Parkinson - 2020-04-18, 12:33 Oczywiście, że uwielbiał psuć podejścia. Nie byłby sobą, gdyby chociaż nie trącił czubeczkiem kopyta drewnianego drąga, by usłyszeć te charakterystyczne puknięcie w niego. Przy ponownym najeżdżaniu na drągi, przeniósł część ciężaru ciała na zad, głowę ustawiając w miarę w pionie, jedynie delikatnie wysuwając nos przed prostopadłą do podłoża linię oraz uniósł szyję, rozdymając chrapy w ekscytacji podczas najeżdżania po raz kolejny na drągi, które wymagały od niego skrócenia. Przeniesienie ciężaru ciała na zad zdecydowanie pomogło w skróceniu, chociaż i tak nie było ono idealne. Opanował jakieś podstawy ujeżdżenia, ale głównie pomagały mu podczas parkurów i najazdów, nie przy normalnej pracy. Niemniej, tak się skupił na wykonaniu zadania, że zapomniał stuknąć w drąg, a gdy się o tym zorientował, cofnął uszy do tyłu, a pysk zamarł w niezadowolonym grymasie dosłownie na pięć sekund. Po dostaniu półparad skierował uszy najpierw do przodu, by następnie jedno z nich skierować do tyłu, na jeźdźca, przeżuwając wędzidło w pysku. Już nieco przed drągami wyciągnął krok, by odpowiednio pokonać leżące na ziemi kawałki drewna, przy czym przy środkowym trącił je lekko kopytem, poruszając zaciekawiony uszami, gdy usłyszał charakterystyczny dźwięk. Nie było to złośliwe, po prostu Parkinson uwielbiał komponować swoją własną muzykę i sam jej słuchać, bo tylko dla niego była interesująca. Przerwę przyjął z ulgą, bo sam nie miał zbyt dobrej kondycji i każda przerwa była mile widziana. Nieco obniżył przy tym głowę, chcąc wysunąć nos bardziej przed siebie, nie ustając jednak w energicznym chodzie, parskając przy tym. Bardzo lubił treningi i w większości przypadków bardzo mu się podobały, tak też było i teraz. Energicznie przeszedł do kłusa, unosząc jednak za bardzo głowę i można powiedzieć, że zaatakował wyższy chód swoim zachowaniem, dopiero po paru krokach odpuszczając lekkie spięcie w szyi i odpowiednio ją ustawiając, podobnie zrobił z głową, którą skierował nosem do ziemi. Drągi nie sprawiały mu już problemu, bo zapamiętał, że na te stojące w danym miejscu trzeba skrócić krok, dlatego obciążył mocniej zad i bardziej ostrożnie stawiał nogi podczas ich pokonywania, a na następnych drągach wyciągnął krok, idąc bardziej energicznie do przodu i machając podczas pokonywania ich ogonem, parskając przy tym z zadowolenia. Sam był z siebie dumny, że bezbłędnie pokonał dwa dość wymagające zadania! A teraz czekało go jeszcze ciekawsze. Gdy doszło do wykonywania skróceń i wydłużeń bez drągów ani bez żadnego konkretnego powodu, trochę się zagubił, a Mary musiała chwilę poczekać, by ogier odpowiednio odpowiedział na sygnały. W końcu skrócił krok, zachowując przy tym odpowiednie tempo, jednocześnie kierując uszy w kierunku jeźdźca, będąc niepewny w swoich działaniach i oczekując czegoś, co mu potwierdzi, że wykonał zadanie dobrze. Z rozciągnięciem się nie było takich problemów, gniady energiczniej szedł do przodu i zadowolony potrząsnął głową, wyciągając bardziej nogi przed siebie. Płynność miała sporo do zarzucenia, bo przy skróceniach trochę się ociągał, a przy wydłużeniach wykonywał zadanie zbyt energicznie, jednak wszystko było do naprawienia i wynikało głównie z charakteru Parkinsona. Jednak pochwały dobrze naprowadzały go na właściwe tory i już z większą pewnością przechodził do skrócenia i z mniejszym zaangażowaniem wyciągał nogi.
Z energią przeszedł do galopu, mocniej uderzając kopytami o ziemię i obniżając przy tym głowę, kierując uszy do tyłu. Już chciał sobie bryknąć, ale Mary wprowadziła go na koło, gdzie było to ciężkie. Znaczy, przy chęci jednoczesnego zachowania równowagi, bo oczywiście sam baranek nie był niemożliwy. Pytanie, czy warto.Mary Anna - 2020-04-18, 19:34 Wykazywała się sporym zrozumieniem wobec pracy konia, który nie tylko był niedoświadczony, ale także roztrenowany, przez co Mary nie miała prawa oczekiwać od niego za wiele. Przede wszystkim jednak dawała mu jasno znać, kiedy wykonywał któreś ćwiczenie prawidłowo, chwaląc go i klepiąc po łopatce czy szyi w ramach nagrody. Ważne było dla niej to, aby był w stanie wykonywać przejścia także w obrębie jednego chodu, nawet jeśli początkowo nie były specjalnie płynne. Niemniej powtórzyła to ćwiczenie jeszcze raz na drugą stronę, chcąc mieć pewność, że ma jako taką kontrolę nad gniadoszem, co było jej potrzebne do dalszej części treningu.
W galopie natomiast czuła, że w ogierze niemalże gotuje się z emocji, przez co szybko zabrała go na koło. Jego średnica nie była specjalnie mała, ale na tyle dopasowana, aby utrudnić zwierzęciu brykanie. Gdyby Parkinson się miał na to uprzeć, to Mary nie byłaby w stanie zapobiec temu, ale zajęcie głowy innymi zajęciami miało mu pomóc w odwróceniu uwagi od tego. Jeśli nie wysadził jej nigdzie na okręgu, dała mu możliwość wyszalenia się po sprowadzeniu na długą ścianę, po której mógł przegalopować bez mocniejszym tempem. Utrzymywanie go w spokojniejszym galopie na siłę miałoby tylko gorsze skutki, więc ostatecznie kobieta zdecydowała się na umożliwienie mu tego. O ile mimo wszystko zachował pewną karność i nie zaczął zbyt szaleć, to pochwaliła go jeszcze przed sprowadzeniem na kolejne, podobne koło, z pomocą którego miała go już stopniowo spowolnić do bardziej roboczego chodu. To samo ćwiczenie wykonała po zmienieniu kierunku jazdy przez przekątną parkuru, na której wykonała zwykłą zmianę nogi, naturalnie uprzedzając przed wszystkim Parkinsona półparadą.
Zanim jeszcze przestąpiła do skoków, powtórzyła ćwiczenia na drągach, zaczynając oczywiście na tych pod jego naturalną długość wykroku. Jadąc na wprost pięciu drągów, zamknęła go w pomocach, na wyrównanych wodzach prowadząc na sam środek pierwszego drąga i utrudniając tak spływanie na boki. Łydkami znowu wskazywała wyraźnie moment podniesienia nóg, a jeżeli Parkinson nie wykazywał większych problemów w tym zadaniu, ponowiła je na drugą stronę, żeby w następnej kolejności przejść do drągów pod skrócenie i wydłużenie fouli. Zależało jej na tym, żeby przed właściwymi skokami mieć jezdnego konia, z którym się dało dogadać w dystansach, a do tego potrzebowała swobodnego kontrolowania jego tempa.Parkinson - 2020-05-10, 16:08 Brykanie zostało zniwelowane do minimum przez działanie Mary, a dość ciasna średnica koła uniemożliwiła mu ukazanie emocji, które w nim się gotują. Parsknął, gdy zaczął się dopasowywać do łuku, lekko wypadając przy tym zadem na zewnątrz, chociaż starał się jak mógł, by zgiąć się w żebrach i owinąć wokół wewnętrznej nogi. Co jakiś czas cofał uszy, po czym kierował je do przodu, wyraźnie pobudzony przez przejście do wyższego chodu, jednak skupił się na zadaniach. Nie był koniem, który ignorował zalecenia jeźdźca, ale chciał się przy tym wyszaleć, co umożliwiło mu nieco mocniejsze tempo na dłuższej ścianie, przy której mocniej naparł pyskiem na wędzidło i wyciągnął nogi, jednak powstrzymując się od brykania i skupiając na rozkręceniu się. Dzięki wzięciu gniadego na koło, zdecydowanie Mary pomogła mu powrócić do roboczego tempa i bardziej skupić na robocie, jaką mieli do zrobienia. Zwykła zmiana nogi sprawiała mu lekki problem, do stępa przeszedł za pomocą paru kroków kłusa, jednak z ponownym zagalopowaniem nie miał absolutnie żadnych problemów, tak samo jak ze zmianą nogi prowadzącej. Lekko podrzucił zadem, nim zeszli z przekątnej na ścianę, na której ponownie wykonali koło, ale na tę stronę nie chciało mu się za bardzo szaleć. Pomimo to, z radością wyciągnął nogi na dłuższej ścianie, będąc bardziej pod kontrolą, niż poprzednio. Widząc, jak kobieta kieruje go na drągi, podniósł głowę, kierując uszy na leżące na ziemi drewienka, nieco się nakręcając, ale pozostając pod kontrolą. Z radością pokonał przeszkodę, tym razem bez żadnych stuknięć ani innych przygód. Wydłużenie nie sprawiało mu problemów, bez żadnych oporów wyciągał dalej nogi i pokonywał drągi, czasami specjalnie wierzchołkiem kopyta stukając w drewno, strzygąc uszami na charakterystyczny dźwięk. Ze skróceniami było troszeczkę problemów, bo Parkinson nie był chętny do zmniejszenia wykroku, przez co liczba stuknięć zdecydowanie przekroczyła normy. Dodatkowo na ostatnim drągu nieszczęśliwie się potknął, lecąc na przód, jednak zdołał się odratować, chociaż przeszedł do kłusa, bo tak było mu zdecydowanie łatwiej złapać ponownie równowagę.Mary Anna - 2020-05-11, 17:01 Czując, jak przy ostatnim drągu Parkinson leci niebezpiecznie do przodu, Mary zrobiła wszystko, aby nie ułatwić mu tego upadku - odchyliła się do tyłu, jednocześnie dbając o to, żeby nie zaburzyć jego równowagi jeszcze bardziej czy nieprzyjemnie pociągnąć za pysk. Za odratowanie się pochwaliła go krótko, dla pewności pokonując te same drążki jeszcze raz z racji, że po chwili miała postawić go przed trudniejszym wyzwaniem, które właśnie wymagało od niego umiejętności odpowiedniego skrócenia się. W parkurach w końcu kluczem do prawidłowych, czystych skoków były odpowiednie najazdy, a to dla młodego i niedoświadczonego Parkinsona mogło być jeszcze zagwozdką.
Po krótkiej przerwie w stępie zagalopowała na lewo i skierowała się z nim na pozornie proste trzy drążki ustawione w dystansie 17 metrów od siebie. Naprowadziła go prostopadle do drągów, zamykając w pomocach i w pierwszej kolejności dając mu swobodnie przez nie przegalopować, mieszcząc po cztery foule pomiędzy każdym z nich - jeśli odległości okazały się być niedopasowane pod niego, poprosiła kogoś o rozsunięcie drągów od siebie. Nie było to specjalnie trudne zadanie, tak więc powtórzyła je tylko raz na drugą stronę. Za chwilę jednak znowu najechała na nie, tym razem półparadami uprzytamniając konia i siadając głębiej w siodle tak, aby go przytrzymać i skrócić, a dzięki temu zmieścić pięć pełnych kroków galopu. Przez wzgląd na jego poprzednie problemy ze skracaniem się liczyła się z tym, że za pierwszym razem wyjdzie to zbyt dobrze, dlatego była skłonna ponowić to samo jeszcze jeden czy dwa razy, naturalnie na obie strony, żeby nie przeciążyć żadnej z nich.Parkinson - 2020-05-17, 14:45 Dzięki reakcji Mary na szczęście nie upadł i sobie głupiego ryja nie rozwalił, a potem jakby nigdy nic, po chwilowym spięciu mięśni, dalej się swobodnie poruszał, zupełnie zapominając o tym, co było przed chwilą. Co ma poradzić, że jest ciapą. Ponowne przejechanie drążków pomogło mu złapać lepszą równowagę w skróceniu, dzięki czemu tym razem pokonali je bez takich problemów. Ogier podstawił zad pod siebie, unosząc wysoko nogi i w końcu prezentując się jak wysokiej klasy koń, a nie jak najgorsza łajza. Przerwę przyjął z radością, bo sam troszkę się zmęczył myśleniem przy pokonywaniu drągów, chociaż jego ciało jeszcze miało sporo energii. Starał się przy tym nieco wyciągnąć szyję i potrząsnąć pracującymi mięśniami w geście otrzepania głową, parskając przy tym cicho. Zagalopował dość mocno, odbijając się od podłoża energicznie niczym kauczukowa piłeczka, co mogło być dość przyjemnym doświadczeniem dla Mary, pomimo słabego komfortu jazdy na gniadym. Nakierowany na drążki, postawił uszy na sztorc, obserwując je przez chwilę uważnie i próbując jakoś w głowie sobie ułożyć, jak ma przez nie przejechać, po czym bezproblemowo, przy lekkim uniesieniu nóg, pokonał daną przeszkodę. Widocznie na ten moment nasłuchał się już odgłosów pukania kopytem w drewno i chciał dawkować sobie wrażenia. Nie było to trudne zadanie, bez żadnych problemów pokonał drążki i na drugą stronę, swobodnie przez nie przechodząc i parskając zadowolony po ich pokonaniu. Skracał kroki w galopie nieco opornie, przez co nie zdołał zmieścić dodatkowej fouli i trochę się pogubił na drągach. Z tego powodu również przeszedł do kłusa, w którym łatwiej było mu utrzymać równowagę i nie zabić ich obojga na płasko położonych drewienkach. Zrobił przy tym niemało hałasu, obijając się i denerwując przez to, że mu się nie udało, co widać było po jego spięciu mięśni i cofniętych uszach. Prawdopodobnie ktoś musiał ponownie ułożyć odpowiednio drągi, nim powtórzyli ćwiczenie po raz kolejny, tym razem z lepszym skutkiem, bo Parkinson zdołał odpowiednio skrócić krok i tym razem pokonać ustawione na ziemi drągi mieszcząc jeszcze dodatkową foulę galopu. Pozostawał przy tym maksymalnie skupiony na zadaniu oraz na pomocach kobiety. Dalsze powtórzenia, także na drugą stronę, były wykonane już dużo spokojniej i dzięki temu mógł nieco sobie odpuścić umysłową pracę.Mary Anna - 2020-05-17, 15:58 Pochwaliła Parkinsona już przy drugim podejściu do pokonania tych trzech drągów, kiedy dało się dostrzec zauważalną poprawę. Dla pewności i świętego spokoju dała mu jeszcze jedno podejście do tego ćwiczenia, nie dając mu jednak zgadywać - pomiędzy pięć fouli wplatała także standardowe cztery, żeby nie przyzwyczajał się do jednego rodzaju ćwiczenia, a więc pozostawał na niej skupiony. Zauważyła już, że gniady był dość ciapowaty, co ciągle miała na uwadze, szykując dla niego następne ćwiczenia. Z tego powodu zrezygnowała ze skróceń podczas przejeżdzania drągów, zamiast tego zachęcając go do dodania, które w takich przypadkach się o wiele lepiej przyjmowały. Najechała na pierwszy drąg skróconym galopem tak, by zmieścić pięć fouli, a już po przekroczeniu drugiego drąga zaktywizowała go dołem i oddała elastycznie rękę, aby umożliwić poszerzenie ram i zmieszczenie tym razem czterech kroków. Miało to być dla niego o tyle prostsze, że przy pokonywaniu wszelkiego rodzaju przeszkód tego typu koniom było wygodniej przyspieszać niż się skracać, dlatego ostatecznie zrezygnowała z sekwencji 4-5 i pozostała przy 5-4, którą powtórzyła także na drugą stronę, jeśli hanowerowi nie przysporzyło to większego problemu.
Po wszystkim znowu dała mu minutę czy dwie odpoczynku w stępie swobodnym z racji, że to ćwiczenie było męczące bardziej umysłowo niż fizycznie. Poklepała go po łopatce i pochwaliła, a po minionym czasie zebrała wodze i dojechała łydką, żeby za chwilę dać mu łydkę do kłusa i w najbliższym narożniku zagalopować na prawo. Nie mogła go w końcu ciągle męczyć samymi drągami, które i tak zajmowały znaczną część placu, dlatego parkur musiała pokonywać bardziej wymyślnie, bo zwyczajnie przez mniej miejsca było ustawionych mniej przeszkód, którymi były same stacjonaty różniące się głównie wysokością i budową. Mary okrążyła parkur, wzrokiem szukając przeszkody, która miała rozpocząć ich oficjalne skoki - tradycyjna stacjonata 110 cm o raczej stonowanych kolorach, jaka raczej nie miała budzić w ogierze większych wątpliwości, może z wyjątkiem odkosów. Z krótkiej ściany odbiła na prostą prostopadłą do stacjonaty, kierując konia na sam środek wyznaczany przez leżące drągi, półparadą i dosiadem kumulując energię wierzchowca. W dystansie usiadła głębiej w siodło i wycofała łopatki, wzrok mając skierowany za przeszkodę, przed którą zaraz dała mu stosowny sygnał do wybicia, w locie od razu się z nim synchronizując.Parkinson - 2020-05-22, 16:10 Fakt, że kobieta wplatała w obecne ćwiczenie to zadanie należące do poprzedniego, sprawiło, że pozostawał czujny na jej sygnały, nie pozwalając sobie na umysłowy odpoczynek i na myślenie za jeźdźca, co czasami mu się zdarzało przy powtarzalnych ćwiczeniach. Zdecydowanie lepiej mu szło, gdy podczas postępu ćwiczenia na drągach zaczął na początku skracać, by następnie wydłużyć krok, co mogło wywołać u Mary poczucie, że jest na granicy stracenia kontroli nad gniadoszem. Nic bardziej mylnego, cały czas się słuchał i nie zamierzał odwalać jakiś dziwnych akcji!
Po przejściu do stępa wyciągnął głowę i obniżył szyję, wykonując gest pojedynczego machnięcia łbem i potrząśnięcia grzywą, które rozluźniały pracujące mięśnie. Pomimo że był zmęczony, co było widać po delikatnych plamach potu, to nadal miał jeszcze trochę energii. Co prawda, ciężko mu było myśleć, bo był dużo bardziej zmęczony umysłowo i nie był dobry w takiej pracy, ale posłusznie poddawał się rozkazom kobiety. Przerwa jednak nie była długa, bo już zaraz kobieta zebrała wodze, jednocześnie dojeżdżając łydką Parkinsona do kontaktu, na którym lekko się oparł i nawet zaktywizował zad. Przyspieszył do kłusa, lekko potrząsając przy tym głową, po czym przeszedł w narożniku płynnie do galopu, który miał umiarkowane tempo. Odbili od ściany, po czym został nakierowany na jedną z przeszkód, na której widok podniósł głowę i nadstawił uszu. Wreszcie! Wreszcie, wreszcie, wreszcie! Skoki! To, na co czekał cały trening. Był już trochę zmęczony, jednak nie powstrzymało go to przed lekkim dodaniem w tempie, które jednak nie przyczyniło się do mocno złego najazdu. Przeszkoda była dość wysoka jak na konia startującego w klasie L, dlatego trochę źle wymierzył wysokość przeszkody i musnął rąbkiem kopyta drąg podczas odbijania się do skoku. Może i skakał takie przeszkody, ale na pewno nie po przybyciu do Orchardu, w którym już trochę siedział, dlatego miał prawo pozapominać niektórych rzeczy. Niemniej nie bał się wysokości i energicznie parł do przodu. Po wylądowaniu podrzucił lekko zadem, bardziej z radości po pierwszym wykonanym dzisiaj skoku niż ze złośliwości czy czegoś.Mary Anna - 2020-05-22, 18:00 Dodanie w dystansie do pierwszej przeszkody było częściowo wskazane, bo zagwarantowało im odpowiednią siłę wybicia, dlatego Mary niespecjalnie przytrzymywała gniadego. Sama stacjonata nie była znowu tak wysoka, żeby hanower miał jej nie sprostać, ale nie karała go, kiedy usłyszała puknięcie w górny drąg. Nie pochwaliła go także, chcąc pokazać, że nie było to specjalnie mile widziane na parkurach, ale Parkinson lada moment miał zyskać więcej okazji do pochwał, tym bardziej, że nie mieli specjalnie dużo czasu na roztrząsanie tego.
Galopując wciąż na lewo, Mary poprowadziła go na wprost prawie pod samą ścianę parkuru, skąd łagodnym łukiem zjechała na drugą przeszkodę. Stacjonata należała już do tych niższych, sięgajacych około metra, ale jej trudnością miała być kolorowa podmurówka, która nie była tak często spotykanym utrudnieniem, ale równie cennym do przećwiczenia. Prowadząc konia na prawej napiętej wodzy, oferowała mu oparcie w tym sporym łuku, nie pozwalając na zbyt mocne przyspieszanie, aby dokładniej wyjechać zakręt i stawić czoło przeszkodzie. W porę go wyprostowała, prowadząc teraz na równych wodzach i działaniu łydek, a także unosząc lekko na przodach, by zaokrąglić bardziej jego krok. Akurat to nie dwójka była jej zmartwieniem, co nie znaczyło, że ją zlekceważyła. Zamknąwszy go w korytarzu z pomocy, pewna siebie podprowadziła go pod stacjonatę, w której pomogła mu z wymierzeniem odległości i wskazała optymalny moment wybicia. Od razu z wyskokiem uniosła się lekko w strzemionach, odciążając jego grzbiet. Dłońmi podążyła elastycznie za jego pyskiem, umożliwiając mu swobodną pracę w locie. Lądowanie zamortyzowała na własnych nogach, od razu skupiając się na tym dystansie, który mierzył akurat siedemnaście metrów. Dla konia mogło się to kojarzyć jednoznacznie z poprzednimi ćwiczeniami, ale tym razem zdecydowała się na przejechanie tej odległości na cztery foule. Nie ingerowała więc specjalnie w jego tempo, dbając tylko o to, aby utrudnić mu uskoczenie czy spływanie w bok. Sam wygląd trójki nie różnił się zanadto od normalnych stacjonat, podobnie jak wzrost, który również był w granicach. Zadanie nie było więc specjalnie trudne, jeśli tylko Parkinson wykazałby się spokojną głową i nie próbował znowu dodawać w dystansie. Jeśli udało im się pokonać obie przeszkody na czysto bez trąceń, pochwaliła go i krótko poklepała po szyi, ale zaraz skupiła się na kolejnym najeździe.
Czwarta przeszkoda była ustawiona na przekątnej, dlatego też Mary przejechała praktycznie całą krótką ścianę spokojnym, ale aktywnym galopem, z narożnika odbijając w lewo na czwórkę. Metrowa stacjonata była "przyozdobiona" ptaszkami jako formą straszaka, przez które wykonała półparadę, by nie dać wierzchowcowi szansy się nimi spłoszyć.Parkinson - 2020-05-22, 18:26 Parkinson wylądował dość lekko, rzeczywiście przeszkoda nie sprawiła mu większych problemów prócz jednego puknięcia, nie była to nie wiadomo jaka wysokość, ale tylko taka, która lekko przekraczała jego klasę. Po wylądowaniu nie zmieniał nogi, galopując na lewo i podążając w linii prostej pod samą ścianę, by w łuku poprzedzającym wyprostowanie do kolejnej przeszkody odpowiednio się wygiąć. Po tym, jak znaleźli się przed kolejną przeszkodą, podniósł głowę, nieco zaskoczony spoglądając na dziwną w wyglądzie przeszkodę. Co prawda, wcześniej ją kątem oka widywał na przykład podczas rozgrzewki, ale nie przyszło mu do głowy, że będą przez nią skakać. Nie należał do koni strachliwych i nie zamierzał ugiąć się pod wpływem cichutkiego szeptu z tyłu głowy, że może być to groźne i po jednej fouli galopu, w której można było wyczuć niepewność poprzez usztywnienie ogiera, jednak odwaga bijąca od dziewczyny zdecydowanie dodała mu otuchy. Pod wpływem działania pomocy, zaokrąglił kroki galopu, mocniej pracując zadem i unosząc nieco przód, by w miejscu wybicia odbić się do lotu, oczekując na następne wskazówki. Ocenił odpowiednio tempo, jakie musiał sobie nadać, by odpowiednio pokonać daną odległość, która mocno kojarzyła mu się z treningów, dlatego kojarzył mniej więcej, jak daną przeszkodę pokonać. Ponadto, nie w głowie było mu uskakiwać. Wycelowali idealnie w środek przeszkody i w dobry punkt wybicia, w którym wzniósł się do lotu, składając odpowiednio i lądując po drugiej stronie. Pozbył się większości energii wcześniej, dlatego też Mary łatwiej było kontrolować tempo gniadosza, którym się poruszał i nie miał nic przeciwko spokojnemu, aktywnemu galopu na krótkiej ścianie, by następnie zakręcić na czwórkę z narożnika. Widząc przeszkodę przyozdobioną ptaszkami, lekko spłynął na bok, co prawdopodobnie zaraz zostało skorygowane, było to spowodowane pierwszą falą zaskoczenia na widok przeszkody, którą miał pokonać. Nie zawahał się jednak ani chwili dłużej, pozwalając się prowadzić na przeszkodę i korzystając z tego, że kobieta wskazuje mu punkty wybicia. Półparadami skupiała jego uwagę, dlatego też często kierował uszy w jej stronę, chociaż straszaki bardzo ściągały wzrok i skupienie na siebie. Pokonał daną przeszkodę, nie mając z nią więcej problemu, jak pozostawił ją za sobą.Mary Anna - 2020-05-22, 19:27 Domyślała się, że dla Parkinsona te wszystkie udziwnienia nie były żadną nowością, ale nie były znowu tak często używane, a przecież nie tylko na próbie terenowej w WKKW dało się je spotkać. Ostatecznie jednak ogier poradził sobie także z czwartą przeszkodą, za co znowu nie omieszkała go pochwalić, chociaż skupiona była bardziej na następnej przeszkodzie, do której przygotowała ich najpierw zmianą nogi w czasie lotu przez wyraźniejszy nacisk na prawe strzemię. Wykorzystać chciała do tego wcześniejszą dwójkę, tym razem skakaną z drugiej strony, co jednak nie zmieniało wiele. Po wylądowaniu usiadła głębiej w siodło, by nieco wyhamować Parkinsona z racji, że musieli się oboje skupić na wspomnianym dystansie. Starała się jak najgłębiej wyjechać dany zakręt, żeby zyskać czas na wyprostowanie, dlatego też prawą łydką wyraźnie poprosiła konia o zgięcie w żebrach, podtrzymując go na zewnętrznych pomocach. Przy tym nie przekrzywiała się w siodle i nie zaburzała jego równowagi, a znalazłszy się już na prostej do przeszkody wyrównała działanie pomocy, znowu podbierając bardziej jego zad, aby zachęcić do jego wzmocnionej pracy. W międzyczasie upewniła się też, że Parkinson dobrze odczytał jej intencję zmiany nogi i galopował teraz na prawo. Za chwilę zabrała się z nim do lotu nad dwójką, która teraz pełniła rolę piątki, utrzymując swój ciężar w strzemionach i nie obijając się o jego grzbiet.
Po przeskoczeniu piątki miała już bliską drogę do krótkiej ściany, ale nie podkusiła się na przejechanie jej, zamiast tego zaledwie chwilę po wylądowaniu spowalniając go do kłusa po półparadzie i zablokowaniu miednicy. W kłusie wyjechała dość wąską półwoltę, z pomocą której zawróciła na trójkę o standardowym wyglądzie. Tym sposobem po chwili postawiła ich już na prostej do przeszkody, jadąc jednak w nieco skróconym galopie, który umożliwiał jej takie manewry. Nie należały do najłatwiejszych, dlatego nie męczyła konia jeszcze zagalopowaniem na dokładkę i najechała na stacjonatę z kłusa, co raczej nie miało stanowić dla niego większego problemu przy tak niewielkich wysokościach. Tradycyjnie zsynchronizowała się z nim w locie, a po wylądowaniu podtrzymała galop na lewo, którym najechała na przeszkodę rozpoczynającą całe skoki. Najazd był już bardzo prosty, więc nie wątpiła w to, by koń sobie z nim poradził, skupiając się natomiast na skumulowaniu jego energii przed skokiem, do którego zachęciła go łydką lub cmokaniem.Parkinson - 2020-05-22, 23:19 Rzadko kiedy spotykało się jakieś udziwnienia w konkursach niższych klas skokowych. Zwykle były one domeną wyższych, chociaż czasami się zdarzały, gdy twórcom toru przeszkód nie brakowało kreatywności. Parsknął cicho, gdy kobieta go pochwaliła, po czym jechali dalej! Galopował z prawej nogi, wpisując się w to, co Mary zaplanowała, oddychając ciężko, chociaż widać było, że czerpie z tego treningu wiele przyjemności. Został nakierowany na dwójkę z lewej strony, na prostej unosząc praktycznie automatycznie przód i obserwując zarówno przeszkodę, jak i dystans. Trybiki w jego łbie pracowały na najwyższych obrotach i czuł się już mocno zmęczony, ale jednocześnie nakręcał się na dalsze ćwiczenia skokowe. Skok nie sprawił mu problemu, po prostu był na drugą stronę. Dobrze wycenił odległość, polegając głównie na kobiecie, odbijając się we wskazanym przez nią miejscu i miękko lądując po drugiej stronie. Starał się również odpowiednio wygiąć do zakrętu, by głęboko go wyjechać i by ułatwić sobie dalsze zadanie. Było to dla niego dość trudne, nie był koniem zbyt wygimnastykowanym, szczególnie jak nikt z nim nie trenował regularnie. Wyprostował się dość prędko, równając przy tym tempo, a zad pracował bardzo mocno, będąc motorem napędowym Parkinsona, a dzięki temu pozostawał lekki na przodzie. Bez problemów pokonał kolejną przeszkodę, będącą tą samą, ale jednak pełniła inną funkcję, lądując po niej dość ciężko, jednak nadal ze swoistą, naturalną gracją. Zwolnił posłusznie do kłusa, jednak pozostawał on bardzo żywy, Parkinson wyciągał daleko nogi i czekał na dalsze sygnały. Wprowadzenie na wąską półwoltę nieco ostudziło jego zapał, przez co musiał zwolnić i wyrównać tempo, by odpowiednio zgiąć się w żebrach i przypadkowo nie wypaść z zakrętu i nie rozbić się gdzieś na piachu. Na prostej do trójki, poruszał się zdecydowanie skróconym kłusem, jakby samemu wiedząc, że teraz wyciągnięcie nie jest zbyt mile widziane, a także wychodząc z ciasnego łuku, zdecydował się sam pozostać w najniewygodniejszym dla niego chodzie. Wysokość mu nie przeszkadzała, na prostej przed przeszkodą złapał odpowiedni rytm, dzięki czemu mógł mocniej obciążyć zad, chociaż trochę było mu ciężko tak pracować. Dlatego też skok był raczej wycelowany w górę niż w przód, istniała realna obawa, że Parkinson zostanie brzuchem zawieszony na drągu, ale udało mu się pokonać przeszkodę z jedynie niewielkimi trudnościami. Na sam koniec tej części przejazdu został nakierowany na jedynkę, galopując na lewą nogę. Cmokanie i sygnały podziałały na gniadego, który zaczął się nakręcać i magazynować resztki energii, którą miał w zadzie do wyższego skoku, najeżdżając mocnym, energicznym tempem. Uniósł się na przodzie, bardziej skupiając się na tym, żeby właściwie się odbić, a po wyskoczeniu wraz z podanymi przez Mary sygnały, wylądował gładko po drugiej stronie, już bez trąceń ani niczego, co mogłoby wpłynąć na jakość przejazdu.Mary Anna - 2020-05-22, 23:58 Po skoku ponad siódemką kontynuowała galop na lewo, do następnej przeszkody - tym razem poprzedniej czwórki - ponawiając najazd tak jak poprzednio, czyli z przekątnej. Utrudnieniem mogła być co najwyżej dwójka ustawiona blisko tego zakrętu, ale Mary poprowadziła konia tak, żeby zapewnić mu wystarczająco łatwy i bezpieczny najazd na przeszkodę. Wyczuwała, że koń był już zmęczony, ale trening i tak zmierzał do końca, więc najgorsze miał już z pewnością za sobą. Zakładając, że skok przez stacjonatę z ptaszkami nie sprawił im większego problemu, podobnie jak zmiana nogi w trakcie lotu, kobieta okrążyła parkur celem najechania na dwie przeszkody ustawione po prostej ostatni raz. Nie mogła przecież nie wykorzystać faktu, że oddzielało je te siedemnaście metrów, które tym razem chciała przejechać już na pięć fouli. Żeby go do tego odpowiednio przygotować, wykonała parę półparad i już przed pierwszym członem tej pseudo kombinacji lekko go skróciła, mocniej obciążając jego zad i prowokując do okrąglejszej, pełnej fouli. Z niej też miał oddać skok, po którym poprosiła go o już dużo wyraźniejsze skrócenie, żeby przypadkiem ostatni krok galopu przed skokiem nie był urwany. Przypilnowawszy go dołem, w wygodnym dla obojga momencie wypuściła go do skoku, łydkami podkreślając to miejsce i wyczekując jego ruchu. Kiedy ogier odbił się od ziemi, przeszła do raczej skromnego półsiadu, który miał umożliwić mu swobodne pokonanie przeszkody.
Zależało jej na tym, aby trening zakończyć pozytywnym akcentem, dlatego w zależności od tego, czy ostatni skok wyszedł czysty, albo zdecydowała się na skok nad inną, losowo wybraną przeszkodą, albo przeszła bezpośrednio do kłusa i zjechała na duże, dwudziestometrowe koło, na którym wykonała żucie z ręki. Działając subtelnymi półparadami, prosiła go o wyciągnięcie i rozluźnienie szyi bez tracenia kontaktu, do końca treningu nie zbierając już wodzy i trzymając za samą sprzączkę. Ostatnich kilka minut poświęciła na rozkłusowanie go na obie strony, nie zapominając o różnych figurach, które miały mu pomóc w uspokojeniu się i rozluźnieniu mięśni. W końcu przeszła do stępa swobodnego, w którym dała mu wystarczająco dużo czasu, aby wysechł i nie naraził się na kontuzję. Po porządnym rozstępowaniu zatrzymała go i zsiadła z jego grzbietu, od razu luzując popręg i klepiąc po spoconej szyi. Przełożyła wodze i wyprowadziła go z parkuru do stajni.
/ztParkinson - 2020-05-23, 00:43 Kontynuował galop na lewo, nie rwąc się już tak do pędzenia i biegania. Najchętniej teraz to by odpoczął sobie w kłusie lub w stepie, bo zdecydowanie się napracował, ale przecież nie podda się w środku skoków. Jeszcze podczas pracy ujeżdżeniowej czy innej to pewno by się zbuntował, ale tu jego wielkie serce pełne miłości do skakania uniemożliwiało mu podjęcie takiej decyzji. Tym razem skierowali się do czwórki, również podążając do niej po przekątnej. Parkinson był już przyzwyczajony do dziwnego wyglądu tych przeszkód, dlatego najazd i przeskoczenie nad nią nie stanowiło dla niego większego problemu. W trakcie lotu zmienił nogę prowadzącą, z tym akurat nie miał problemów, bo zawsze noga, na którą jeździec wskazuje, by była tą prowadzącą, jest zawsze prawidłowa i jest mu po prostu wygodniej. Okrążył cały ich parkur dość zrównoważonym jak na niego tempem, nie wyrywając się ani też nie przyspieszając, a wleczenie nie było w jego stylu. Przed pierwszym członem zaczął skracać krok, co jeszcze mocniej go zaczęło męczyć, jednak obciążył zad oraz stawy skokowe, unosząc przy tym przód. Było mu niewygodnie, ale nie próbował przeforsować swoich warunków, bo nauczony był szacunku do człowieka siedzącego na jego grzbiecie, a błędy popełniane przez niego stanowiły albo część fetyszu gniadego, albo jego gapiostwo. Pierwsze skrócenie było niczym w porównaniu z tym, co stało się po czystym skoku, bo Mary go poprosiła o jeszcze wyraźniejsze skrócenie, przez co zgubił tempo, którym się wcześniej poruszał, będąc po prostu zmęczonym. Niemniej starał się, jak tylko mógł, by dojechać do przeszkody i prawidłowo się odbić, unosząc się ponad drągami i lądując po drugiej stronie. Ewentualne kończenie treningu milszym akcentem było wykonane już nieco żywiej, bo Parkinson nie musiał tak mocno męczyć swoich stawów i poruszał się galopem roboczym. Zwolnił do kłusa, wydłużając stopniowo szyję i wyciągając głowę, przeżuwając wędzidło w pysku. Stopniowo rozluźniał mięśnie ciężko pracujące podczas treningu, a prawidłowo przeprowadzone wyciszenie na koniec pozwoliło mu uniknąć większej bolesności mięśni na kolejny dzień. Nie miał nawet siły myśleć o świecie zewnętrznym, jego mały umysł zdołał się przegrzać od intensywnej pracy, dlatego też pozwalał robić ze sobą, co tylko kobieta chciała. W końcu ich trening dobiegł końca, Anna zeszła z niego, chwaląc go i poprowadziła do stajni, a on za nią podążył bez sprzeciwów.
ztMary Anna - 2020-05-26, 20:49 Wróciła na parkur już z Boldem, gdzie szczęśliwie ciągle było pusto, więc nikt nie miał im przeszkadzać. Podprowadziła srokacza do schodków, przy których sprawdziła jeszcze, czy cały sprzęt dobrze leży oraz dopięła popręg, a trzymając za wodze uniemożliwiła mu ucieczkę przed tym. W końcu jednak wpakowała jedną nogę w strzemię i odbiła się od ziemi, znowu przytrzymując wodze, by nie ruszył przy tym. Miękko opadła w siodło i wsadziła drugą stopę w strzemię, a poprawiwszy się w siodle, dała mu łydkę do stępa. Jeśli postanowił ruszyć z miejsca według własnego widzimisię, zatrzymała go i pozwoliła ruszyć dopiero po chwili nieruchomości. Póki co wodze trzymała długie, ale w gotowości, chociaż na grzbiecie wałacha pewnie miała się czuć najbezpieczniej. Dosiadem prosiła go o energiczny ruch po pierwszym śladzie, nie wymagając nic ponadto na ten moment, licząc się z tym, że wyjście na zewnątrz mogło spowodować jego początkowe rozkojarzenie. Póki co zajęła się jego stopniowym rozgrzewaniem, na razie ograniczającym się do stępowania po całym parkurze, z regularnymi zmianami kierunku.Bold Venture - 2020-05-30, 17:06 Po drodze na parkur u Bolda ponownie doszło do głosu nabuzowanie i nadmiar energii, a także chyba chęci, bo próbował przyspieszyć, by już, jak najszybciej znaleźć się na miejscu. Nie było to jednak groźne, wałach nie opierał się mocno przed sprowadzeniem na ziemię a jedyne co można by mu zarzucić to nadmiar młodzieńczego wigoru. Po wejściu na parkur rozejrzał się wokół, szczególną uwagę poświęcając ustawionym przeszkodom. Zatrzymał się w końcu koło schodków, gdzie Mary poprawiła sprzęt i docisnęła popręg, aby wdrapać się na jego grzbiet. Nie ruszył się jednak z miejsca, chociaż miał na to wielką ochotę i niecierpliwił się każdą sekundą zwłoki. Kiedy jednak ruszyli Bold nie powstrzymywał się już dłużej, przechodząc samoistnie do kłusa, zapewne wbrew temu, czego oczekiwała od niego Mary i w tym kłusie pozostał przez chwilę, w końcu jednak reagując na jej pomoce, ale trzymając się energicznego tempa w stępie. Może nie był jakoś zdekoncentrowany, ale odrobinę roztrzepany, chciał za dużo rzeczy na raz, ponosił go entuzjazm, jakby siedział w boksie nie wiadomo ile, chociaż przeczesz większość czasu spędzał na padoku, gdzie ruchu mu de facto nie brakowało.