To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Orchard Stable
Najlepsze jeździeckie forum PBF!

Hala - Hala rekreacyjna

Charleston - 2017-06-16, 20:09

Z jazdami w osamotnieniu był dobrze obeznany i chociaż w towarzystwie innych koni nie zdarzało mu się świrować, to jednak zacisze hali czy czworoboku bez obecności innych par sprawiało lepsze warunki do mentalnego wyciszenia a to w jego przypadku pozwalało na bardziej efektywne poprawianie się, jako że był bardziej odblokowany i podatny na korekty. Oczywiście sama pusta hala nie wystarczyła, liczyły się także umiejętności oraz rozwaga jeźdźca, aczkolwiek prawdopodobnie nowa właścicielka miała być zbawieniem dla jego zakurzonych umiejętności.
Kiedy Jessie na niego wsiadała, kasztan wychylił się poważnie do przodu jakby już właśnie miał zrobić krok do przodu. Nie był przy tym może szczególnie wyrywny, dlatego jeśli dziewczyna go zatrzymała, zawiesił się na wędzidle z łbem wysuniętym do przodu ale nie postawił kroku naprzód. Dopiero po otrzymaniu stosownego sygnału ruszył leniwie do przodu. Ostatnie aktywności, których w jego życiu pojawiło się więcej odkąd został zakupiony przez pannę Reese, rzeczywiście wpłynęły na jego rozluźnienie i elastyczność, chociaż nie można było mówić o całkowitej poprawie, aczkolwiek w przypadkach takich jak ten każdy krok w dobrą stronę był sporym sukcesem. Niemniej jednak w dalszym ciągu utrzymywał tendencję do leniwego reagowania i w ogóle noszenia się pod siodłem, tak długo jak nie został solidnie obudzony na pomoce. Działanie łydki i dosiadu trochę ignorował, owszem, prawdą było, że szedł, ale jakoś tak smętnie i nieenergicznie. W przypadku Charlestona dziewczyna nie powinna mieć zawahań co do wyczulenia go w dość prosty sposób - metodą ustępującej nieprzyjemności a tą nieprzyjemnością mógłbyć zarówno bat, jak i ostroga, chociaż ta druga pomoc na dzień dzisiejszy mniej go motywowała.
Pomimo niezbyt aktywnego chodu o dziwo nie był cały zesztywniały, brakowało mu może do stanu konia gumowego i przepuszczalnego ale hej, nie było z nim aż tak znowu źle. Prawdą jest, że starczyłoby go za mocno złapać za pysk i nieadekwatnie słabo zapraszać go do przodu a momentalnie uległby zepsuciu, jednak dzięki wiedzy właścicielki na jego temat raczej była szansa na uniknięcie takiego problemu.

Jessie - 2017-06-18, 13:35

Szybko zorientowała się, że Charleston ignoruje działanie łydki i dosiadu. Na takie konie miała jeden, sprawdzony sposób. Nigdy nie dopuszczała do tego, by koń pozostał obojętny na jej sygnały, dlatego od razu podejmowała stosowne działania,zamiast w nieskończoność cisnąć konia łydkami i jeszcze bardziej go znieczulać. Gdy zignorował zwykłe działanie łydki, niebawem je ponowiła mocniej i jeżeli to także nie odniosło skutku, rozwiązanie było tylko jedno - bat za łydką i użycie ostróg. Naturalnie z wyczuciem, nie chodziło wszakże o dziurawienie konia i bicie go i patrzenie jak puchnie :lol: , celem Jessie było uczulenie konia na te dwie pomoce. Już jednorazowe takie działanie powinno odnieść skutek w postaci prawidłowej reakcji i ożywienia, choć niekoniecznie długotrwały. Zakładając jednak iż Jessie udało się w ten sposób ruszyć Charlestona w zadowalającym stopniu, w dalszym ciągu kontynuowała stęp po hali, stale kontrolując tempo ogiera. Liczyła się z tym, że może ponownie zgasnąć; wówczas postępowanie było podobne - przypomnienie łydką, a gdy była zignorowana, powtórzenie z batem i ostrogą. Innymi słowy za każdym razem dawała Charlestonowi szansę, nie czerpała przecież przyjemności z tych ostrzejszych upomnień, choć w gruncie rzeczy były one lepszym rozwiązaniem dla konia niż ciągłe duszenie łydką. Inna sprawa, że na tym etapie było to mało przyjemne i mogło nawet wywołać złość w koniu. Pewnie sam szybko zrozumie o co chodzi, w końcu szybko się uczył.
Co również istotne, za dobrą reakcję mógł oczekiwać pochwały wyrażonej nie tylko głosem, ale również głaskaniem po wewnętrznej stronie szyi (co by nie tracić kontaktu na zewnętrznej wodzy). W ten sposób starała się stworzyć sprawiedliwie i sympatyczne warunki pracy, które były składową sukcesu.
Niebawem wplotła w jazdę pojedyncze koła, z których średnicą nie schodziła jednak mniej niż do piętnastu metrów, stawiając na stopniowo rozciągnięcie konia. O ile ze względu na wcześniejsze poprawiła się jego reakcja na łydkę w ogóle, nie powinien mieć większych problemów z poruszaniem się po kołach, na których zgięcie było póki co delikatne. Jess jednak dokładała wszelkich starań by rzeczywiście zaistniało, więc owijała go wokół swojej wewnętrznej łydki, zgięcia nadając także za pomocą wewnętrznej wodzy, podczas gdy zewnętrzne pomocy ograniczyło ryzyko wypadnięcia zadem czy nadmiernego zgięcia w szyi.

Momentum - 2017-06-18, 17:06

Valentino napisał/a:
[...]


Strach się bać co on jeszcze sobie umyśli prócz serpentyny. Kasztan jednak chętnie stosunkowo podejmował się nowych wyzwań, bo czemu nie? Momentum mimo sporego roztrenowania nie miał raczej większych problemów z wykonywaniem ćwiczeń. Dojeżdżając do połowy krótkiej ściany, przygotowali się do kolejnego przejścia. Tym razem był to galop, gdzie kasztan wysunął w przód nogę prowadzącą i płynnie całkiem przeszedł do wyższego chodu. Ładnie pchał się z zadu naprzód, pozostając na kontakcie z jego ręką i aktywnie pracując ciałem oraz mózgiem. W narożniku zjechali na przekątną, by wyciągnąć na niej ponownie krok. Momentum zrobił to tak samo jak za poprzednimi razami, wkładając w to ogrom pracy. W połowie przekątnej zwolnili do wręcz ślimaczego tempa, co niekoniecznie przypadło ogierowi do gustu. Zaraz zjechali na maleńką woltę, a potem kolejne wolty i wężyki. Ogierowi stosunkowo łatwo szło wyjeżdżanie łuków, o ile mógł się swobodnie oprzeć na jego pomocach. Wyginał się od wewnętrznych, a ograniczany zewnętrznymi nie wypadał z ustawienia. Nie potrzebował przesadnie licznych pochwał, ale oczywiście cieszył się z nich. Jednak nie okazywał tego przesadnie, bo nie wypadało podczas ćwiczeń. Momentum oczywiście po licznych ćwiczeniach okazywał pierwsze oznaki zmęczenia, ale ćwiczył dopóki starczy mu sił.

Valentino - 2017-06-18, 22:21

Uzyskawszy zadowalający go kontakt i układ szyi wraz z głową poprosił go o kłus wypchnięciem z krzyża. Wyjechał na woltę o średnicy mniej-więcej 20 metrów kontrolując na niej łuk oraz tempo. W połowie niej przeszedł do galopu na lewą nogę i utrzymawszy spokojne tempo dbał o aktywną pracę zadu. Po ukończeniu wolty przejechał jeszcze jej połowę i wyjechał na drugą woltę - w drugim kierunku. Tutaj pomocami i obciążeniem wciąż lewej nogi kontynuował galop na złą nogę, aby dopiero po przejeździe na ścianę parkuru zmienić w ją w locie.
Następnie w połowie ściany wzmocnił kontakt, dodał ogierowi łydkę i wypchnął go z krzyża - tym samym nakazał wyciągnięcie kroku w galopie aż do narożnika. Przed nim spowolnił go lekkim ściągnięciem wodzy i pomógł wyjechać owy łuk z pomocą łydek.
Na krótkiej ścianie, dokładniej w jej połowie wyjechał na środek i trzymając stałe, spokojne tempo zaczął co 4 foule zmieniać nogę prowadzącą konia. Po 4 takich zmianach poklepał ogiera po szyi sprowadzając do kłusa i prowadząc nim wokół hali w kierunku wskazówek zegara.

Charleston - 2017-06-21, 00:09

kupa alert

Kroki podjęte przez brunetkę okazały się słuszne, jednakże przy aktualnym nastawieniu hanowera, także nie wystarczające na tym etapie treningu. Owszem, w reakcji na nagłe natężenie pomocy przebudzał się na chwilę, ale jego upór nie pozwolił mu na utrzymanie aktywnego tempa zbyt długo i już niebawem wracał do stanu wyjściowego i tak koło się zamykało. Stęp niestety najtrudniej jest poprawić tak, aby efekt był długotrwały, jeśli podejmowana praca także nie jest długotrwała. Tutaj kasztan potrzebował czasu i chociaż po kilku powtórzeniach lepiej się zapalał po upomnieniu, to jednak owo upomnienie jeszcze musiało występować, aczkolwiek taką zabawą dało się na nim wymusić względnie równy, względnie aktywny chód. Nie był przekonany do nowej kobiety w jego życiu, podchodził do niej i jej poczynań z widoczną rezerwą wynikającą z uprzedzenia do swojej byłej właścicielki. Owszem, łapał szybko, myślenie funkcjonowało u niego bardzo dobrze, może nawet za dobrze, z czego zapewne wynikało jego sceptyczne nastawienie i to ono w głównej mierze go wycofywało z otworzenia się i pozwolenia sobie na czerpanie radości z pracy, tak jak było to kiedyś.
Na pochwały odchylał jedno ucho na moment w stronę, z której dobiegał go głos, klepanie było mu dosyć obojętne jako że właśnie nie łączyła go jeszcze żadna więź z Jessie. Nie był względem niej złośliwy, raczej zachowywał swój dystans. Kiedy poza jazdą wzdłuż ściany miał także zacząć chodzić po kołach nie protestował, ale potrzebował wyraźniejszego zepchnięcia na łuku od łydki do zewnętrznej wodzy, wówczas nie oszukiwał i wyginał się jak należy, chociaż podczas kół konieczne było zwrócenie większej uwagi na jego tempo, bo w stępie bardzo łatwo je wytracał.

Momentum - 2017-06-26, 21:53

Ogier utrzymując swoje ustawienie i ogólną pracę, przeszedł do kłusa wraz z pomocami od chłopaka. Kolejno wyjechali na woltę o średnicy koło 20m, gdzie postarał się na niej o odpowiednie wygięcie i zachowanie jednego tempa oraz zaangażowania w pracę. W połowie niej przeszli do galopu na lewą nogę, gdzie kontynuowali dalej koło. Po zakończeniu wolty przejechali jeszcze połowę i wyjechali na drugą woltę w drugim kierunku. Zmienili lotnie nogę na nim, aby dopiero po przejeździe na ścianę parkuru zmienić znowu nogę lotnie. Kolejno w połowie ściany zaczęli wyciągać ponownie krok w galopie, aż do narożnika. Przed nim skrócił się i wyjechał łuk w narożniku na krótką ścianę, a w jej połowie zjechali na środek hali. Miał nieco problemów ze zmianą co 4 nogi prowadzącej, bo w sumie dawno tego nie ćwiczył. Po czterech niezłych, ale nie idealnych powtórzeniach zwolnił do kłusa i pojechał nim wokół hali.
Valentino - 2017-06-26, 22:50

Pokręcił nim jeszcze najróżniejsze wolty i serpentyny, aby na sam koniec spowolnić ogiera do stępa poprzez paradę. W niej puścił mu kompletnie wodze i wzdychając ciężko nad swoją egzystencją, kontynuował trening a raczej jego koniec - rozstępowanie. Zajęło im to grube 15 minut, gdyż sam chciał sobie jeszcze chwilkę odpocząć - dopiero po tym kwadransie wyjechał ogierem z hali prowadząc go stępie na długiej w stronę stajni.
/z.t

Jessie - 2017-06-27, 21:13

Nie przeszkadzał jej dystans bijący od ogiera, choć praca z końmi, które chciały coś robić dla człowieka i czerpały z tego przyjemność była znacznie... prostsza? Milsza? Jednak nawet sama Jessie nie tryskała entuzjazmem względem każdego napotkanego konia, ten proces budowania sympatii był obustronny i w żaden sposób nie dało się go przyspieszyć.
Wyginając konia na kołach pomagała sobie batem, stanowiącym przedłużenie łydki. Brunetka zwykle miała z tym problem i nie da się zaprzeczyć, że występował on przy pracy z Charlestonem. Prawdę mówiąc był dla niej trochę za duży i nie było na to innej rady niż właśnie pomaganie sobie batem. Z czasem ogier pewnie się nauczy, że łydka Jess sięga nieco inaczej niż wyższych jeźdźców i przywyknie, tak jak War Admiral. Ale póki co musieli nieco błądzić. Wracając jednak do sedna - właśnie w ten sposób miała większą kontrolę nad zadem ogiera, kiedy zauważyła, że ten potrzebuje wyraźniejszego sygnału, była w stanie to wykonać, jednocześnie zewnętrzną łydką pilnując tempa.
Pierwotnie była myśli, że może dobrze byłoby pierw rozgalopować Charlestona, ale odeszła od tego pomysłu na rzecz innych rozwiązań. Postanowiła przez wszystko przejść stopniowo, więc naturalną koleją rzeczy było przejście do kłusa. Anglezując, tak jak w stępie pilnowała reakcji na łydkę i nie pozwalała kasztanowi na samodzielne zwalnianie. Jednocześnie nie wymagała od niego nie wiadomo jak energicznego kroku, za tempo wyjściowe przyjęła umiarkowanie energiczne truchtanie wierząc, że przyniesie to lepszy skutek niż gdyby miała na siłę cisnąć konia, co zapewne doprowadziłoby jedynie do spięć. Swoim anglezowaniem wyznaczała mu rytm, siadając w siodle miękko, aczkolwiek głęboko dociążała zad ogiera, jednocześnie podtrzymując impuls do ruchu naprzód łydkami. Pierwszym, co zaproponowała Charlestonowi, było naprzemienne dodawanie i skracanie w kłusie, pomiędzy którymi wkradało się parę kroków w ich wyjściowym tempie. Takie zmiany służyły uzyskaniu lekkości przodu, na co Jessie miała nadzieję nawet jeśli obudzenie kasztana nie było takie proste na początku. Konsekwentnie wymagała od niego jednak osiągnięcia wyraźnych różnić w kłusie, w międzyczasie parokrotnie zmieniając kierunek i nie zapominając wówczas o zmianie nogi, na którą anglezowała.

Charleston - 2017-06-29, 11:49

Charleston już i tak trochę się zmienił odkąd trafił do orchardu, przestał wykazywać jawną niechęć do pracy a jakaś część blokad w jego ciele także ustąpiła. Na pewno krokiem milowym na drodze jego poprawy było zyskanie nowej właścicielki, która ze względu na swoje doświadczenie była w stanie zapewnić mu odpowiednią "terapię" mogącą przywrócić mu jego świetność. Chociaż z poprzednią panią właściciel miał sporo problemów, to jednak przyzwyczaił się dzięki niej do krótszych nóżek u jeźdźca na swoim grzbiecie, także niezbyt wysoki wzrost Jessie akurat nie był dla niego nowością ani jakimś problemem natury psychologicznej. Użycie bata przyniosło pożądany skutek w zwiększeniu odpowiedzi na łydkę a że dosiad Jess go nie blokował, ogier stopniowo zaczynał lepiej się bujać w stępie, ostatecznie nawet nieco opuszczając nie tak całkiem sztywną szyję.
Wejście w kłus wyszło ociężałe i wyraźnie wymuszone, niemniej jednak kiedy Charl znalazł się już w tym chodzie to nic nie wskazywało na to, że będzie próbował to zmienić. Co prawda średnio zaangażowane tempo, które od siebie zaoferował amazonce, nie było ani zadowalające, ani też wyraźnie świadczące o woli pozostania w kłusie, ale przecież panna Reese umiała sobie poradzić z takim jego podejściem, co pokazała już w stępie. Niedługo więc trwało ustanowienie nowego, żywszego tempa, wymagającego może jeszcze stałego nadzoru, ale przynajmniej aktywnego, pomagającego rozpoczęcie angażowania mięśni w pracę. W odpowiedzi na nieskrępowaną pracę dosiadu, jednocześnie pokazującego mu ruch naprzód i co takt dociążającego zad, zaczął łaskawie wkraczać tylnymi nogami wyraźniej pod kłodę, co pozwoliło mu także na lekkie podniesienie pleców. Ten krok z kolei był podstawą na drodze do rozluźnienia, co już powoli zaczęło być widać no i przede wszystkim czuć. Z czasem kłus stawał się coraz mniej wymuszony no i przede wszystkim lżejszy, co wynikało z częściowego puszczania spięć w mięśniach. Tylko dzięki temu jakoś przekonał się do nieśmiałego wejścia na kontakt z ręką Jessie i był też w stanie nawet poprawnie zareagować na postawione przez dziewczynę wymagania w postaci dodawania i skracania wykroku. Jak można się spodziewać, pierwsze podejścia wyszły miernie, aczkolwiek po korektach no i dzięki nieustępliwości był w stanie zaproponować siedzącej na nim pani coś bardziej poprawnego, w efekcie w odpowiednich momentach zaczynał mocniej wyciągać kończyny podczas wykonywania większych kroków - czemu towarzyszyło jeszcze nieco zbyt mocne przyspieszenie niż powinno, niemniej jednak było ono na razie efektem ubocznym a nie jego odpowiedzią samą w sobie; kiedy przychodziła na to pora, o dziwo nie blokując przy tym nagle całej górnej linii, jaką tworzyła szyja oraz grzbiet, przechodził do wykonywania mniejszych kroków, przy kolejnych powtórzeniach będąc w stanie mocniej zaangażować przy tym zad. Taka gimnastyka rzeczywiście nieźle wpłynęła na zaokrąglenie jego sylwetki no i uruchomienie tego motoru do pracy bez oszukiwania. Zmiany kierunku gwarantowały równomierne rozgrzanie na obie strony, co pomogło hanowerowi w puszczeniu potylicy i pewniejszemu oparciu na wędzidle a to z kolei przyczyniło się do ułożenia szyi w mniej "skrępowany" łuk. Charl nawet sporadycznie przeżuł to wędzidło, chociaż wykonywał to jeszcze bez przekonania.

Jessie - 2017-07-05, 19:35

Dostrzegała zmiany zachodzące w sposobie poruszania się Charlestona i nie ukrywała, że bardzo ją cieszyły. Mimo to ograniczała się do chwalenia go przede wszystkim głosem, nie chcąc zanadto rozpraszać konia czy wprowadzać niepotrzebnego zamieszania.
Zanim zabrała się za treningi na Charlestonie, zadbała o rozwój jego kondycji poprzez pracę z ziemi. Dzięki temu mogli porzeźbić dzisiaj nieco więcej, bez obawy, że będzie to zbyt obciążające dla konia, choć wcale nie zamierzała jeździć na nim długo, mając na uwadze także psychiczne zmęczenie. Z tego względu po paru minutach wcześniej wspomnianych ćwiczeń, przeszła na chwilę do stępa - znowuż zwracając uwagę na jego jakość - i dała ogierowi chwilę odsapnąć oraz przetworzyć informacje. Następnie ponownie ruszyła kłusem, tym razem zabierając ogiera na koło, choć było ono tylko elementem wznowionej po przerwie pracy. Jednakże ilekroć decydowała się zabrać Charlestona na koło, przy okazji wykonywała ćwiczenie polegające na zwężaniu i poszerzaniu średnicy koła, zakładając, że jego wyjściowy rozmiar wynosił 20 metrów w średnicy. Ilekroć poszerzała koło do pierwotnego rozmiaru, z powrotem wracała na ścianę, by tam wykonać parę przejść, początkowo między kłusem, a stępem, z którego ponownie ruszała naprzód kłusem. Kolejno zmieniała kierunek, by ponownie zająć kasztana pracą na kole, a po niej wracała do szlifowania przejść, które na ten moment były dla nich jedną z ważniejszych rzeczy do przepracowania. Żeby jednak nie pozostawiać tego gołego, bez opisów; za każdym razem, kiedy Jessie zabierała się za jazdę po kole, sumiennie pilnowała prawidłowego wygięcia. Specjalnie unikała ciasnych wolt, dzisiaj dając Charliemu się wykazać na ich prostszym wariancie. Podczas gdy wewnętrzne pomoce zachęcały konia do wygięcia się i rozluźnienia, zewnętrzne kontrolowały go i chroniły przed wypadaniem. Pracując na kołach dodatkowo pozwoliła sobie przejść do pełnego siadu (podczas gdy po ścianach wciąż jeździła anglezowanym, dając dzisiaj plecom ogiera "wolne"), co pomagało jej w naprzemiennym zwężaniu i poszerzaniu figury nie tylko poprzez podstawowe pomoce, ale również poprzez zmienny rozkład ciężaru ciała. W przypadku przejść zwracała natomiast uwagę na ich płynność i wykonanie, za każdym razem uprzedzając konia półparadą i nie wahając się użyć mocniejszej łydki, gdyby miał skłonność do opóźnionego reagowania. Zwykle wykonywała 10 kroków kłusa, po których przechodziła do stępa na 5 kroków by następnie ponownie ruszyć kłusem. Za każdym razem przejście wynikało przede wszystkim z działania dosiadu, w imię budowania zaufania do ręki.

Charleston - 2017-07-07, 00:04

Na pochwały głosowe reagował nijak, czasem odchylając jedno z uszu do tyłu tym samym nastawiając je na Jessie, niemniej jednak nie wydawał się jakoś szczególnie mocniej zmotywowany, ale to wynikało z braku większej sympatii do ludzi jako takich, aby czyjaś pochwała mogła do niego właściwie dotrzeć po prostu musiał kogoś polubić. Ten typ tak ma. :x
Wróciwszy do stępa parsknął sobie ot tak, respektując tym samym chwilę przerwy, niemniej pilnowany przez brunetkę nie obijał się, nauczony doświadczeniem sprzed kilku minut, że nie warto się całkowicie lenić, chociaż no okej, spróbował chwilkę pooszukiwać. Ogólnie już trochę obudzony na sygnały Jess zakłusował całkiem płynnie, by pokierowany przez dziewczynę pójść na koło, przybierając wygięcie odpowiadające wymaganiom jej pomocy, nie mając jakoś specjalnie problemu ze zmniejszaniem i zwiększaniem okręgu, po którym się poruszał, niemniej wymagał od amazonki odpowiedniego podparcia i pozostania w rozluźnieniu, w przeciwnym razie szybko się spinał czy po prostu zaczynał iść krzywo. Panna Reese jednak mogła się pochwalić bardzo nienaganną jazdą, stąd i Charl współpracował, chociaż no niestety, zanim odda jej swoje serce na treningu jeszcze zapewne minie trochę czasu. Przejścia na łuku o wyjściowym rozmiarze pomagały mu w podstwieniu się na pomoce dziewczyny, dzięki czemu z czasem stawał się nie tylko miększy, ale i bardziej zaangażowany w wykonywane ruchy, co przekładało się na lżejszy chód osadzony bardziej na wkraczającym pod kłodę zadzie. Nie mówię, że zaczął się pocić, ale wykonywanie ćwiczeń w proponowanym przez Jessie ustawieniu i to w dodatku z takim a nie innym kształtem sylwetki, to znaczy po prostu z zaangażowanymi w pracę mięśniami, gdzieniegdzie na szyi i łopatkach zaczęły mu wychodzić cienkie żyłki, natomiast na pysku pojawiły się.. pierwsze ślady piany! Cóż, nie przeżuwał chętnie ani tym bardziej obficie i zapewne będzie potrzebował kilku treningów aby się bardziej na to otworzyć, aczkolwiek coś tam się już zadziało i można było to potraktować jako dobry znak na przyszłość. Spinał się w momencie, w którym dziewczyna zamiast dalej anglezować zostawała w siodle, jako że mimo wszystko jego plecy potrzebowały solidnego rozpracowania na dłuższą metę, aby mogły zupełnie swobodnie nosić jeźdźca, nie tracąc przy tym szwungu czy jak to inaczej nazwać po polskiemu. Przez to w tych chwilach toporniej odpowiadał na posyłane mu sygnały, ale warto zaznaczyć, że dawało się go posłać z powrotem w dół. Był wyuczalny i nie jakiś złośliwy, łapał szybko ale często efekt tudzież pamięć utrzymywały się u niego na krótko, więc wymagał regularnego utrwalania. Na ten moment wszystko wydawało się całkiem ok, poza tym, że ogier po prostu nie robił szału, jak się na niego patrzyło. Oczywiście tkwił w nim ogromny potencjał, jednakże wszystko to, co umiał, wymagało solidnego odkurzenia. I rozbujania.

Jessie - 2017-07-10, 21:10

Zauważyła, że ogier był w pewnym sensie obojętny na pochwały. Nie zrażała się tym jednak, poza tym stosowała je raczej z przyzwyczajenia. Wychodziła bowiem z założenia, że nawet jeśli dany koń nie rozumiał ich sensu, to przez to stopniowo przyzwyczajał się do głosu brunetki i tym samym powolutku nawiązywał jakąś więź. Charleston nie był pierwszym takim koniem; miała przecież kiedyś Colorado, który do samego końca reagował na jej dotyk spięciem, choć z czasem nauczył się go akceptować do pewnego stopnia.
Zauważyła, że nie był jeszcze w pełni gotowy na to, by jeździć na nim w pełnym siadzie. Prawdopodobnie wynikało to z jakiejś niechęci, być może braku fizycznej gotowości, ale mimo to postanowiła nie rezygnować z tego podczas dzisiejszego treningu. Zależało jej na tym, aby zaprezentować Charla na nadchodzących zawodach, dlatego musiała go zacząć stopniowo przyzwyczajać do wzmożonego wysiłku. Parę minut w kłusie ćwiczebnym, bo przecież poruszyła się w nim tylko po kołach, nie powinno mu jednak zaszkodzić.
Jako że nie oczekiwała od ogiera efektu wow, zadowoliła się tym, co dotąd jej oferował. Konsekwentnie powtarzała ćwiczenia aż do momentu, w którym uznała, że na dzisiaj ich wystarczy. Nie chciała znudzić kasztana; ta jazda w miarę możliwości miała być dla niego ciekawa i przyjemna, a wałkowanie w kółko tego samego na pewno temu nie sprzyjało. Z tego względu postanowiła przejść do kłusa i dać Charliemu odpocząć przed prawdopodobnie ostatnią częścią treningu, w jakiej miał się mieścić galop. Po skończonej przerwie na nowo zachęciła ogiera do powrotu do wcześniejszego ustawienia, a kiedy wyczuła, że jest gotów pójść dalej, poprosiła go o ruszenie kłusem. W nim podobnie jak w stępie, została na parę chwil, dając koniowi czas na wdrożenie się w rytm pracy, co w jego przypadku zapewne przychodziło ciężej niż u konia, który nie miał problemów z motywacją ani braków w treningu.
Wreszcie jednak nadeszła pora na galop, do którego Jessie zdecydowała się przejść w najbliższym narożniku. Mimo wszystko spróbowała dokonać tego z pełnego siadu, woląc przekazać ogierowi swoje intencje w jak najczytelniejszy sposób; nie powinno to być jednak przeszkodą dla Charliego, bowiem w siodle usiadła miękko, po półparadzie dając mu pomoce do zagalopowania, dajmy na to z prawej nogi. Zagalopowanie z tego miejsca miała mu ułatwić ruszenie na dobrą nogę, z czym jednak nie powinien mieć problemu. Jak zauważyła, ogier był generalnie dobrze ujeżdżony, tylko ktoś go trochę... zaniedbał. Kiedy już nabrała pewności, że Charleston nie zgaśnie "za rogiem", zdecydowała się przejść do lekkiego półsiadu, w którym chciała porządnie rozgalopować konia. Był to jej sprawdzony sposób na takie przypadki, chociaż spodziewała się, że rozbujanie kasztana może być niełatwym zadaniem. W każdym razie póki co jeździła wokół hali, zostawiając ogierowi nieco dłuższe wodze - chociaż wciąż na kontakcie, przynajmniej dopóki galop nie był wymuszony - i podtrzymywała galop łydkami, w razie potrzeby pomagając sobie batem. Wszakże zależało jej na tym, aby galopował w miarę szybko, na pewno nie przez nóżkę, bo wówczas nie miałoby to najmniejszego sensu. A tak miał okazję przede wszystkim ruszyć spięte plecy, wcale by się nie zdziwiła, gdyby zaczął przy tym brykać, bo często się to zdarzało u koni z takim problemem; to ćwiczenie pozwalało im się otworzyć, trzeba było tylko mieć wystarczająco dużo zaparcia, by nie bać się ewentualnych akrobacji i szybkiego galopu.

Charleston - 2017-07-10, 22:43

Well, w porównaniu z "his former self" był teraz cieniem, aczkolwiek na kimś, kto widział go po raz pierwszy i był nieświadomy tej różnicy, ogier i tak mógł wywrzeć całkiem niezłe wrażenie. Oczywiście każdy znający się na rzeczy osobnik zauważyłby sporo z tych negatywnych rzeczy, które kasztan dawał odczuć Jess w siodle, niemniej jednak mimo to chwytał za oko swoją prezencją - duży, w ładnym odcieniu rudego, z czterema skarpetkami oraz wdzięczną głową, do tego dorzucić można bardzo dobrą budowę i może jeszcze nie tak dobrze rozwinięte, ale jednak całkiem fajnie wyglądające mięśnie. W ruchu już na pierwszy rzut oka siedziało to coś, jeszcze chwilowo przykurzone, ale od czasu przeprowadzki do orchardu coraz bardziej wychodzące na nowo na światło dzienne. Na dzień dzisiejszy był bardziej przyzwyczajony do nudy na treningu, jaką zapewniała mu poprzednia właścicielka, dlatego jakkolwiek bardziej zróżnicowana praca już była interesująca (czego nie dawał po sobie poznać) i mimo nabytego lenistwa zachęcająca do zaangażowania się.
Jakoś ciężko wszedł w ten stęp na chwilę gubiąc równowagę i idąc z pyskiem, ale szybko wrócił do formy jakby nie znajdując do końca w mowie ciała dziewczyny powodu, który byłby usprawiedliwieniem dla utrzymania marnej jakości chodu. Nie zmęczył się tak znowu bardzo przy tych kołach, niemniej jednak nie protestował jeśli chodzi o przerwę, podczas której dość swobodnie się rozciągnął i trochę bardziej wyciszył. Do kłusa powrócił nie mając żadnych ale, zgodnie ze wskazówkami Jessie na nowo wdrażając się do tego, co prezentował sobą przed przerwą, chociaż z początku raczej myślał, że będzie mu dane pozostać w takim nieco rozklekotanym stanie. Dzięki postawie brunetki stopniowo pozbierał się i ogarnął i gotów był odpowiedzieć na prośbę o zagalopowanie, które wykonał nieco się spóźniając, aczkolwiek rozpoczął od dobrej nogi prawidłowo odczytując sygnały. Być może rzeczywiście mógłby łatwo zgasnąć, jednakże decyzja o przejściu do półsiadu i tym samym odciążeniu jego pleców okazała się być na tyle motywująca, że Charl nie tylko pozostał w wymaganym chodzie (oczywiście wymagając ciągłego wsparcia impulsem od łydki) ale także zaokrąglił się jeszcze w dół, co prawda nie od razu na maksa, ale ta dobra postawa zaczęła mu stopniowo przychodzić jakby sama z siebie. W ogóle przy tym nie przyspieszał i może nie przejmował inicjatywy, aby się porządnie rozruszać w pełnym zakresie, niemniej teraz nie było to też aż takie wyzwanie dla amazonki, która konsekwentnym działaniem łydki i w ogóle ciała od pasa w dół mogła zapraszać go do otwarcia się w galopie, co powoli kroczek po kroczku następowało. Także jej pomoce wymusiły na nim aktywizację tempa, co przy aktualnym rozkładzie sił w ich połączonym układzie zaowocowało wyrobieniem lepszej postawy, z kolei to prowadziło do efektu opisanego chwilę wcześniej, czyli krótko mówiąc ogólnej poprawy. Nie spektakularnej, ale już jakiejś. Do bryków i dzikich tańców nie wykazywał na razie najmniejszych chęci, będąc zajętym po prostu rozwijaniem się w ramach galopu.

Jessie - 2017-07-11, 19:44

Na dzisiaj nie miała innych planów związanych z galopem niż, jak to ładnie nazwałaś, rozwinięcia konia w jego ramach poprzez aktywne, z pozoru pozbawione sensu galopowanie wzdłuż ścian. Stosunkowo szybko zaobserwowała oczekiwane efekty, co wywołało na jej twarzy uśmiech. Nie omieszkała też podzielić się swoim zadowoleniem z koniem, chwaląc go głosem, chociaż nie miało to teraz dla niego większego znaczenia. Oczywiście w celu dopełnienia ćwiczenia musiała je wykonać w obu kierunkach, więc po pokonaniu paru okrążeń na prawo, przeszła na moment do kłusa anglezowanego, którym zmieniła kierunek przez przekątną hali. Z narożnika wykonała zagalopowanie z lewej nogi, by w tym kierunku wykonać taką samą ilość okrążeń. Taka ilość galopu prawdopodobnie była dla Charlestona wyzwaniem, biorąc pod uwagę fakt, że dopiero się wdrażał do treningu po przerwie. Wszystkie wcześniejsze lonże i baseny miały jednak za zadanie przygotować kasztana do takiego wysiłku, więc Jessie bez obaw dopięła swego, nawet gdyby Charlie miał się zrobić mokry od potu, co było bardzo prawdopodobne, nawet jeśli było temu ćwiczeniu daleko do chociażby kilkuminutowego galopu po torze crossowym. Niewielkie rozmiary hali przecież także stawiały przed nimi pewne ograniczenia. Niemniej, kończąc ostatnie okrążenie, z powrotem zeszła do kłusa, w którym anglezując wykonała jeszcze dwa okrążenia, w połowie ostatniego zabierając kasztana na koło o średnicy dwudziestu metrów, na którym wykonała żucie z ręki, będące formą relaksu, jak i nagrody dla wierzchowca. Kolejno zwolniła do stępa i na długiej wodzy należycie rozstępowała konia, by następnie zsiąść i wyjść z nim do stajni na zasłużony odpoczynek. W końcu wykonał całkiem niezłą robotę, mimo że były to dopiero początki. /zt
Momentum - 2017-07-11, 21:28

Valentino napisał/a:
[...]


Wykręcili jeszcze różne wolty i serpentyny, by na sam koniec zwolnić do stępa. W końcu dostał ogier luz i mógł odetchnąć po treningu, co na pewno mu się przydało. Na sam samiutki koniec się rozstępowali przez około 15 dobrych minut, by w końcu wyjechać z hali i udać się do stajni.

z,t



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group