjcem przy tym lekko zarzucił i na dwie sekundy zwolnił. Podczas tych dwóch sekund zrozumiał, co to go dotknęło i znów automatycznie przyspieszył, nadal gnany niepokojem. Chociaż już oczy mu tak nie wariowały, pierwszy najgorszy szok mu przeszedł.
Parskał głośno co każdą foulę, a gdy jakaś wiewiórka mu zeskoczyła pod nogi wyskoczył w powietrzu nad nią i po tym lekko oddał zadnimi. Przestraszyła go ruda paskuda! >: Odbił po tym zaraz instynktownie w przeciwnym kierunku. Znów przestał zwracać większą uwagę na dziewczynę w siodle. I znów zbliżali się do krzaków graniczących ze szlakiem. Jeśli amazonka zdecydowała by tam się kierować to zapewne to pomogło Żelaznemu w podjęciu decyzji, ale nawet jeśli chciała inaczej, to on i tak w te krzaki wleciał. Po drugiej stronie już przynajmniej znacznie wolniej biegł, no i znaleźli się na bezpieczniejszym gruncie, bo na wytyczonej drodze. Jeśli Reina teraz znowu próbowała do niego przemawiać i go uspokajać, to łaskawie zwrócił jedno ucho ku niej, przypomniawszy sobie o jej obecności. Biegł równo i żwawo, ale już nie pędził na złamany kark.Randolph Varmus - 2014-08-19, 11:50
ZLECENIE
- I wiesz co Ran? ... Mogę tak do Ciebie mówić, prawda? Przez tą samotność zacząłem rozumieć poezję. I wiesz co?! Postanowiłem napisać własny tomik. - ciągnął z niesamowitym entuzjazmem starszy pan, gdzieś pod siedemdziesionę, z upierdzieloną siwą brodą. Z czego upierdzieloną? Varmus wolał nie wiedzieć. Pergaminowe dłonie Theodora ściskały czule niewielką siekierkę i jednorazówkę. O zawartość Kanadyjczyk nawet nie pytał. Randolph milczał - stary Teo nie potrzebował rozmówcy tylko słuchacza. Póki mężczyźnie trzewia się od tej gadaniny nie poprzewracają, będzie cicho. Jednakże perspektywa wędrówki przez las z oddechem starego Anglika na karku... nie była radosna. Tym bardziej, że jego oddech do przyjemnych nie można było zaliczyć.
-Zacytuję Ci chłopcze kawałek! - wykrzyknął nagle, głosem ugodzonej w grzbiet sroki. Ni to skrzek, ni to pisk, a uszy drażni jak cholera. Brunet nie oponował tego pomysłu. Odwrócił jedynie głowę w drugą stronę, szukając ukojenia w naturze. Bynajmniej w jej obrazie, bo już teraz czuł, jak odzwyczajone stopy od chodzenia po takim terenie, zaczynają pulsować w ciężkich trepach.
-Dzień Gniewu! Dzień 1 września 1939 rok, był nieoczekiwanym dniem gniewu. Niebo zdaje się walić na głowy, pęka na dwoje jak zasłona. Z policji dochodzą dźwięki syren, i piski obok. To wszystko oznaczało straszny dzień dla świata zapadającego się w nicość...- przerwał, przerwał tą fatalną... w języku werbalnym, który znał Ran, nie istniało żadne słowo, które ujęłoby fatalność tego dzieła. Ale jednak nie! Sroczy pisk znowu wyrwał się z krtani starego leśniczego. -Kiedy wyjrzałem przez okno, zauważyłem czerwień pożaru nieba oraz czerń chmur. I wtedy ryknęło wściekło! Na skrzydłach śmierci z piekieł otchłani! Przybywa rycerz prochu by zapanować nad wami! - i kiedy wątroba zwinęła się w rulon, a jelita powiązały się na supełki, Ran zwrócił się nagle do człapiącego wolno Anglika. Musiał to przerwać, cholera jasna, po prostu musiał.
- A jak z babeczkami, nie brakuje tutaj panu kobitek? - zagarnął szturchając lekko łokciem spróchniały bok starego Teo. Najwidoczniej dobrze utrafił bo staruszek roześmiał się, tłustymi, wiecznie chyba upierdzielonymi dłońmi, poklepując się po brzuchu. Wystającym, piwnym brzuchu, którego zawartość bulgotała komicznie.
-Paaaanie! Mi od dwudziestu lat nie staje to po czorta mi tutaj baby? - stwierdził w najbardziej szczery sposób, w jaki odpowiadali tylko prości ludzie, którzy nigdy nie gmatwali, starając się wypaść grzecznie, chcąc w czyichś oczach wyglądać na elokwentnego. No bo po chuj? Prosty chłop to prosty chłop.
- Jakby mi tutaj pan taką dał, to nie ważne co by robiła, jak by się nie kręciła, pojękiwała i sapała nade mną, to chuja to da, o! – i „pyrknął” wargami, unosząc barki ku górze, a ręce rozkładając na boki. – A kieeedyś…! To dopiero było. – zwalił się stary Theo w odmęty wspomnień i sentymentalnych strzępków, które teraz składał; a które z perspektywy wieku stały się jeszcze bardziej kolorowe, bardziej odbiegające od prawdy. Wszystko było większe, ładniejsze, silniejsze i przyjemniejsze. – Kiedyś to każda moja! Najlepsze dziewki z całego rejony się zjeżdżały, żeby mnie poznać i wiadomo, fiku fiku! Po lasach, łąkach, chatach. Ooo panie… Dobre wspomnienia. Aż się łezka w oku kręci. Gdybym wiedział, że impotent będę, to bym se w łeb strzelił, albo bym zadyndał już przed trzydziestką. Coby w sile wieku kipnąć. – Varmus pokiwał jedynie ze zrozumieniem głową, zaciskając pulchne wargi w cienką kreskę. –Ale pana też to czeka, więc się pan nie ciesz tak! – wzburzył się nagle leśniczy, a jego twarz zachmurzyła się w prosty, chłopski sposób. –A idź pan w ogóle w chuj, z takim siusiu majtkiem robić mi przyszło, święta jego kurwa mać. – i po jakże zacnej wiązance, przyśpieszył nieco kroku, jakby chcąc przez gniew wysunąć się na prowadzenie i dreptać przed Varmusem. Ten za to delektował się sekundami ciszy, choć w żołądku czuł, że zaraz i tak to się zmieni, bo wszystko co dobre szybko się kończy.
I faktycznie, kiedy stanęli na ostatnim odcinku drogi, aby Theodor mógł nieco odsapnąć, spojrzeli po sobie i jakoś tak uśmiechnęli się. Ot, przypływ jakiejś takiej przyjacielskiej nutki. Brodacz sięgnął za pazuchę szaro-zielonej kurtki, wyciągając dosyć sporych rozmiarów ciemne szkło, delikatnie zamieszał w butelczynie i wysunął ją w stronę Randolpha. – Masz, dobra, własnej roboty. Naleweczka z owoców. – Varmus oczywiście nie śmiał odmówić. Nigdy nie miał na alkohol długich zębów, a nawet odwrotnie, czasami przychodził prawdziwie wilczy głód. Przejął półlitrówkę, odkręcił nakrętkę, i pociągnął łyka. Odkaszlnął zaraz po przełknięciu ostrej cieczy.
- No, mocne to macie… – stwierdził jedynie, mrużąc zaczerwienione od łez oczy, stłamszonym gdzieś w krtani głosem.
- Aaa no mooocne. W zimne dni się ogrzać cza przecie. – odparł staruszek, odbierając swoją nalewkę, wysysając z niej dwa wielkie łyki. – Mmmm.. delicje. – i kiedy rumieńce wystąpiły na policzkach starego, ruszyli znowu spokojnie.
- Bo wie pan, ja przepraszam, że taki jestem, no, niewychowany, ale tyle lat w dziczy. Rzadko człeka widza, i się oczy odzwyczaiły od widoku drugiego. Pan nie ma mi żal, na? – potulnie oświadczył, podążając ramię w ramie z Varmusem, sapiąc mu prawie do ucha.
- Nie no, nie, pan przestanie. – zbagatelizował sprawę, bursztynami wodząc po przestrzeni, nie chcąc spoglądać na zniszczoną twarz staruszka. Tym bardziej, że spomiędzy jego sflaczałych warg wydobywał się słodko, duszący odorek.
Aż w końcu – doszli. Każdy z osobna, ale w sumie razem. Ran spuścił na ziemię ciemnozielony materiałowy wór, w którym stary Teo powpychał wszystkie potrzebne rzeczy. A sam Teon rzucił na ziemię siekierkę i młoteczek. Przysiadł na jakimś pieńku i pociągając z butelczyny zaczął snuć historię swojego życia. – Ja miałem 17 ona 32… Okrągła jak księżyc! Pulchna, tłuściutka, no palce lizać! – Varmus wyłączył się. Zabrał się za rozbiór derek. Siekierka cały czas chodziła, Kanadyjczy pocił się i pojękiwał, wyrzucając ramiona to do góry, to zatapiając ostrze w drewnie. Wystarczyło mu pół godziny. Jemu pół godziny zajął rozbiór, a Theodorowi pół godziny wystarczyło, żeby się nabimbać. – I wyobraź pan sobie… – śmiał się do rozpuku – Ona nigdy wcześniej nie ten teges, a ja ją tutaj tak wie pan… – a Kanadyjczyk wyciągał z desek gwoździe, a drewno układał na jednej kupce. Mogło tutaj zostać, i tak stary nie wiele by z nim zrobił. Kiedy wszystko poszło w miarę sprawnie, sprzęt schował do wora, przerdzewiałe metalowe części wcisnął do niewielkiej kieszonki i ponownie, zarzucił go na plecy i zwrócił Siudo starego brodacza.
-Te! Idziemy, panie. – i skinąwszy na ścieżkę głową, ruszył spokojnie, słysząc za sobą silne sapanie, umęczonego siwego Theodora.
/zt.Noa - 2014-08-21, 10:43
Sheridan napisał/a:
Słysząc uspakajające słowa właścicielki, skierował ku niej uszy, a następnie głęboko parsknął. Mogłoby się wydawać, że ustąpił i pójdzie dalej, ale gdy tylko został poproszony o ruszenie na przód, ponownie się "napuszył" i zaparł, stawiając na swoim. Zamiast iść do przodu, cofnął się do tyłu, będąc o krok od wspięcia się i tańcowania. Gdy tylko Noa odpuściła, on ponownie zamarł w bezruchu i pozwolił jej zsiąść. Fuknął wówczas i obrócił ku niej łeb, mocno nadymając chrapy i cały czas furcząc nimi. Zlustrował ją wzrokiem, starając się zrozumieć, a przynajmniej sprawiając takie wrażenie. Zastrzygł krótko uszami i powoli zaczął się uspakajać, wciąż jednak łypał okiem w stronę miejsca, skąd wyskoczyła sarna. Na szczęście nie próbował się wyrwać i kontynuować terenu na "własną rękę", co jednak nie oznaczało, że wszystko będzie dobrze. Mógł przecież postanowić, że już zostanie w tym miejscu, choćby się paliło i waliło. Równie dobrze mógł nie dać się ponownie dosiąść i zmusić Noę do zasuwania do stajni na pieszo <3. Mógł się wykazać wieloma niesubordynacjami, pytanie czy z tego skorzysta, czy też okaże się całkiem dobrym wierzchowcem i resztę terenu pokona w spokoju.
Westchnęła ciężko, dalej gładząc uspokajająco wierzchowca. No tak, cholerne sarny. Stwierdziła, że sobie wyskoczy i spłoszy jej konia. Nie zaprzeczajmy, musiała zrobić to specjalnie. I nawet się z siwkiem nie przywitała. Ona na miejscu Sheridana już by się obraziła na rudawe stworzenie. A on? A on tu jej tańcować chce, jakby to była jej wina.
- No już, Sher, no już. Przestań tak furczeć, bo chrapy zaczną cię łaskotać - wymamrotała w kierunku swojego wierzchowca, drapiąc go po ganaszu, po czym ruszyła się krok do przodu - chodź, wariacie, no chodź.
Teoretycznie w terenie powinno się od czasu do czasu schodzić z konia, by nawiązać z nim większą więź, zdobyć zaufanie, ale wcale to nie oznaczała, że całą drogę powrotną należało przemierzać z koniem w ręce. Dziewczyna próbowała poprowadzić go kawałek, zachęcając go do tego głosem, a jeśli się udało, włożyła nogę w strzemię i wsiadła. Gdyby zaczął świrować podczas tej czynności ściągnęła go po prostu wewnętrzną wodzą, przez co zmusiłaby go po prostu do obrotu i dzięki temu impetowi wsiadła w ten sposób.
- Idziemy, Sher - rzuciła, dociskając łydki i wypychając ogiera z dosiadu.
No i co ty na to? Będziesz grzeczny, czy nie za bardzo?
// Wybacz, ale ten teren wybił mnie już z rytmu Sheridan - 2014-08-21, 16:52 Zignorował właścicielkę, pozostając w miejscu i nie mając zamiaru ruszyć się do przodu. Gdy ciągnęła za wodze, wyciągnął szyję jak najdalej i przekręcał łeb to na lewo, to na prawo, aż wreszcie dał się namówić i podszedł do przodu. Mieląc wędzidło w pysku, szedł u boku Noy i cały czas furczał, chyba za nic mając sobie jej ostrzeżenia. Podczas wsiadania naturalnie zaczął się wiercić, wyraźnie nie radząc sobie z emocjami, a może po prostu robiąc na złość? Brunetka jednak sobie z nim poradziła, ściągnięty za wodzę obrócił się, po czym zamarł w bezruchu, już z jeźdźcem na grzbiecie. Przyciągnął mordę do klaty, przemielił wędzidło i nagle coś mu zatrybiło w głowie i ruszył przed siebie stępem, zgodnie z życzeniem amazonki. Parsknął długo, prostując szyję i chyba się uspakajając. Może dotrą do "domu" bez atrakcji?Iron Soldier - 2014-08-21, 19:52
Reina napisał/a:
// Przepraszam, ale ostatnio mam duże problemy z internetem ;_; //
Kiedy dziewczyna poczuła, że ogier wyrównał nieco tempo, westchnęła z ulgą. Nie chciała, aby koń zrobił sobie krzywdę, dlatego w jakiś sposób chciała chociaż tego. Oczywiście, na jakiś czas krzaki wytrąciły skarogniadosza, jednak znowu wyrównał bieg. Gdy niespokojnie zareagował na dotyk dziewczyny, wzięła szybko rękę z jego szyi. Zaczęła już się przyzwyczajać. Gdy jednak podskoczył, nie wiedziała dlaczego. Obróciła szybko głowę, zerkając co się stało. Zobaczyła jak wiewiórka, która też zapewne nieźle się przestraszyła, zwiewa na drzewo. Zrozumiała o co chodziło i spojrzała na dalszą drogę. Kiedy wparowali w krzaki, starała się w nic nie uderzyć. W końcu znaleźli się na dróżce, na której ogier nieco zwolnił. Zerknęła na jego łeb i westchnęła. Wolała na razie nic nie robić i poczekać chwilę, by mieć pewność, że nie zacznie szaleć na nowo.
- Może już wrócimy, co? - spytała się unosząc lekko brew.
Iron parskał niespokojnie co każą foulę galopu, chociaż już i tak rzecz jasna było lepiej. Nie spinał już we wszechobecnym stresie całego ciała, ale daleko mu było do rozluźniania się. Słysząc słowa dziewczyny skierował ku niej jedno ucho, drugim bez przerwy kręcąc w każdą stronę. No i szczególnie inaczej nie zareagował na jej głos. Zwolnił jeszcze trochę, biegnąc już bardziej roboczym niż pośrednim tempem, ale bynajmniej nie z powodu słów amazonki. Po prostu się zmachał nieco i pojawiła się jakaś tam rozsądna myśl, nakazująca mu przyhamować bieg.
Żelazny się już ogarnął. Jeśli teraz dziewczyna nie palnie żadnej tragicznej gafy, to Iron będzie grzeczny. Ale niech pamięta Reina, że on ciągle nie jest w pełni uspokojony. I przez dłuższy czas na razie nie będzie. No i żeby nie zapomniała go porządnie przekłusować i występować, bo był nieźle mokry.Iron Soldier - 2014-08-25, 19:20 Iron więc dalej galopował, jako że nie otrzymał żadnych instrukcji od jeźdźca. Chętnie by zwolnił, ale bał się reakcji. Czyli cóż, byli w kropce, nie? Bo obydwoje obawiali się wzajemnie swoich reakcji. Przynajmniej teraz koń biegł spokojnym i równym tempem, więc nawet zaczął być na tyle wygodny, coby jechać galopem wysiadywanym. A to by pomogło dziewczynie, jakby go trochę przycisnęła z krzyża, zamknęła w łydkach i stanowczo zwolniła. Bo ogier był teraz bardzo zdezorientowany, nie wiedział co ma robić.
Zaraz to jednak dziewczyna spróbowała go zawrócić. Z początku koń był oporny, by sztywno się wygiął do tego zwrotu, więc bardziej celował w krzaki obok drogi niż w odwrotną stronę. W końcu jednak z przytupem bryknął, podrzucił mocno zadem i pobiegł w stronę stajni. Cóż, trochę niejasny był tutaj twój post. Chciałaś zawracać w galopie? Tak to rozumiem, so pardon. Niestety Żelazny gorzej t przyjął, zirytowany taką sytuacją i znów wydłużył mocno galop, sadząc po drodze masę baranków. Boże, czy ta dziewczyna przykleiła się do siodła? Skarogniady był tak zdezorientowany, że w sumie chętnie by się jej pozbył. Tylko po to, aby odczuwać presji. Chociaż normalnie nie zrzuciłby człowieka ze swojego grzbietu, to w sytuacji gdy miał tak namotane w głowie, mogło być to jakąś opcją. Jasnym światełkiem w tunelu.Iron Soldier - 2014-08-28, 19:27 Haha, spoko, zdarza się. ;P
Poczuwszy napięcie w siodle zwrócił jedno ucho do tyłu, czekając na jakiś znak. Biegł dalej rozmemłany taki, ale jednak miał świadomość co do tego, co się wyprawia na jego grzbiecie. I jak się zaraz okazało dobrze, że zwrócił uwagę na jeźdźca, bo ten postanowił zacząć działać. Czując najpierw zamykający się na nim dosiad Żelazny mocno się usztywnił w pierwszym odruchu, ale jak doszły do sygnałów jeszcze wodze, to trochę odpuścił i zwolnił faktycznie. Do wolnego galopu, ale wciąż jeszcze biegł. Jako koń mógłby podyskutować o tym, że wędzidłem można było zadziałać lżej, ale z drugiej trony jako koń nie posiadał umiejętności mowy, więc i dyskutować nie mógł. No, symbolicznie jakoś mógł, podkopując na przykład zadem, ale to inna kwestia.
Wdzięczny był losowi, że jednak dostał w końcu jednoznaczne informacje. Parskał głośno co foulę, jeszcze nie będąc pewny czy ma przejść do wolniejszego chodu, czy nie, ale przynajmniej biegł teraz powoli. Jednak zapewne dziewczyna już teraz starała się go utrzymać w przekonaniu, że należy zwolnić, więc po paru chwilach ogier przeszedł do kłusa i w tym tempie został utrzymany. Jeśli teraz dziewczyna wróciła na delikatniejszy, stabilny kontakt, to Iron nawet po paru krokach wyrównał tempo, zwalniając jeszcze nieco, aby nie pogubić nóg w tym kłusie - bo na początku jak do niego przeszedł po prostu zapieprzał nieźle, wywijając nogami jak Usain Bolt. Odetchnął głęboko i nawet po jakimś czasie lekko opuścił szyję.Mistrz Gry - 2014-09-01, 15:37 Rozpadało się [...]Iron Soldier - 2014-09-22, 08:56 Odjechał.
zt.
//Luz blues, sama o tym zapomniałam.
Randolph Varmus - 2014-11-01, 15:18 Ran spokojnie prowadził ogiera na lekkim kontakcie. Kiedy rozbrzmiały pierwsze takty stępa na ścieżce leśnej, pomógł mu w zejściu w niższe ustawienie; zaangażował do tego dosiad, łydkę jak i dłoń, która prowadziła łeb ogiera w dół, do żucia z ręki. W takiej pozycji przeprowadził go spory kawałek po prostej drodze, pomagając mu w rozluźnieniu grzbietu. Kolejno, dosiadem naprowadził go na wędzidło, zbierając powoli wodze, unosząc łeb KWPN'a do góry. W takim ustawieniu kolejne, jedno ze standardowych ćwiczeń znajdujących się w pakiecie Randolpha; rozluźnienie w potylicy, przepuszczalność. Subtelnie zaczął wyginać szyję Carthago na godzinę 10 (prawa i lewa strona); jeżeli w trakcie ćwiczeń zaczął, wydłużając krok, obniżając szyję, wyciągając przy tym głowę, szukając wędzidła za każdym razem, poklepał go po szyi.
Utrzymywał go cały czas w ryzach; sprężysty, spokojny, acz nie leniwy stęp. Zero podkłusowywania czy nadmiernego zwalniania.Carthago Z - 2014-11-01, 18:59 Ogier przyjechał tutaj wraz z Ranem na grzbiecie, kiedy w końcu zjechali na ścieżkę a kopyta ogiera dotknęły nieco podmokłego podłoża parsknął nie wiadomo po co i na co. Czując pomoce do niższego ustawienia ogier zrobił to o co go proszono, przemielił wędzidło w pysku idąc przed siebie. Przeszli tak spory kawałek po czym znowu poproszono o wyższe podniesienie łba to zrobił to. Uszlachetniajac przy tym masywną szyję oraz pracując całym ciałem szedł aktywnym stępem do przodu. W końcu przeszli do ćwiczeń czego ogier nie koniecznie spodziewał się w terenie, ale wyginał swój szlachetny łeb oraz szyję to w prawo to w lewo. Pracował nieco pyskiem, zniżył również łeb nieco ale dawno nie jeździł pod nikim tak na serio i pozapominał kilka rzeczy,Randolph Varmus - 2014-11-01, 20:16 Ran nie chciał, aby podczas treningu zwierze narażone było na jakąkolwiek kontuzję. Dlatego też, dbał zawsze o to, aby mięśnie koni, z którymi pracował były porządnie rozgrzane i rozciągnięte. Wszystko działało na takiej samej zasadzie jak mechanika ciała sportowców.
Po jako takiej gimnastyce, zebrał mocniej ogiera od dosiadu, usadawiając się w dosiadzie aktywnym, nieco mocniej wypychając z krzyża ogiera, prosząc go o mocniejsze zaangażowanie zadu, o przełożenie motoru ruchowego na ,,tyły". W tej samej też chwili, po 10 minutowym stępie; przyłożenie łydki, biodro wysunięte nieco do przodu, sylwetka popędzająca; aktywny kłus. Tempo jednostajne, rytmiczny krok, ale zarazem swoboda i lekkość. Przez delikatne zebranie, które zaczął wprowadzać w ich dzisiejszy trening, pragnął uzyskać standardowo odciążony przód, lekkie przednie kończyny i klatkę piersiową. Ruch cały czas po linii prostej.Carthago Z - 2014-11-02, 13:19 Z pewnością dobra rozgrzewka wprowadzi ogiera znowu w stan pracy, Ogier dawno się pod nikim nie ruszał brakowało mu ruchu, przez co zrobił się też leniwy i oporny był do pracy. Ale wiedział a raczej czuł że facet wie co robi także angażował się w pełni w wyznaczone zadania. Czując ponowne zebranie ogier podstawił się bardziej, angażując tym samym bardziej zadnią część ciała. Dostał w tym samym czasie sygnał do przejścia do aktywniejszego kłusa, co zrobił ochoczo wydłużając kroki a jego siwa sylwetka zaczęła lepiej prezentować się w znacznie szybszym chodzie i może nieco bardziej wyćwiczonym przez ogiera. Chód był płynny, z pewnością elastyczny ale zarazem prezentujący się dosyć dobrze jak na ujżdżeniowca przystało, przez zebranie chłopaka bardziej angażował zad przez co przód lekko pracował natomiast zadem solidniej się odbijał od podłoża co nie znaczyło że wyglądało to źle.Randolph Varmus - 2014-11-02, 13:34 Ran zaczął anglezować, nie chcąc niepotrzebnie obciążać grzbietu ogiera. Zasiadł w siodło dopiero po dobrych dwóch czy trzech minutach. Cały czas pilnował skrupulatnie, aby jego zad jak najaktywniej pracował i był jak najmocniej zaangażowany. Po dobrych 5 minutach znowu zwolnienie do stępa. Pogładził go po szyi, jak na razie w pełni zadowolony, poprawiając się w siodle nieznacznie, mocniej dociskając kolana do poduszek. Zamknął na wodzach dłonie, tym samym ,,zakleszczając" siwka w ,,tunelu pomocy", aby nie wybił się ani z rytmu, ani z tempa, ani z ustawienia jakie mu zlecił. Na elastycznym kontakcie, dojeżdżając go od tyłu do przodu, ustawiając miednice subtelnie do góry, podprowadził Carthago pod pierwsze wzniesienie, o niedużej sile nachylenia, a bardziej o subtelnym wzniesieniu, jakie to w leśnym terenie można napotkać. Ot, zwykła ścieżyna, prowadząca ,,pod górkę". Cały czas oferował mu wsparcie na łydkach. Zasadniczo mężczyzna pilnował dwóch rzeczy; szybkości poruszania się Cartha, jak i ustawienia. Gdyby ten rozlał się, łaził jak chciał, nie utrzymując pewnego ,,spięcia mięśni", ćwiczenie nie przyniosłoby żadnych korzyści.