To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Orchard Stable
Najlepsze jeździeckie forum PBF!

Hala - Duża hala

Papillon Rouge - 2019-12-04, 14:50

Pierwszych zatrzymań również nie dało się zaliczyć do całkiem udanych - choć dzięki kilku czy kilkunastu minutach poprzedzającej ich pracy Papillon nabrała nieco wprawy i, przede wszystkim, stała się uważniejsza wobec tego, co miała "do powiedzenia" Mia, ekscytacja mimo wszystko brała górę. Izabelowata zatrzymywała się więc natychmiast, nawet od najlższejszego sygnału, miała jednak poważny kłopot z ustaniem w miejscu - bywało, że nie zdążyła nawet dostawić porządnie ostatniej nogi, a już mocniej wchodziła w wędzidło, na siłę starając się ruszyć stępem. Naturalnie, rozwiązanie tego problemu nie było niemożliwe; przy odrobinie cierpliwości i konsekwencji, nad emocjami kobyły dało się jako-tako zapanować, przynajmniej na tyle, aby utrzymać ją w nieruchomości chociaż na tą symboliczną sekundę czy dwie, bo wysoki poziom energii stanowczo nie zezwalał na wystanie w miejscu chwili dłużej. Podczas pracy na łukach zdawała się z zadowoleniem korzystać z pewnej ilości swobody, jednocześnie nie usiłując jej nadużywać. Pozostając zgięta i powoli nabierając na elastyczności, głowę niosła nieco powyżej klatki piersiowej, jeszcze niegotowa na niższe lub bardziej konkretne ustawienie. Tak naprawdę to właśnie praca w zgięciu zaczęła wreszcie prowokować bardziej konkretne odpowiedzi ze strony Papillon - pomimo nadal widocznego, teraz już nieco mniejszego rozproszenia, zaczęła nieśmiało przeżuwać kiełzno. Praca na prostych nieco pomogła jej w odnalezieniu należytej równowagi; idąc wzdłuż śladu i coraz intensywniej żując wędzidło, zaczęła nieznacznie wydłużać szyję, oczywiście o ile było jej dane. Przy tym zaskakująco nie straciła na wcześniej wypracowanej sylwetce, nadal na tyle pracując zadnimi nogami, aby dokraczać nimi pod kłodę. Kolejne zatrzymanie, wprowadzone po chwili zdecydowanie angażującej pracy, było zdecydowanie bardziej udane: Papi odpowiedziała bez chwili zawahania, również nie kręcąc się, przynajmniej do czasu. Trzepoczące materiały w jej wypadku nigdy nie sprzyjały cierpliwości, więc sam moment ściągnięcia derki przeżywała aż za bardzo, w pierwszym odruchu wykonując nerwowe dwa kroki w bok. Nietrudno było jednak o powrotny spokój, który pięciolatka zachowała również podczas zakłusowania, pierwszy krok akcentując entuzjastycznym podrzuceniem łba. Natychmiast narzuciła aktywne, nieco pospieszne tempo, dopiero wraz z pokonaniem pierwszych metrów odnajdując równowagę.
Mia - 2019-12-04, 20:56

Kluczem do sukcesu miała być wytrwałość i sumienność w powtarzaniu ćwiczeń, tak więc Alight nie zrażała się tym, że początkowo zatrzymania nie wychodziły tak, jakby tego oczekiwała. Rzecz jasna po takiej przerwie mogła najpierw przelonżować Papillon celem zbicia nadmiaru jej energii, ale znała już ją na tyle, żeby móc przypuszczać, że nie dojdzie między nimi do większego spięcia. Dlatego nie próbowała na siłę przytrzymywać jej w miejscu po zatrzymaniu, ale za każdą chwilę nieruchomości chwaliła ją entuzjastycznie, klepiąc także po łopatce.
W kłusie miało być już nieco lepiej, chociaż początkowe spieszenie się wytracić miały na jednym z kół, na którym dla izabelowatej zwyczajnie nie byłoby to już tak wygodne. Także podrzucanie głową czy inne elementy ekscytacji Mia dzielnie znosiła, spodziewając się, że prędzej czy później te emocje z niej zejdą, a lepiej, żeby dawała im upust w trakcie rozgrzewki niż treningu właściwego. Z czasem jednak zaczęła zajmować jej głowę coraz bardziej wymagającymi zadaniami. Początkowo miały być to koła o zmniejszających się średnicach, dążących do dziesięciometrowych wolt, do których potem zaczynała dokładać elementy z ustawieniem głowy do zewnątrz. Przy tych wyraźnie i starannie pracowała nad utrzymaniem stałego i niezmiennego kąta wygięcia, odpowiednio manewrując zewnętrzną i wewnętrzną wodzą. Na czas większości okręgów wracała w siodło dla lepszej kontroli nad pracą ich obydwu, przy czym pamiętała też o konieczności zmiany nogi, na którą anglezowała w trakcie zmian kierunku jazdy.
Jeśli Papillon wydawała się być już w miarę rozluźniona i skupiona, brunetka wykorzystała woltę o średnicy 10 metrów dla wprowadzenia kolejnego ćwiczenia, jakim miała być łopatka do wewnątrz. Zakładając, że wykonywały okrąg w prawo, to tą samą łydką przyłożoną do popręgu utrzymywała wygięcie w kłodzie, ramionami i łopatkami płynnie podążając za ruchem konia. Za zakończeniu koła utrzymała ją w tym samym zgięciu, nieco mocniejszym działaniem łydką egzekwując poruszanie się wzdłuż ściany hali. Stały kąt utrzymywała stabilną zewnętrzną wodzą, drugą z kolei napinała i rozluźniała, umożliwiając kobyle swobodny ruch po trzech śladach. Uzyskawszy kilka satysfakcjonujących kroków, wyprostowała ją i pochwaliła.

Papillon Rouge - 2019-12-04, 22:20

Rzeczywiście, koła miały być bardzo trafionym rozwiązaniem na problem nieregularnego przyspieszania, które próbowała uskuteczniać Papi w pierwszych minutach kłusa. Choć z natury była koniem potulnym i raczej posłusznym, z początku próby wejścia na łuki w obliczu tego chaotycznego, pospiesznego tempa wywołały w niej raczej dość negatywną reakcję - usztywniona w szyi w nieuporządkowany sposób kroczyła wzdłuż wytyczonego rysunku, całkiem niezainteresowana pracą i wpisaniem się w figurę, okazjonalnie nawet tuląc uszy w geście swojej dezaprobaty względem takich prób zmiany jej planów. Być może był to bezpośredni objaw jej końskiej młodości; w końcu nie byłaby inteligentnym wierzchowcem, gdyby choć raz nie spróbowała sprawdzić, na ile może sobie pozwolić. Szczęśliwie, wytępienie tego krótkiego buntu nie miało zająć długo - każde kolejne koło i dyskomfort jaki wiązał się z próbą kłusowania po łuku w wyprostowaniu sprawiły, że nie dość, że prędzej czy później odnalazła właściwe, regularne tempo, to także zaczęła wyraźniej puszczać w usztywnionej od momentu zakłusowania szyi. Rzeczywiście, w ciągu tych kilku niedługich minut wszystkie emocje jakie wywołało w Papillon zakłusowanie odeszły w niepamięć i jedynym, co tak naprawdę mogło realnie wpływać na jakość jej pracy, była pracująca obok para, której nadal chcąc nie chcąc poświęcała jakiś ułamek swojej uwagi. Jakość wykonywanych przez izabelowatą elementów, tak jak i w stępie, zwiększała się stopniowo - ostatecznie wróciły do punktu wyjścia, to znaczy tego, co udało się już Mii wypracować podczas rozstępowania, tak więc wreszcie pojawiła się okazja do faktycznego "rzeźbienia". Ciaśniejsze łuki, choć z początku nieco problematyczne, wywierały na Papillon presję by zachować bezwzględne skupienie i przy tym mieć nieco większą świadomość swojego ciała; brak takiej świadomości objawiał się choćby tym, że pierwsze próby zmniejszenia średnic tych wszystkich kół kończyły się lekką utratą równowagi czy zaburzeniami rytmu kłusa, ale wspierana przez odpowiednie pomoce ostatecznie zawsze znajdowała sposób, aby sobie z tymi prostymi zadaniami nienagannie poradzić. Taka praca wkrótce okazała się bardzo owocna, bo już chwilę później nawet wprowadzanie trudniejszych elementów nie przysparzało już takich kłopotów i nie wiązało się z utratą czegokolwiek - ani rytmu, ani równowagi, ani tym bardziej skupienia. Naprzemienne łuki i proste, tak jak i w stępie, pomogły pójść o krok dalej w kwestii rozluźnienia: tym razem Papi nieśmiało szukała już oparcia na kiełźnie, mając jeszcze momenty, w których coś wybijało ją z powoli wypracowywanego ustawienia, ale zdolna nawet i na dłuższy moment znaleźć równowagę na oferowanym przez właścicielkę stabilnym kontakcie.
Wejście na którąś z kolei woltę nie przysporzyło Papillon kłopotów - aktywnie kłusowała wzdłuż wytyczonego rysunku, dużo wyraźniej niż wcześniej dokraczając zadami, zgięta nie tylko w szyi, ale również w grzbiecie, tym samym nienagannie wpisując się w łuk. Ponieważ następny element nie był jej całkiem obcy, z pierwszym podejściem do łopatki poradziła sobie całkiem przyzwoicie. W pierwszej chwili nie do końca zrozumiała intencje właścicielki, gotowa pozostać na wolcie, ale wyraźniejsze działanie łydki wystarczyło, aby zachęcić jej do ruchu wzdłuż ściany. Tutaj siłą rzeczy nieco straciła na tempie, ale za to wykazała się pełną swobodą ruchu, wbrew temu, czego można było się po niej spodziewać nie tracąc na rozluźnieniu i zachowując pełną sprężystość podczas pokonywania tych kilku metrów.

Jessie - 2019-12-05, 00:38

Ukryj: 
Abaddon napisał/a:
Równe anglezowanie kobiety pomogło mu w odnalezieniu rytmu, w którym również łatwiej było mu odzyskać równowagę i przenieść ciężar ciała bardziej w tył, co było zamierzonym przez nią celem. Powrócił także do wcześniejszego ustawienia, opuszczając i rozluźniając bardziej szyję.
Pochwała głosowa nie umknęła jego uwadze, co okazał skierowaniem ucha w stronę Jessie, wsłuchując się w jej głos, a jego ton wskazywał mu to, że jest z niego zadowolona. System nagradzania czy karania na takim poziomie wyszkolenia pomagał mu w nauce, stopniowo utrwalając w głowie, co jest dobre, a co złe.
Wjeżdżając na obszerne koło, nie tracił na aktywności kłusa, a jedynie, do czego można było się doczepić to niedostateczne wygięcie się, spowodowane nieco zbyt lekkim działaniem wewnętrznej łydki, na którą ogier nie był aż tak mocno wrażliwy, jak większość młodych koni. Wróciwszy na ścianę, wyprostował się i wkrótce odebrał serię półparad, która zwiększyła jego skupienie i dodatkowo rozluźniła go przed następnym ćwiczeniem. Niezbyt mając ochotę zwalniać, co było tylko i wyłącznie jego widzimisię. Momentalnie się pospinał, co także odbiło się na jakości przejścia.


Zauważając, że koń raczej opornie reaguje na zginanie od wewnętrznej łydki, kolejnym razem uprzedziła go o nadchodzącym kole wyraźniejszą półparadą, po czym już wjeżdżając na figurę, mocniej zadziałała łydką, a wewnętrzną wodzą subtelnie poprosiła o mocniejsze zgięcie w kłodzie. Jeśli uzyskała lepszy efekt, ponownie nagrodziła Abaddona głosem i wjeżdżając na ścianę, wyrównała kontakt i wyprostowała konia w łydkach.
Poważniejszym problem okazało się jednak przejście, a raczej to, jak ono wyglądało. Ostatecznie co prawda udało jej się przejść do stępa, ale co z tego, skoro koń znowu był cały pospinany; od razu zaradziła temu półparadami i dojechaniem konia do ręki dosiadem oraz łydkami, po prostu przejeżdżając go przez kontakt by móc wrócić do punktu wyjścia i ponownie zakłusować. Na początku niestety musiała się liczyć z tym, że ogier będzie niestabilny na kontakcie i często będzie się usztywniać, więc praktycznie cały czas coś robiła, mimo iż z boku zupełnie tak to nie wyglądało. Po kilkunastu krokach kłusa, ponowiła przejście, oczywiście znowu zapowiadając je półparadą, ale tym razem będąc gotową po prostu zamknąć rękę na wodzy na wypadek, gdyby Abaddon dalej ją ignorował i nie respektował prośby o przejście. Było to dość nieprzyjemne, ale powinno raz, a dobrze przypomnieć młodemu, że jeźdźca wypada jednak słuchać. Naturalnie Jess nie zapomniała przy tym o udziale pozostałych pomocy, głównie działając dosiadem.
Zakładam, że drugie przejście w związku z tym do dobrych także nie należało, ale chyba można przyjąć, że po takiej lekcji Abaddon kolejnym razem byl bardziej uważny i gdy Jess kontynuowała ćwiczenie przejść kłus-stęp-kłus, to za każdym razem były one trochę lepsze.

Mia - 2019-12-08, 15:46

Jeżeli Papillon dalej nie była skłonna współpracować z Mią w trakcie prób wygięcia jej na łukach, kobieta nie omieszkała użyć ostróg. Naturalnie wszystko miała robić w granicach zdrowego rozsądku, upominając Papillon najpierw mocniejszym sygnałem łydki, a dopiero potem wzmacniając to jeszcze końcówką ostrogi. Nie zapominała też o chwaleniu klaczy za jej posłuszeństwo, w szczególności, kiedy udało im się w końcu dojść do porozumienia. Nie siłowała się z izabelowatą, doskonale wiedząc, że to miałoby przynieść odwrotne efekty, a jedynie konsekwentnie ponawiała ćwiczenia, chcąc dojść chociaż do zadowalającego i satysfakcjonującego ją na ten moment poziomu. Efekty tego dostrzegała już po kilku minutach, co dawało jej nadzieję na to, że może nie będzie to tak zły trening, o jakim myślała zarówno przez wzgląd na pogodę, jak i roznoszącą klacz energię.
Została pozytywnie zaskoczona całkiem niezłym wykonaniem łopatki do wewnątrz, którego się jednak nie spodziewała przy pierwszym podejściu. Z tego powodu poklepała ją lekko po szyi po tym, jak już wyprostowała je na ścianie, zaraz kierując je na długą przekątną. Uważnie wyjechała narożnik, półparadą już przygotowując izabelowatą do lekkiego wyciągnięcia kroku na linii. W tym celu zamknęła łydki, natomiast nadgarstki przesunęła nieznacznie do przodu, wszystko wspierając mocniejszym wyjeżdżaniem dosiadem, które miało uruchomić jej zad, od którego cały ruch powinien się wywodzić. Przy tym wszystkim dbała też o swoją postawę w siodle, nie chcąc spowodować nią spływania na boki. Siedziała więc wyprostowana, z lekko ściągniętymi łopatkami i minimalnie odchylona do tyłu. Wraz z końcem przekątnej zaczęła ją skracać z powrotem do kłusa roboczego, przykładając dużo uwagi płynności obu przejść - zarówno do kłusa pośredniego, jak i roboczego. Alight zdążyła jednak poznać już talent Papillon do wyciągnięć, więc pozwolę sobie założyć, że z tym nie miały mieć takiego problemu. Skorzystawszy ze zmiany kierunku jazdy, powtórzyła jeszcze raz ćwiczenie z łopatką, tym razem w drugą stronę. Wszystko znowu rozpoczęła na wolcie, po której utrzymała izabelowatą w tym samym zgięciu, wyraźnie odsyłając na ścianę po trzech śladach, tym razem na nieco dłuższy odcinek.
Po tych elementach wprowadziła izabelowatą na jeszcze jedno, duże koło, na którym wraz z kolejnymi metrami zaczęła wypuszczać wodze spomiędzy palców, jednocześnie działając półparadami, aby zachęcić ją do wyciągnięcia głowy do dołu. Kiedy tylko zamknęły okrąg, a ona trzymała już za samą końcówkę wodzy, zwolniła ją do stępa przez wyraźne zblokowanie miednicy i dała jej chwilę w stępie swobodnym w ramach nagrody, chociaż tej raczej zmęczenie nie miało towarzyszyć jeszcze przez dłuższy czas. Po upływie dwóch minut zebrała wodze na taką długość, jaka była najwygodniejsza dla Papillon, z którą znowu zakłusowała. Jadąc wzdłuż ściany, bardzo subtelnie wyginała jej głowę do wewnątrz lub zewnątrz, bawiąc się wewnętrzną wodzą celem zapobiegnięcia uwieszania się na wędzidle.

Papillon Rouge - 2019-12-16, 17:15

Szczęśliwie nieposłuszeństwo Papillon kończyło się tam, gdzie zaczynała się stanowczość dosiadającego jej jeźdźca - nie miała nic z dominującego konia, a większość niesubordynacji w jej pracy wynikały nie ze złośliwości czy lenistwa, a czynników niezupełnie od niej zależnych, takich jak nadwyżka energii czy brak zrozumienia wobec tego, co było od niej egzekwowane. Nie była więc konieczna usilna walka o jej uwagę i posłuszeństwo: jeżeli miała momenty, w których z dowolnych przyczyn odmawiała pracy, stanowczo przywrócona do pionu już w nim zostawiała, na pewno nadając w ten sposób pracy nowej, przyjemnej jakości - czegokolwiek nie próbowało się na niej robić, zawsze miało jakiś efekt. Lepszy, gorszy, ale miało. Także pochwały miały być kluczowe dla satysfakcjonującego poziomu pracy; choć nagrody nie przekładały się bezpośrednio i natychmiastowo na jakość jej pracy, w ten sposób utrwalała pozytywne zachowania. Jako młody koń była w końcu bardzo "chłonna" i podatna na tego typu bodźce.
Gięta w narożniku wyraźniej żuła wędzidło, pokazując coraz lepsze zrozumienie wobec jego działania, kontaktu szukając również na przekątnej - pierwsze kroki wyciągnięcia były chwiejne właśnie dlatego, że nie od razu skorzystała z oferowanego kontaktu, dopiero po dwóch czy trzech krokach odnajdując należytą równowagę dzięki bardzo delikatnemu oparciu na wodzy. Przy tym mocno zapracowała zadem; naturalnie miała bardzo ekspresyjny kłus, a więc nie dość, że kroczyła mocno pchając się zadnimi nogami i wchodząc nimi pod kłodę, to jeszcze równie energicznie i wyraziście pracując przednimi nogami. To wszystko mogło być nieco przesadne jak na standardy delikatnego wyciągnięcia, ale Papillon była koniem który jeszcze potrzebował pomocy w znalezieniu złotego środka w kontekście ekspresji. Płynnie skróciła wykrok, natychmiast wracając do ręki i tym samym stale pozostając pod pełną kontrolą, nie mając kłopotu z ponowioną próbą łopatki - tak jak poprzednio, minimalnie straciła na tempie kłusa, ale w zamian za to zachowała swobodę i naturalny, przyjemny dla oka (i tyłka!) luz, nawet pomimo tego, że kroków w łopatce tym razem było trochę więcej.
Wchodząc na kolejne koło była już na tyle rozgrzana i rozluźniona, że wraz ze swobodnym wypuszczaniem wodzy i półparadami niemal natychmiast odruchowo poszła nosem w dół. Nie robiła tego gwałtownie, nie nurkując na oślep pomiędzy nogi - wydłużenie szyi ewidentnie wiązało się z pewnym już oparciem na wędzidle, które teraz również bardzo ochoczo przeżuwała. Dzięki temu wyraźnie zaokrągliła i "podniosła" plecy, czyniąc zarówno kłus jak i samo przejście dużo przyjemniejszymi i płynnymi. Krótka chwila odpoczynku nie wybiła jej z rytmu pracy, a więc zarówno nabranie wodzy jak i przejście do kłusa nie wiązało się z żadnymi niechcianymi zachowaniami. Pozostawała czujna na działania Mii, bez większego kłopotu gnąc się lekko do wewnątrz; jedynie próby zgięcia do zewnątrz początkowo wiązały się z lekkim wahaniem i usztywnieniem, prawdopodobnie dlatego, że wydawały się izabelowatej po prostu dużo mniej wygodne i to miała być forma jej pokojowego protestu.

Abaddon - 2019-12-16, 18:33

W odpowiedzi na półparady i dojeżdżanie dosiadem, ogier zaczynał stopniowo odpuszczać oraz poddał się działaniu łydek, przychodząc do jej ręki. Przynajmniej w takim stanie przeszedł do roboczego kłusa, tutaj już nie wypadając z równowagi, co z pewnością nie ułatwiłoby im sprawnego powrotu do ćwiczeń przejść, które okazały się dla ogiera dość problematyczne.
Jess stale zajmowała mu czymś głowę, starając się, by młody nie usztywniał się i pozostawał na kontakcie, co udawało jej się nawet w zadowalającym stopniu, nie licząc paru chwil swawoli Abaddona.
Podczas próby przejścia w dół koń zachował się podobnie jak wcześniej, co jednak spotkało się ze stosownym odzewem ze strony kobiety, który zdecydowanie uświadomił mu, że nie może sobie z nią pogrywać i narzucać swojego zdania. Kilkakrotnie szastnął nerwowo ogonem będąc już w stępie i przeżuł głośno wędzidło, zaraz kontynuując pracę. Rzeczywiście kolejne przejścia zyskały na jakości, a ogier spokorniał, z każdym powtórzeniem wykazując się nieco lepszą reakcją na pomoce i co za tym idzie płynnością wykonywanego ćwiczenia.

Mia - 2019-12-16, 20:57

Mia była świadoma tego, że Papillon była jeszcze młodym koniem, przez co brakowało jej wielu mile widzianych cech jak zdrowy rozsądek czy dobrze wypracowana równowaga i zdawała się liczyć z tym. Z tego powodu przy elementach wygięcia do zewnątrz wykazywała się konsekwencją, nie maglując jej jednym elementem bez przerwy, ale wplatając jego bardzo subtelne wprowadzenia - tylko po to, żeby pokazać jej, że to ćwiczenie nie było takie trudne i przy odrobinie zaangażowania nie powinno robić jej większej różnicy w wygodzie poruszania się. Nie chciała jej do tego zniechęcać na samym początku, wykonując to na bardzo krótkich odcinkach i entuzjastycznie chwaląc za prawidłowe wykonanie, żeby wręcz zachęcać ją do starań.
Nie wałkowała mimo wszystko tego samego elementu przez dłuższy czas, bo nie ukrywajmy, nie należał do najciekawszych. Po paru minutach takiej pracy w kłusie w końcu zdecydowała się na zagalopowanie w narożniku hali. Lekko cofnięta zewnętrzna łydka z jednoczesnym impulsem dosiadem miały zmotywować izabelowatą do pewnie niemniej niż poprzednio ekspresyjnego przejścia w wyższy chód, na który Mia była już nijako przygotowana. Jeśli miała się spotkać z barankami czy innymi sposobami wyrażenia podekscytowania, zaparła się mocniej w siodle i strzemionach i przeczekała to, co najgorsze, zaraz jednak sprowadzając Papillon na piętnastometrowe koło, które miało ją nieco wyciszyć. Dalej postępowała już nieco schematycznie, regulując tempo klaczy na łukach, a także wplatając sporo przejść, mających na celu wyczulić ostrożność konia na pomoce. Na razie jednak przy zmianach kierunku czy to przez przekątną, czy środek hali, decydowała się na normalną zmianę nogi, przy czym przestawiała pomoce na tyle wyraziście, aby jasno i klarownie przekazać klaczy swoje intencje. Wkrótce też wprowadziła ją na kolejną przekątną, w której zachęciła do wydłużenia kroku, tym razem jednak nieco mniej ekspresyjnego niż poprzednio z racji, że była to dopiero rozgrzewka. Nie wątpiła w umiejętności i możliwości Papillon, ale wolała wszystko dawkować stopniowo.

Jessie - 2019-12-19, 20:37

Po kolejnym udanym przejściu do stępa, Jessie pochwaliła Abaddona poprzez pogłaskanie go po wewnętrznej stronie szyi i lekkie wydłużenie wodzy, które umożliwiło ogierowi swobodne niesienie łba podczas krótkiej przerwy. Licząc się z jego wiekiem, musiała pamiętać o tym, że trening nie mógł trwać długo i powinien mieć sporo przerw.
Gdy przerwa dobiegła końca, Jess ponownie skróciła wodze i upewniwszy się, że Abaddon zaakceptował kontakt, ponownie zaprosiła go do kłusa. Kiedy był już na to gotowy, czyli pozostał na kontakcie i kłusował w żywym, równym tempie, Jess przeszła do pełnego siadu tylko po to, by w kolejnym ruchu zaprosić konia do galopu. Przesunęła zewnętrzną łydkę lekko za popręg i docisnąwszy tę po wewnętrznej stronie, ruchem bioder wypchnęła Abaddona do galopu, podobnie jak ostatnio dążąc do w miarę płynnego przejścia. Ogierowi mogło być jeszcze ciężko wskoczyć płynnie w wyższy chód, więc dopuszczała lekkie rozpędzenie się, choć w granicach rozsądku - jeżeli miało to trwać za długo, od razu zwolniła do stępa by zacząć wszystko od nowa. Jeśli jednak się udało, to po paru foule galopu Jessie przeszła do półsiadu, co dla Abaddona na tym etapie wyszkolenia powinno być prostsze, jako że nie miał jeszcze dobrze rozbudowanych pleców. Pokonawszy w galopie całą długą ścianę, w połowie krótkiej zabrała konia na duże koło, wracając także do pełnego siadu, co miało jej pomóc w kontrolowaniu kasztana. Zależało jej na tym, by wciąż galopował podstawiony, nie przenosząc ciężaru ciała na przód, więc konsekwentnie podpierała go łydką i "zabierała" dosiadem, jednocześnie wciąż oferując elastyczny kontakt. Zamykając koło po półparadzie zwolniła do anglezowanego kłusa i niebawem zmieniła kierunek przez połowę hali, by powtórzyć na drugą stronę zagalopowanie.

Papillon Rouge - 2019-12-19, 21:13

Jak się tego można było spodziewać, dłuższa chwila pracy poprzez subtelne wplatanie zgięcia na zewnątrz stosunkowo szybko przyniosła należyte efekty - choć Papillon sam element stale zdawała się odbierać z pewną dozą rezerwy, nie oponowała przeciw pracy w takim ustawieniu, wkrótce zdolna sama odnaleźć przede wszystkim należyty rytm, a co za tym idzie, wkrótce również rozluźnienie. Nie było to znów aż tak bliskie perfekcji, ale widać było wyraźną zmianę w stosunku do tego, jak izabelowata reagowała na ten element jeszcze te kilka minut temu; Mia bardzo słusznie zdecydowała nie ciągnąć tego w nieskończoność, bo pięciolatce praca miała szybko się znudzić, prowokując kolejne zbędne zachowania - amazonka w samą porę postawiła nad zmianę pod postacią zagalopowania. Dobre przygotowanie i fakt, że Papi już od dłuższego czasu wręcz wyczekiwała czegoś nowego sprawiły, że nie czuła się tym elementem w ogóle zaskoczona. Od pierwszego impulsu wykonała pełny, okrągły krok galopu, wraz z kolejnymi metrami nieco tracąc na sprężystości i energii, ale raczej była to zmiana na lepsze - miała w końcu wyraźny problem z wyolbrzymianiem pewnych ruchów. O nadmiarze energii, swoją drogą już w pewnym stopniu opanowaną monotonią pracy w kłusie, dała znać w sposób tak łagodny jak ona sama, może raz czy dwa wesoło podrzucając przodami, co mimo charakterystycznej dla niej ekspresji z całą pewnością nie wiązało się z żadnymi większymi turbulencjami dla Mii. Nie odczuwała jednak potrzeby ponawiania takich zachowań; wprowadzana na łuki zachowała skupienie, na tym etapie pozostając już w większości obojętna wobec pracującej obok pary, wreszcie skupiona. Przejścia z początku były minimalnie opóźnione, zupełnie jakby niechęć do zwolnienia była jednym z przejawów tego, co inny koń mógłby objawić ponoszeniem czy serią baranków. To jednak nie było w ogóle długotrwałe i wraz z pracą na przejściach przeszło: jedna stanowcza półparada wystarczyła, aby Papillon natychmiast wróciła do ręki na dobre. Dzięki temu zmiany wypadały bardzo przyzwoicie - izabelowata pozostawała uważna i czuła na pomoce. Wprowadzona na przekątną bezbłędnie odczytała intencje zawodniczki, z początku naturalnie spiesząc do bardzo przesadzonego i spektakularnego galopu, chyba nie do końca pewna jak reagować na próby tonowania tych ambicji. Wyszło jej to jednak na dobre: całą energię włożyła w mocno podstawiony zad zamiast w długość kroku, dzięki temu nadając fouli akceptowalnej obszerności, ale galopując w bardzo okrągły, trochę nawet zabawny sposób, przypominając nieco kauczukową piłeczkę odbijającą się od ziemi.
Mia - 2019-12-20, 17:53

Spotkawszy się z lekkim opóźnieniem w przejściach, nie zaprzestała ich powtarzania, chcąc uzyskać w pełni skupionego i nastawionego na pomoce konia. Nie zanudzała jednak izabelowatej tym samym rodzajem ćwiczenia, wplatając je pomiędzy łuki czy zmiany kierunków i w ten sposób jeszcze bardziej wymagając pełnego zainteresowania konia na sobie. Wkrótce zaczęła również dodawać krótkie odcinki z głową do zewnątrz i wewnątrz, mając na celu oswoić Papillon przede wszystkim z tym pierwszym. Co prawda plan na dzisiejszy trening miała zgoła inny, ale mimo wszystko nie wadził temu, żeby móc poprawić tak drobne mankamenty.
Wkrótce schematycznie powtórzyła cykl z wyjechaniem na dziesięciometrową woltę na ścianie, po której utrzymała klacz w tym samym wygięciu, odsyłając na łopatkę do wewnątrz. Jeszcze na okręgu wypracowała sobie odpowiednie wygięcie, wewnętrzną łydką wyraźnie wymagając zgięcia się w kłodzie. Cały rysunek dopełniała drugą, lekko cofniętą nogą, która pilnowała zadu, możliwie bardzo zaokrąglając figurę. Wewnętrzną wodzą nadawała klaczy adekwatne ustawienie głowy do środka, które było kluczowe do łopatki. Znalazłszy się z powrotem na ścianie, utrzymała mocniejsze działanie łydki, motywując w ten sposób ruch wzdłuż ściany. W zależności od tego, jak Papillon tym razem miało to pójść, powtórzyła go na drugą stronę po zmianie kierunku przez przekątną i zwykłą zmianę nogi w galopie.
Jeżeli kobyła nie wydawała się mieć z tym większego problemu, dała jej kilka minut odpoczynku w stępie w ramach nagrody, nie zapominając też o chwaleniu. Po upływie tego czasu i odsapnięciu zebrała wodze, żeby następnie w narożniku zagalopować ze stępa. Kilkanaście metrów poświęciła na ewentualnie poprawienie jakości chodu, gdyby holenderce znowu miało towarzyszyć wiele emocji przy przejściu. Poruszając się już galopem roboczym o odpowiednim tempie wzdłuż długiej ściany, dość delikatnie zjechała w stronę środka, równie subtelnie wyginając konia. Odjechawszy na zaledwie parę metrów od ściany, zaraz zaczęła do niej wracać. Największą uwagę przykładała jednak nie do wygięcia, ale do tego, żeby Papillon wbrew odruchowi nie próbowała zmienić nogi prowadzącej czy zwolnić do kłusa - ułożeniem łydek wyraźnie sugerowała jej galopowanie na tę samą nogę. Alight zdawała sobie sprawę z tego, że kontrgalop u młodych koni, z jeszcze niewyrobioną równowagą, był sporym wyzwaniem, więc pozostawała cierpliwa i wyrozumiała względem podopiecznej. Wężyki raczej nie były jej obce, szczególnie o jednym łuku, ale te w galopie najpewniej miały być dla niej najtrudniejsze właśnie przez wzgląd na nogę prowadzącą.

Papillon Rouge - 2019-12-29, 23:07

Nauczona poprzednimi podejściami i dobrze oswojona z myślą o tym konkretnym ćwiczeniu, izabelowata nie dała się zaskoczyć kolejną prośbą o łopatkę do wewnątrz - po prawdzie zmiana chodu miała znaczący wpływ na to, jak odpowiadała na poszczególne sygnały, a to z kolei bezpośrednio przenosiło się na jej rozluźnienie, ale ten element nie wybił jej z rytmu, przynajmniej nie w takim stopniu, w jakim można byłoby spodziewać się po jej ogólnym rozproszeniu. Dobrze rozgrzana, nie miała kłopotu z wpisaniem się w stosunkowo ciasny łuk z jakim wiązała się dziesięciometrowa wolta; należycie przypilnowana pod kątem tempa i, przede wszystkim, ekspresji, miała szansę realnie odnaleźć równowagę na własnych czterech nogach - choć była to kwestia drobnych szczegółów, wyraźnie zmieniała komfort i jakość pracy, nie tylko wyraźniej osadzając izabelowatą na zadzie, ale pozwalając jej również puścić spięte mięśnie pleców. Dzięki temu chód poprzedzający łopatkę był dokładnie tym, czego chciałoby się od młodego konia ujeżdżeniowego - aktywny, lekki i w równowadze. To z kolei bezpośrednio przełożyło się na samą łopatkę: tym razem kojarząc sobie woltę z elementem, bez zawahania "zostawiła" przody na wewnętrznej ścianie, w skupieniu oczekując sygnału do powrót na ścianę, w tym wszystkim bardzo aktywnie przeżuwając kiełzno. Podobnie miało wyglądać to na drugą stronę. W przypadku drugiej nogi na wolcie Papi miała niewielki problem z samodzielnym odnalezieniem równowagi, co w jej wieku było jeszcze na porządku dziennym, i choć wiązało się to z nieco inną jakością chodu, to wobec technicznej strony łopatki trudno było mieć jakiekolwiek większe zastrzeżenia.
Choć w ostatnim czasie jej kondycja znacząco się poprawiła, szansę na odpoczynek przyjęła ze zdecydowanym zadowoleniem, korzystając z tych kilku minut na wyciągnięcie szyi i poobserwowanie drugiej obecnej na hali pary, na co nie miała czasu w trakcie pracy. Towarzystwo Abaddona szczęśliwie przestało być dla niej tak ekscytujące, między innymi dlatego, że ogier zdawał się dość obojętny względem jej zaczepek, a obie amazonki dbały o to, aby nie wchodzić sobie w drogę. Podczas skracania wodzy momentalnie cofnęła uszy w stronę zawodniczki, obijając jasnym ogonem o boki, czujna na tyle, aby natychmiast odpowiedzieć na impuls do zagalopowania, entuzjastycznie i znów dość ekspresyjnie wyskakując naprzód, aby dopiero z kilkoma krokami stracić na nich i wejść w roboczy chód. Płynnie, choć bardzo subtelnie odbiła w bok, w pierwszej chwili czując się nieco oszukana, przekonana, że odbicie od ściany koniecznie wiązało się z ostrzejszym łukiem; konieczna była więc subtelna, ale stanowcza korekta - w związku z własnym pomysłem na to zadanie, izabelowata utrzymała zgięcie nieco nieadekwatne do łuku, mimo, że było to zgięcie wyłącznie w szyi, więc tak naprawdę nijak mające się do tego, jak pracowała resztą ciała. Powrót do ściany również nie był dla izabelowatej oczywistością, przynajmniej nie w pierwszej chwili, choć wobec tej prośby ustosunkowała się z nieco większą płynnością, choć niewątpliwie przyszło jej to z trudnością - oczywiście, dyskomfort związany z kontrgalopem prowokował zmianę nogi, przed czym powstrzymana Papillon wytraciła nieznacznie na tempie, jakby nie do końca przekonana, czy powinna kontynuować galop, przejście do kłusa zastępując próbami nieco niekomfortowego galopu przez nóżkę.

Mia - 2019-12-31, 20:10

Mię niesamowicie cieszyło to, że Papillon coraz lepiej odnajdowała się w stawianych przed nią ćwiczeniach, które robiła domyślniej, wyraźnie dogadując się i łapiąc, o co chodziło kobiecie. Ta nie omieszkiwała ją za to chwalić, aby pokazywać, że właśnie o to jej chodziło i tak zachęcając ją do dalszych starań. Niejakimi nagrodami było też natychmiastowe odpuszczenie po prawidłowo wykonanym elemencie, żeby nie przeciążyć wrażliwej izabelowatej, na której Alight musiała się jeszcze bardziej pilnować przez wzgląd na jej młody wiek i ponadprzeciętną delikatność.
Największy problem napotkały, jak się tego można było spodziewać, w podejściu do kontrgalopu, co jednak nie zniechęciło kobiety. W trakcie powrotu na ścianę z wężyka wyraźnie utrzymywała tą samą, zewnętrzną łydkę za popręgiem, dosyć jednoznacznie chcąc przekazać holenderce, że nie oczekuje od niej zmiany nogi mimo takiej pokusy. Jeżeli ostatecznie tego nie zrobiła, kobieta pochwaliła ją entuzjastycznie, nawet jeśli łączyło się to z galopem przez nóżkę, który był jeszcze do rozpracowania. Przede wszystkim chciała sprawić, żeby Papillon poczuła się bardziej komfortowo w tym chodzie i nie miała już takich problemów z równowagą, co także od niej samej wymagało sporo zaangażowania i skupienia, żeby własną postawą jej nie zaburzać. Po chwili na drugiej ścianie powtórzyła to samo ćwiczenie, teraz jednak wykonując wężyk o dwóch brzuszkach, który wiązał się z nieco mniejszą ilością galopu na "złą" nogę. Prowadząc ją w dość spokojnym galopie, zdecydowanie nie pozwalając na przyspieszenie, które było niewskazane, odbiła do środka jeszcze raz, ustawienie łydek utrzymując takie samo. Tym razem nieco większą uwagę przyłożyła też do wygięcia na tym delikatnym łuku, spotkawszy się wcześniej z mocną przesadą ze strony klaczy, która tym razem powinna lepiej wiedzieć, czego wymagała amazonka. Zewnętrzną względem wygięcia wodzą utrzymywała napiętą, żeby ograniczyć ewentualne wypadanie łopatką. Po dojściu mniej więcej do linii ćwiartkowej, wróciła płynnie na ścianę, aby zaraz znowu zjechać do wewnątrz, powtarzając dokładnie tę samą sekwencję pomocy. W zależności od tego, jak tym razem miało im to wyjść, zdecydowała się albo na chwilę odpoczynku, albo jeszcze jedną powtórkę. Zdawała sobie sprawę z tego, że wprowadzanie nowych ćwiczeń było męczące również psychicznie i ciągle zdawała się mieć to na uwadze, oferując podopiecznej sporo możliwości do odsapnięcia i nie przemęczając jej tym samym.

Papillon Rouge - 2020-01-02, 20:37

Rzeczywiście galop przez nóżkę w tym nadal wymagającym ćwiczeniu był nieunikniony, ale mimo to starania Mii przyniosły właściwy efekt - Papillon pod względem prędkości i obszerności wykroku nie pokazywała niczego ani spektakularnego, ani nawet specjalnie poprawnego, ale powoli zaczynała dawać się do takiego sposobu podróżowania przekonać. Naturalnie, nie był to dramatyczny przeskok w nowe i lepsze, bo zdecydowanie brakowało jej pewności i poczucia, że kontrgalop niewiele różni się od chodu roboczego, ale nie dało się przegapić w faktu, że przynajmniej częściowo rozluźniła i plecy, i potylicę. Obijający o boki ogon i cofnięte uszy świadczyły z kolei o skupieniu, którego zdecydowanie wymagało od niej to ćwiczenie. Nie mniejsze były starania Papi w trakcie ponownego podejścia do wężyka; jak można się spodziewać, z początku wnioskowała, że zadanie będzie wyglądać analogicznie do tego, co wykonały zaledwie chwilę temu, a więc poniekąd zaskoczył ją tak szybki powrót na ścianę. Wbrew pozorom, nie odbiło się to negatywnie ani na jej zachowaniu, ani na jakości wężyka - w zasadzie była na tyle pochłonięta tą drobną, aczkolwiek znaczącą zmianą, że z dużo większą łatwością poradziła sobie z drugim brzuszkiem figury, luźniejsza i zwyczajnie naturalnie swobodniejsza pomimo nadal wyczuwalnego dyskomfortu, jaki wywoływał w niej kontrgalop. Choć ćwiczenie nie było znów aż tak trudne, to dla konia tak świeżego jak Papi było zdecydowanie wymagające, przede wszystkim pod kątem emocji i niespokojnej głowy, których izabelowatej nie dało się odmówić; w związku z tym za bardzo potrzebną chwilę wytchnienia od wężyków była zapewne bardzo wdzięczna, w miarę możliwości (zależnie od tego, w jaki sposób ta chwila została przez właścicielkę zagospodarowana) pozwalając sobie choćby na moment wyciągnąć pysk i szyję w dół i do przodu.
Mia - 2020-01-02, 21:48

Drobne, z pozoru niewidoczne pozytywne zmiany w zachowaniu Papillon już wciskały na twarz Mii promienny uśmiech. Widziała, że to wprowadzenie do kontrgalopu sprawiało klaczy coraz mniej kłopotów, a mimo że wymagało jeszcze od nich sporo pracy, i tak szło im to lepiej, niż się spodziewała. Bo czy było coś bardziej satysfakcjonującego od świadomości, że małymi kroczkami uczyła czegoś nowego całkiem świeżego konia i to na własną rękę? W pracy zdecydowanie pomagały jej lustra umieszczone na ścianach hali, mimo że bez nich też byłaby w stanie sobie poradzić.
Po zdecydowanie lepiej wykonanym wężyku o dwóch brzuszkach i odpoczynku w stępie na luźnej wodzy, w ramach przerywnika zakłusowała. Pamiętając o oporze Papillon przed wygięciem do zewnątrz, zaczęła także ćwiczyć nieco ten element, rozpoczynając go od łopatki do wewnątrz, chociaż to jednak temu drugiemu zadaniu poświęcała więcej uwagi. Zewnętrzną wodzą działała rozluźniająco na pysk kobyły, motywując do subtelnego wygięcia w tamtym kierunku, przy jednoczesnym napięciu wewnętrznej. Tutaj znowu miało usatysfakcjonować jej parę metrów przebytych tym sposobem, po których z powrotem ją wyprostowała.
Kolejny narożnik wykorzystała do zagalopowania, dajmy na to na prawo, tak więc lewą łydkę lekko wycofała za popręg, łącząc to z impulsem do wejścia w wyższy chód. Po jeszcze jednym powtórzeniu wężyka o jednym, a potem dwóch łukach i przy założeniu, że wychodziło im to prawidłowo, zdecydowała się na wprowadzenie trudniejszego elementu, który miał być też ciekawszą odmianą dla izabelowatej. Miał być to pozornie prosty dojazd do ściany z linii środkowej, który jednak zawierał więcej kontrgalopu niż poprzednie ćwiczenie, tak więc Mia potrzebowała pewności, że na ten moment holenderka czuła się w miarę swobodnie z tym chodem. Wjechała na linię środkową, gdzie odpowiednio dopilnowała wyprostowania kobyłki, a paroma półparadami uprzedziła ją przed zjechaniem na krótką przekątną, na której znowu nie domagała się zmiany nogi. Lewa łydka więc ciągle pozostawała wycofana, a Mia pozwoliła izabelowatej na lekkie zwolnienie w galopie, jeśli potrzebowała tego do przebrnięcia przez to ćwiczenie. Po powrocie na ścianę utrzymała ją jeszcze w kontrgalopie przed kolejnych parę metrów, za cel na dzisiejszy trening mając dojechanie w nim do najbliższego narożnika. Póki co nie spieszyła się i wkrótce zmieniła nogę przez kłus, po którym powtórzyła to samo ćwiczenie, lecz na drugą stronę.



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group