Sergei - 2014-07-06, 21:58 Łypnął na Randolpha piorunującym spojrzeniem, czując, jak narasta między nimi napięcie. Zesztywniał, jednak zmusił się do sztucznego uśmiechu.
- Oczywiście, ale przynajmniej nie unikam ludzi, jakby chcieli mnie pożreć - rzucił nieobowiązująco, nie patrząc się w tym momencie na partnera.
Prosił... niestety mężczyzna w myślach nie czytał, a głośnych, werbalnych wskazówek nie dostał zbyt wiele... pewnie dlatego, że ostatnio nie spędzali razem zbyt dużo czasu, co również kuło nieco Rusa. Milczał jednak póki co, ignorując te wyprawy Kanadyjczyka, bo pośrednio to wszystko rozumiał. Jednak jak dobrze wiemy, uczucia były uczuciami.
Ale mniejsza z tym, oboje byli winni i oboje pewnie znów będą się kłócić (standard, nic innego nie robią, niczym stare dobrze małżeństwo, teraz jeszcze nawet psa mają ), a póki co czas skoncentrować się na znajomej Chernienka. Tak,przypomniał sobie, że brunetkę darzył pewną dozą sympatii, a jej znajomych... już nie bardzo.
- Jay jest ochroniarzem. Serg kiedyś przegrał zakład i musiał przez równą godzinę z nim flirtować. Ale to nic, bo znają się o wiele dłużej - rozpoczęła przemowę, a trzydziestolatek dobił na szybko piwo i poszedł po coś cięższego... po czystą - są dobrymi przyjaciółmi, z tego co wiem. Oboje nieraz u siebie nocowali po cięższej nocy, chociaż ostatnio Serg rzadziej tutaj przychodzi.
Kobiety i zdobywane przez nich informacje to najwyraźniej istne skarbnice wiedzy. Owszem, Jayden i Rus dogadywali się nieźle, mogli się zwrócić do siebie w razie problemów, a ostatnio zamiast widywać się tutaj, częściej łazili na siłownię bądź do domu Jaya, by obejrzeć jakiś mecz siatkówki albo koszykówki. Ale problemem było to, że Randolph tego nie wiedział i nie daj Boże mógł pomyśleć, że ochroniarz był jego kochankiem. A nie był. Jednak bardziej istotne dla Chernienka było dowiedzieć się, jakim cudem brunetka wie, że czasem nocował u przyjaciela. Przy barze w celu zwiększenia cierpliwości wypił na szybko dwa małe kieliszki wódki, by potem z trzema podążyć z powrotem do stołu. Wręczył partnerowi i "znajomej" po jednym, zerkając na Varmusa, by sprawdzić jego reakcję.Randolph Varmus - 2014-07-06, 22:23 Nie chcąc już grać w ukryte kąśliwości, nie uśmiechnął się nawet, oczu na Sergeia nie zwracając ani na sekundę. Kobieta pochłonęła całą jego uwagę. Jak cudownie, że Bóg stworzył taki nośnik informacji!
Varmus przytakiwał pojętnie na każde jej zdanie, będąc żywnie zainteresowanym, nawet najkrótszym i najdrobniejszym słowem, jakie wypełzało spomiędzy jej dużych, wścieklewaginalnoczerwonych warg.
-Aha, ochroniarz... Pewnie dobrze zbudowany. - wrzucił tylko, chcąc nawiązać z nią konwersację, kreując się w jej oczach jako bardzo przyjacielska, choć nieco wycofana osoba. Ale w gruncie rzeczy świetnie sprawdzająca się jako słuchacz; co dla kobiet przecież było najważniejsze. - Aaaa, nocowali. - wyprostował się, wodząc wzrokiem za partnerem, nieco mocniej rozkładając się na krześle, usadawiając się na nim wygodnie. Wiedział, że jeżeli zastosuje metodę pod tytułem ,,wywalone", opóźni wybuch o dobre kilkanaście minut, podczas których może kobieta nakarmi jego umysł jeszcze ciekawszymi kąskami, które będzie pożerał łapczywie jak głodny pies.
Piwo męczył spokojnymi łykami, kiedy Serg ponownie zbliżył się do stolika, akurat odstawiał pusty kufel. Nie wypuścił go jednak z dłoni. W drugiej nadal mizdrzył papierosa, raz za razem zaciągając się głęboko.
- Czyli mówisz, że Chernienko to prawdziwa dusza towarzystwa, hmm?- rzucił ku dziewczynie z szerokim uśmiechem, pozwalając, aby ten wyjątkowy dołeczek w policzku ukazał się na chwilkę. - Widzisz, też go już trochę znam, ale o kilku faktach z jego życia, chyba nigdy nie będzie mi dane się dowiedzieć. - dodał Randolph, gasząc zamaszystym ruchem peta w popielniczce, z lotu łapiąc w pustą dłoń kieliszek, w geście toastu lekko unosząc go ku górze. Przełknął ognistą ciecz, dopiero teraz swoje rozżalone bursztyny kierując wprost w ciemne tęczówki Rosjanina. Dobiło go to. Borykał się z chorobą matki, z Vivianne, z pieprzonym owczarkiem niemieckim, z samym sobą... a teraz jeszcze Serg odstawia sceny niczym z opery mydlanej. Był smutny jak nigdy dotąd; a jak wiadomo smutek potęguje tylko gniew, którego nie było po twarzy varmusowej widać. Zastygł na niej jedynie grymas pretensji i fatalnego rozgoryczenia, głębokiego żalu i bólu.Sergei - 2014-07-06, 23:10 Brunetka zachichotała wdzięcznie, wpatrując się w Kanadyjczyka z jawną radością w spojrzeniu.
- Oczywiście, w końcu to ochroniarz - szepnęła, prawie że konspiracyjnie.
Oczywiście nieszczęsna dziewczyna od razu zapałała sympatią do całej persony Varmusa, co jak co, ale przystojni mężczyźni z tą taką tajemniczością w oczach od razu przyciągali uwagę.
- No pewnie, zawsze był bardzo otwarty... i dużo mógłby ci opowiedzieć o swoich wypadach, ale w sumie zajęłoby wam to pewnie wiele spotkań - powiedziała, uśmiechając się szeroko - och, jak ładnie się uśmiechasz. To słodkie. Jestem Natasha, tak na marginesie.
Rosjanin tymczasem widząc spojrzenie partnera spiął się, zaciskając nagle zęby, czując, jak zaczynają mu dygotać ramiona. Minęło trochę czasu od kiedy ostatnim razem zaczął tracić nad sobą kontrolę w miejscu publicznym. Był impulsywny, ale ostatnio całkiem nieźle wychodziło mu panowanie nad sobą.
- O, pan Chernienko, jak miło - usłyszał nagle - mogę wiedzieć, dlaczego twój przyjaciel podrywa moją dziewczynę?
Trzydziestolatek odetchnął, po czym obrócił się z szerokim, nienaturalnie szerokim uśmiechem, by obrzucić nieprzyjaznym spojrzeniem chłopaka brunetki. Niezbyt inteligentnego, choć też nie głupiego, ale za to mającego w ciele coś więcej niż sterydy. Mięśnie. Prawdziwe mięśnie.
- Podrywa? Jeśli się nie mylę, to Natasha zajmuje go pasjonującą rozmową - wycedził, patrząc się na potencjalnego przeciwnika spode łba.
Nieszczęsna brunetka skrzywiła się lekko, z niepokojem obserwując zaistniałą sytuację. Wiedziała, że Rosjanin i jej chłopak nie darzą siebie sympatią w najmniejszym stopniu i minimalne spięcia mogą wywołać teraz bójkę.
- Doprawdy? A mi się wydaje, że ten milczący teraz paniczyk bynajmniej nie zamierza na rozmowie skończyć - wysyczał mężczyzna - trzymaj się, cholerny skurwielu, z dala od mojej dziewczyny.
Próbował przedostać się w stronę Randolpha, jednak Chernienko ani myślał zejść mu z drogi. Łyknął jedynie na szybko czystą, po czym odepchnął chłopaka brunetki (a załóżmy, że blondyna) dalej od siebie. Był... nerwowy. Nie w głowie było mu spokojne wyjaśnienie sytuacji i prośby o zostawienie ich w spokoju, chociaż to pewnie było bardziej skuteczne, niż...
- Trzymaj się od niego z daleka- syknął, czując, jak włącza mu się awanturniczy gen, może też po części zaborczy - nie moja wina, że Natasha woli inne towarzystwo, niż twoje.
Z daleka widać było, że ochroniarz zaczął się nim czujniej przyglądać, jakby wywęszył kłopoty, chociaż jak na razie zdania wypowiadane przez mężczyzn nie brzmiały jakoś nadzwyczajnie negatywnie, zaczepialsko, ale nie było jeszcze wulgaryzmów, gróźb i ostrzeżeń.
// No za cholerę nie mogę się skupićRandolph Varmus - 2014-07-07, 00:40 Za stary już był na pewne rzeczy – tak samo jak i konserwy czy mięso, kończyła się randolphowa przydatność do spożycia. Strach wychodzić z nim już na piwo; bo co rusz jakieś problemy. A on bynajmniej nie miał zamiaru pozwalać komuś, na robienie ze swojej osoby „cholernego skurwiela” czy „panicza”. Fakt, nie był jakoś specjalnie miły, bynajmniej nie z własnej woli, ale do miana skurwiela, sukinsyna czy sukinkota jeszcze mu dużo brakowało.
Tak czy siak; słowa Natashy rozpłynęły się w powietrze, rozprysły jak bańka mydlana. Nie miały już w ogóle znaczenia. Pragnął wyciągnąć z niej jeszcze więcej informacji na temat Sergeja, ale z racji, że sytuacja temu nie sprzyjała, należało zmienić taktykę, czy raczej powrócić do swojego naturalnego zachowania. Z racji, że był kulturalnym mężczyzną, stosującym się do zasad jakie kreślił savoir vivre, kolejno wykonywał każdy z podpunktów wymaganych w „szkole dobrego wychowania”. Po pierwsze; interesuj się szczerze ludźmi. Ran utkwił swój bystry, choć przymglony wzrok w postaci agresora – naprawdę, szczerze i od serca się nim interesował. Oceniał jego wagę, wzrost, i długość rąk. Bokserem zawodowym to ten nasz Varmus nie był, więc na popisy al’a Kliczko czy Adamczyk, nie ma co liczyć.
- Cholerny – możliwe, że i tak, ale żeby skurwiały to nie sądzę. – burknął po krótkiej chwili spełniając kolejny podpunkt; uśmiech. Więc i się uśmiechnął. Jadowicie i niechętnie, ale to zrobił. Wiedział, że szanse ma marne, z jednej strony cieszył się, że partner wstawił się za nim, ale z drugiej, był na niego tak żywnie wkurwiony, że miał ochotę przypieprzyć bardziej jemu niż osiłkowi od „niewiernej Nataszki”.
- Łoho… No nie wierze, kto się za mną stawił. – chrypnął spoglądając z głębokim wyrzutem na Chernienka – Co wyrzuty sumienia może zaczęły podgryzać? – dodał, spokojnie podnosząc się z krzesła. Nadszedł czas na trzeci punkt; pamiętaj, że dla każdego nazwisko jest najsłodszym i najważniejszym z dźwięków; wypił piwo, fakt, wypił kielicha, to też fakt. Bomba mu siadła? Leciutka. Brał leki ostatnimi czasy na pewne problemy związane z psychiką, a po połączeniu alkohol – leki nigdy nie działo się nic dobrego. Po tym jak wstał, z niebywałą gracją pchnął kuflem w bok, rozpierdalając go na podłodze. – Pierdole Ciebie i Ciebie… a Ciebie nie. – warknął kolejno spoglądając na Serga, byka bez karku i Natashe. – Pierdole to miejsce, pierdole parszywego ochroniarza i całe to pierdolone miasto. – dodał po krótkiej pauzie, prostując się, napełniając płuca stęchłym, barowym powietrzem. Punkt czwarty; bądź dobrym słuchaczem, zachęcaj innych by opowiadali o sobie.
- Może ma mi ktoś coś jeszcze do powiedzenia, czym się zainteresuje a o czym nie wiem jeszcze? Z wielką, nie… nie z wielką… z zajebistą chęcią tego wysłucham. – podniósł już nieco ton, rozkładając delikatnie dłonie na boki, unosząc subtelnie ramiona ku górze, przeskakując oczyma to z twarzy swojego partnera, to na twarz osiłka. I na tym kroku przystanął. Porządnie ścisnęło Varmusowi gardło. Szczęka zacisnęła się, a gorejące oczyska przymrużyły.
Wiedział, że szykuje się mordobicie, wiedział też, że jeżeli teraz stąd wyjdzie to już tutaj nie wróci. Prawdziwy galimatias rozpoczął się pod jego bujną brunatną czupryną. Zastanawiał się czy pospolicie nie wrócić na łono matki… I nie ważne, czy natury czy do Julii Kanadyjki.Sergei - 2014-07-13, 19:39 Pomińmy ostatnie paręnaście myśli Rosjanina, to raczej nie jest nam do przeżycia potrzebne. Odetchnął głęboko, próbując się uspokoić, a ręce, które z nerwów zaczęły się trząść, zacisnął w pięści. Odwrócił głowę, by spiorunować swojego partnera spojrzeniem, chyba po raz pierwszy od dawna było ono nieprzystępne, twarde i bynajmniej nie było w nim typowego dla niego spokoju oraz rozbawienia. Otworzył usta, by coś powiedzieć, po czym tylko pokręcił głową i obrócił się w kierunku potencjalnego przeciwnika, zapominając, że koncentrując się na Randolphie stracił go z oczu. Czyli w sumie zdążył tylko dojrzeć krzesło, które najwyraźniej zmierzało w stronę jego głowy. Zaskoczony odskoczył do tyłu i oczywiście poczuł opór pod postacią pana Varmusa, tak więc noga krzesła rąbnęła go w szczękę. Nie był to mocny cios, blondyn chciał tylko dać jasne ostrzeżenie, ale Rosjanin stracił równowagę i w dość nieprzyjemny sposób runął na krzesła plecami. Potrząsnął rozdrażnione głową, czując, że teraz na sto procent skończy się to rękoczynami. Kto jak kto, ale Sergei bynajmniej nie przejął się ostrzeżeniem, ba, potraktował to jak wyzwanie, a wiadomo, że był jaki był... Zerwał się z miejsca niczym oparzony, nie myśląc w sumie za wiele oprócz tego, że nigdy więcej nie wyjdzie z Kanadyjczykiem do klubu, ba, że w ogóle przez najbliższy tydzień nawet słowem się nie odezwie (co nie było możliwe, ponieważ miał się z nim wybrać do Kanady, ale cholera wie, jak się to skończy po dzisiejszym dniu). Albo po prostu stwierdzi, że jak mężczyzna nie chce gdzieś iść to niech mu to do cholery jasnej słownie powie. O ile rzecz jasna dzisiaj wylądują w tym samym domu, bo póki co średnio to wszystko wyglądało. Rosjanin... jak to Rosjanin nie patyczkował się i po prostu rzucił całym ciałem na przeciwnika, mierząc się w nim teraz tak naprawdę w zwarciu. A co do Randolpha... cóż, Serg w pewnym momencie cofnął się w bok, przez co blondyn ruszył w przód. Mężczyzna obserwował go przez chwilę, podejrzewając, że teraz będzie chciał się być z Kanadyjczykiem. Zacisnął wargi w wąską kreskę, w porządku, niech tak będzie. Jeśli Varmus nie chce jego pomocy, to w porządku, wtrąci się jeśli będzie trzeba... ale wewnętrzne poczucie przyzwoitości jednak go ruszyło i gwizdnął cicho, chcąc, by Jayden się pośpieszył. Prościej. Ale i tak ich obserwował, a na brunetkę łypnął wzrokiem pełnym współczucia.Randolph Varmus - 2014-07-13, 21:50 Mężczyzna był po prostu zdruzgotany. Jak to napisał Paulo Coelho; ,,zdrada to cios, którego nie oczekujesz". I faktycznie, nie spodziewał się tego ciosu...tego ani następnego. Czując na sobie ciało szatyna, spojrzał na niego ukradkiem, odruchowo. No właśnie; głupi odruch, a jakie poniósł za sobą konsekwencje. Ran nigdy nie pozwalał sobie pomagać, nigdy nie korzystał z oferowanej pomocy. Tak więc i teraz został sam. Z całego rozgardiaszu wyrwał go dopiero cios wymierzony prosto w kość policzkową. Fakt, odrzuciło go na chwilę od przeciwnika - i fakt, zdziwiło go narastające tempo jatki. Zapomniał już jak używa się pięści i do czego służą po za pracą. Także zamiast rąk, do obrony posługiwał się nogami. Silnymi, długimi, wystarczająco sprawnymi. Lata jazdy konnej robiły swojej, praca z ciężkimi przypadkami zwierząt, jak i uciekanie z różnych przyczyn - również. Nie mając czasu na zebranie krwi z kącika ust, która nazbierała się tam z rozciętego od wewnątrz policzka, który zagryzł przy uderzeniu, wycelował stopą jak tylko mógł w piszczel albo i kolano byka, który pchany furią raczej nie tracił na sile. Nie wiele miał czasu na zastanawianie się nad tym, jak ma go uderzyć, żeby poskładał się jak na zawołanie - nie było też takiej opcji; facet miał trochę mięśni, a w tak wielki, nieczuły wór ciężko bić z jakimkolwiek efektem. Znajdując środek równowagi, zatoczył się, odchodząc lekko w bok. Mruknął coś przeciągle pod nosem, kląć po francusku jak szewce. Odnalazłszy spojrzeniem partnera, spiorunował go nim, dając do zrozumienia, że z nim policzy się później. Teraz jego myśli zaprzątał jedynie osiłek, który zatoczywszy się tak samo jak i Varmus, musiał złapać oddech. Cóż, każdy się męczy, rzecz ludzka.
Przez myśl trzydziestolatkowi przeleciała jedynie myśl - jak on się u matki z obitą mordą pokaże. No nic, tak jakby nigdy wcześniej jej nie okłamywał. Tym razem będzie musiał cofnąć się do tego samego wykrętu.Sergei - 2014-07-13, 23:06 Rosjnian potrząsnął głową, widząc, że Randolph zareagował z lekkim opóźnieniem. Przejechał językiem po kąciku warg, tam, gdzie noga od krzesła przejechała nieco mocniej, w dalszym ciągu uważnie obserwując starszego mężczyznę. W pewnym momencie złożył ramiona na piersi, zagryzając język i odpowiadając twardym spojrzeniem.
Nie chcesz pomocy? Twoja sprawa, mam dosyć odgadywania twoich myśli i późniejszych wyrzutów.
Cóż, wiadomym było, że ich dzisiejsze wyrzuty toczone w myślach były przesadzone, zarówno przez jednego i drugiego, to, co pochopnie powiedzą, potem będą żałować i przepraszać. Ale umysł ludzki to zadziwiająca machina. Jak ruszy lawina zdarzeń, nijak to wszystko zatrzymać, bo pojawia się adrenalina, instynkt i cała cholerna reszta tego wszystkiego. Tak czy owak osiłek bynajmniej nie zamierza zbyt długo odpoczywać, w końcu co taki paniczyk mógłby mu zrobić? A pewnie dużo, jednak on nie brał tego pod uwagę. Nie zauważył, że jego przeciwnik był znacznie bardziej opanowany i teraz zaczął myśleć.
Brawo, Ran.
Blondyn rzucił się do przodu, wyprowadzając cios skierowany na podbródek Rana, by zaraz potem prawą dłonią próbować uderzyć go w skroń. Dwa ciosy, dosyć szybkie. Serg zesztywniał, czujnie wpatrując się w wydarzenia, dopóki po paru minutach (pole popisu dla wyobraźni userki Varmusa ) nie poczuł ręki na swoim ramieniu. Łypnął na bok i dostrzegł ochroniarza, który kręcił w dezaprobacie głową.
- Zabieraj swojego towarzysza, ja się zajmę blondynem. Zakaz wstępu na dwa tygodnie, Rusie cholerny, zadzwoń potem, czy ty i twój kolega jesteście cali – prychnął, nie potrafiąc uwierzyć w całe to zdarzenie... patologia, ale to nic nowego.
Serg omiótł widownię bójki niezbyt przyjemnym spojrzeniem, po czym pojawił się na drodze Randolpha. Ewentualny cios po prostu przyjął na siebie, podczas gdy ochroniarz zajął się wcześniejszym przeciwnikiem. Złapał partnera za nadgarstki i przyciągnął szarpnięciem do siebie.
- Zmywamy się, teraz - rzucił, ciągnąc go za sobą, zmawiając krótką modlitwę, by z szarpaniną zaczekał do domu.Randolph Varmus - 2014-07-13, 23:44 Ran w duchu cieszył się, że więcej nie wypił, bo od tego zamieszania, ruchu, nagłych zwrotów, puściłby pewnie pawia. Z zawirowania myśli, natłoku pytań i przemyśleń, które wybrały sobie idealny moment na pogoń - Varmus obudziła zbliżająca się pięść. Zdążył zareagować? No nie zdążył. Przyzwyczajony jednak do obrywania, czy to z kopyta, czy to z różnych ciekawych przedmiotów, kolejny cios nie był dla niego żadnym zaskoczeniem. Nieco ociemniały po podbródkowym, splunął krwią na ziemię, tyle co zdążył złożyć się w pół i oprzeć sobie na barku byczka. Czując jego ciężar na swoim ciele, huknął powietrzem z wydętych policzków, i po krótkim namyśle wymierzając hakowaty cios prosto pod żebra przeciwnika. Varmus nie mając ochoty dłużej robić jako podpórka, odepchnął go od siebie, na ile mu siły starczyło. Klnąc bez opamiętania, miał zamiar wyprowadzić końcowy cios, końcowego kopniaka, jako zwieńczenie tego spotkania - ale pojawił się Czerwony. Skrzywił się na szarpnięcie - prawie nie wyrwał mu wiotkich łap z zawiasów. Nie sprzeciwił się jednak. Faktycznie ta cała sytuacja w pubie nie miała już najmniejszego sensu. Zszedł grzecznie po schodach, po drodze co jakiś czas wycierając twarz w dłonie, zbierając na nie pot i krew. Dopiero za bramą odezwał się do Serga, sunąc powoli za jego plecami. Ani trochę mu się nie śpieszyło. Bursztyny nabrały nieprzyjemnego, gorzkiego wyrazu. Z koloru miodu, przeszły w zimną choć złotą barwę, jakby żelazo przetoczyło się przez jego źrenice. Varmusowy język napuchł w ustach Kanadyjczyka. Z gniewu, z żalu, z rozczarowania. Kiedy się denerwował zachowywał się jak dzieciak - tak i teraz. Podniósł z ziemi mały kamyk i rzucił nim z pełnego rozmachu w plecy partnera, oczywiście dozując siłę jaką w te działanie wkładał. Nie chciał mu przecież wyjebać dziury na wylot...
- Może należą mi się jakieś wyjaśnienia, hmm? - rzucił przypominając o swojej obecności, zaraz to zaostrzając ton - Czy lepiej wrócić do pierdolonego domu, wtulić się w zasraną kołdrę i mieć dalej wszystko w dupie, bo tak jest lepiej? - zatrzymał się na jezdni po której się poruszali i skrzyżował ostentacyjnie przeguby rąk na piersi.Sergei - 2014-07-13, 23:58 Gdy poczuł uderzenie kamyka syknął, odwracając się gwałtownie i mierząc partnera nieprzyjemnym spojrzeniem. Otaksował go wzrokiem, a widząc tak zwaną "postawę zamkniętą" potrząsnął głową.
- Jakie, do kurwy nędzy, wyjaśnienia, Varmus? - rzucił gwałtownie - i wybacz, skarbie, ale to nie ja uciekam od problemów, nie obrażam się jak dziecko i nie zmuszam ludzi, by czytali my w myślach albo wyrywali jakiekolwiek słowa z gardła!
Już sam fakt, że zaczął mówić do Kanadyjczyka po nazwisku potwierdzał, że dzisiaj bynajmniej nie skończy się to wszystko zwykłym "przepraszam"... plus do tego Rosjanin jawnie poruszył sytuację, gdy Randolph zniknął świeżo po tym, jak wyraził chęć na zamieszkanie razem z nieokrzesanym Rusem.
Serg potrząsnął zresztą po chwili głową, po czym obrócił się na pięcie.
- Nie będę robił cholernych burd na ulicy, żeby nas zgarnęła policja - parsknął, ruszając przed siebie - pogadamy w domu, jak tak bardzo zależy ci na jakiś informacjach.
W jego ton wkradła się ironiczna, kpiąca nuta. W sumie teraz wysłannik carycy Katarzyny II, jak też nazywał go kiedyś Kanadyjczyk zdawał sobie sprawę z bzdurności całej tej awantury w klubie. Zacisnął wargi w wąską kreskę, po raz pierwszy od dawna lekko się garbiąc. Zwolnił, zatrzymał się, czekając na odpowiedź, kolejny kamyk albo kroki, które mógłby za sobą usłyszeć. Ścisnął palcami skrzydełka nosa, próbując się uspokoić, przeczuwając, że zaraz to wszystko potoczy się bynajmniej nie po jego myśli. A nie zamierzał drzeć się na partnera na ulicy, cholera jasna, nie potrzebni mu byli gapie.
Jeszcze tylko paręnaście minut i będą w domu, będą mogli spokojnie pogadać, wyjaśnić to sobie... a świnie zaczną latać.Randolph Varmus - 2014-07-14, 00:40 Słysząc jadowite słowa sączące się spomiędzy warg Rusa, automatycznie wykonał dwa kroki w tył, zwiększając dystans jaki ich dzielił. Był już obolały pod każdym względem - nawet odłamki poszczególnych wyrazów, wyłapywane mimochodem, rykoszetem trafiały w jego ciało.
- Naprawdę? - chrypnął jedynie, z gorzkim uśmiechem wymalowanym na wargach. Z upływem każdej milisekundy na miejsce rozwścieczenia, wskakiwało nowe uczucie, bardziej przytłaczające i miażdżące Varmusa; smutek, żal, fatalna boleść. Ale ani na chwilę wyrzuty sumienia. To co usłyszał, to z czym się skonfrontował, było tak prawdziwe i tak jednoznaczne, że bez najmniejszego zawahania wchłonął te informacje w siebie jak grzyb promieniowanie jądrowe w Czarnobylu. Dopiero teraz zaczął odczuwać ból po bójce. Skrzywił się na moment, zaraz to jednak pozwalając skórze na twarzy wygładzić się.
- Wkurwia mnie już Twoja postawa, Serg! - wyrzucił w końcu z siebie, ściskając mocniej szczękę, pozwalając żwaczom poruszyć się niespokojnie. - Wszyscy są źli, tacy niedobrzy, tylko ty kurwa jesteś idealny! - przerwał nagle swoje wypociny, nie dopuszczając się do głosu w momencie, kiedy wiedział, że głos zaczyna mu się niemiłosiernie łamać. Fakt, Rus tak czy siak na pewno wyłapał tą drobną anomalię w głosie Kanadyjczyka, ale ten, dalej zgrywając bardziej wkurwionego niż zdołowanego, zignorował dalsze słowa swojego partnera. Nie chciał już tracić na niego dłużej swojej siły, której wskaźnik drastycznie zaczął opadać w szeroką, zimną przepaść.
Dłonie Varmus poruszały się nerwowo po kieszeniach spodni. Kiedy nie udało mu się wymacać fajek, skręcił do sklepu, stojącego zaraz przy ulicy po której poruszali się Ci dwaj nieszczęśnicy. Drogę do domu znał, niech się Komuch nie martwi, że jego partner z demencją starczą się zgubi. Ran, niczym wyprowadzony pocisk z automatycznej broni, dobrnął do swojego celu, raz dwa załatwiając sprawę z troszeczkę zdezorientowaną sprzedawczynią. Grzecznie zapłacił, podziękował i już za progiem kramu odpalił papierosa, zaciągając się głęboko. Puchate kłęby dymu, gęstego, bardzo mięsistego wypuszczał przed siebie. Bursztynami powodził cały czas po sylwetce trzydziestolatka przed sobą, szurając za nim bez większej ochoty na cokolwiek. Bez motywacji do czegokolwiek.Sergei - 2014-07-14, 20:53 Zamknął oczy, po czym policzył bardzo cicho do dziesięciu, usiłując odzyskać nad sobą kontrolę. Uda mu się, uda mu się, uda mu się... odwrócił się ponownie w kierunku starszego mężczyzny, zaciskając dłonie w pięści tak, że aż mu pobielały knykcie.
- DokurwynędzyRandolph! - wycedził przez zęby - gdybym był idealny, to nie byłoby tej bójki w klubie, nie prowokowałbym tego blondyna, nie namawiał ciebie do pójścia do tego cholernego pubu, nie kłóciłbym się z tobą co trzeci dzień i nauczyłbym się w końcu czytać tobie w myślach. A teraz bądź na tyle uprzejmy i rusz dupę z tej cholernej ulicy, bo nie zamierzam tutaj się z tobą przekrzykiwać.
Powiedział to zadziwiająco wyraźnie jak na fakt, iż zęby miał zaciśnięte aż do bólu. Zmęczony, rozdrażniony i lekko pijany, czemu nie można było zaprzeczyć ruszył ponownie przed siebie, co jakiś czas łypiąc do tyłu, czy jego partner przypadkiem się gdzieś nie zgubił. Z jednej strony chciał do niego podejść i jakoś to załagodzić, z drugiej strzelić w szczękę, a z trzeciej po prostu miał ochotę zacząć wrzeszczeć i wyżywać się na jakiejś ścianie. Zamknął oczy, na oślep podążając w stronę ich, aktualnie, wspólnego mieszkania.
ztAnne Howard - 2014-08-11, 19:03 W taki czy inny sposób panienka Anne dotarła na drogę w górę. O nie, jeszcze do nieba nie zamierzała w taki czy inny sposób się dostać. Klnąc swoje szpiki cicho pod nosem pokonywała stopień za stopniem, oddychając z widoczną ulgą u szczytu wędrówki. Z werwą otworzyła drzwi, rozglądając się przy okazji po całym lokalu. Tak naprawdę nie było tu czegoś takiego, co by dostatecznie przykuł jej uwagę. Spokojnie usiadła przy barze, witając i tak znudzonego barmana. Znał ją bardzo dobrze, ponieważ niemal każdą wolną chwilę spędzała właśnie tutaj.Mirabell - 2014-08-11, 19:11 Ann miała szczęście, że Mirka było w pobliżu. Nie musiała, więc na nią jakoś dość długo czekać. Wyjęła z przedniej kieszeni od spodni swojego srajfona i spojrzała na godzinę ile to ona szła. Wypuściła powietrze. Tak jest! Dobrze, że wybrała jednak boczną uliczkę! Zgrabnie wchodziła po schodach. O dziwo nie marudząc. Cwaniara dzisiaj wybrała swoje wygodne, acz już starte trampki. Przekraczając próg pubu, obie ręce włożyła do kieszeni, a na twarzy pojawił się niewielki uśmiech. Kroki zmierzyła do kolorowłosej. Usiadła obok niej, zwróciła się jeszcze do barmana po jakiś sok.
-Co tam? Jak tam?-zapytała się jakby nigdy nic.Anne Howard - 2014-08-11, 19:21 Userka Anne ostrzega, że dzisiaj ma jakiś strasznie radosny nastrój i niektóre posty mogą wyglądać tak, jakbym w czasie ich pisania coś ćpała. Między smukłe palce dziewczęcia trafiła szklaneczka ognistej whisky, jak to lubiła ją bardzo nazywać w te wieczory, kiedy była sama w domu. Upiła pokaźny łyk, przez chwilę wolną dłonią grzebiąc w kieszeniach. Nikt jej nie okradł, ufff. Drgnęła mimowolnie, dostrzegając dziewczynę o różowej czuprynce, która dosiada się obok niej. Miraa. <3
- Nudno. Nie licząc tego, że mam czasami wszystkiego i wszystkich dość, to czas leci spokojnie- mruknęła w odpowiedzi. Od dawna miała ochotę na spotkanie z bratem, ale co z tego, że tym razem to ona rozpłynęła się na kilka tygodni w powietrzu i nie dawała znaku życia? Plus nie mogła go znaleźć, a szukała zawzięcie każdego wieczora po najlepszych miejscówkach w mieście. Zaszył się tak skurczybyk jeden, że go biedna znaleźć nie mogła. Pewnie ma pelerynę niewidkę.
- A u ciebie? Pewnie wyrywałaś jakichś przystojniaków, od co- zachichotała, dając jej kuksańca w bok.Mirabell - 2014-08-11, 19:37 To się cieszę, bo ja jakoś dzisiaj nie jestem w humorze, więc miejmy nadzieję, że jakoś mi się poprawi dzięki Tobie :D. A no i muszę wspomnieć, że jakoś długo nie pisałam i muszę się wkręcić w Mirosławe ;3.
Poprawiła się na krześle barowym, bo jednak tak na tym brzegu nie wygodnie było . Nie musiała długo czekać, gdy usłyszała cichy brzdęk szkła, o blat barku. Podziękowała barmanowi lekkim uśmiechem. Szkło złapała w rękę i upiła kilka łyków. Co się dziwić. Było gorąco, a dziewczynie chciało się pić . Spojrzała zaraz na szklankę Howardowej. Alkoholik!<3
Zaśmiała się cicho, jednak nie miało to żadnego dziwnego wydźwięku. Po prostu zrobiła to ot tak. Przyjrzała się zaraz jej włosom. Chyba na imprezie u Bastiana takich nie miała albo mam już tak zwaloną pamięć, że nie pamiętam xd. Jednak tak czy siak wiedziała, że Ann chciała się do niej upodobnić <3.
-Hmm... no to chyba dobrze.-oznajmiła, wzruszyła ramionami. Zamilkła na chwilę zastanawiając się co może jeszcze powiedzieć, jednak jak zwykle nie wiedziała co powiedzieć. A pytanie "co tam" zawsze należało do tych uniwersalnych! Czy mi się tak po prostu wydaję?
Czipa jakiegoś mu wczep i będziesz wiedzieć gdzie jest o każdej porze dnia i nocy .
-U mnie?-zamyśliła się na chwilę, znów sącząc swój sok. Ruszyła też śmiesznie w górę brwiami raz czy dwa słysząc jej zdanie o przystojniakach.-Widzisz jak Ty mnie dobrze znasz. Jednak powiem Ci, że jakoś ostatnio nie ma żadnych fajnych ... -zażartowała sobie tak jak i ona. Zaśmiała się znów tym razem nieco głośniej.