Laylah - 2020-01-07, 11:47 Widząc, że ogier pewnymi obawami darzy przyczepę, odwróciła go od niej i ruszyła jak najdalej od niej, by go dalej nie niepokoić. Po odprowadzeniu go do jego boksu i po tym, jak spojrzała, czy się dogaduje z kolegami obok, ruszyła z powrotem do Severina, który pozostał bliżej parkuru niż bliżej stajni.
- Oczywiście, że będę. Będzie miał jak najlepiej - zapewniła wuja zdecydowanym głosem. Wiedziała, z jakimi konsekwencjami szło posiadanie konia, była na nie przygotowana i miała wszelką potrzebną wiedzę. A przynajmniej podstawy, bo sama nigdy doświadczenia nie miała prawa nabrać. Sięgnęła po podane jej dokumenty, od razu przyczepiając się do literatury, by mogła poznać imię swojego nowego podopiecznego. A więc Aristo. Przejrzała również rodowód ogiera, który miał naprawdę dobre pochodzenie. Nawet Laylah, nie za bardzo zaznajomiona z rasą arabską, kojarzyła parę imion.
- Jest piękny i widziałam, jak się rusza. I ma naprawdę bardzo dobre pochodzenie. Skąd ty wziąłeś takiego konia? - zadała pytanie, podnosząc kącik ust. Nie chciała się nawet pytać, ile kosztował, bo pewno majątek. Jednak wiedziała, że policjant miał pieniędzy jak lodu, jednak musiał też mieć powód i trochę wiedzy. A z tego, co kojarzyła, to mężczyzna nie bardzo znał się na koniach. Spojrzała jeszcze raz na dokumenty. Teraz to była ona jego właścicielką. Nie mogła w to uwierzyć. Ma swojego własnego konia i nie musiała na niego zarabiać.
- A w jakiej dyscyplinie startuje? Czy jest zajeżdżony? - zadała dwa podstawowe pytania, chcąc wiedzieć, z jakim koniem na do czynienia. Miała nadzieję, że mężczyzna nie rzucił jej na głęboką wodę.Severin Bamont - 2020-01-08, 18:44 - Nie wątpię - uśmiechnął się puszczając do niej oko. - Oczywiście, że ma bardzo dobre pochodzenie. Polecił mi go znajomy, który zna się na koniach. Poza tym nawet taki ignorant jak ja potrafi odróżnić dobrego konia od chabety - zaśmiał się, idąc nieśpiesznym krokiem przez teren stadniny. - Tego nie wiem. Na pewno jest zadbany i dobrze ułożony, skoro pochodzi ze znanej i dobrej hodowli, więc pewnie był przyuczany do chodzenia pod siodłem. A jeśli nie, to z pewnością szybko go tego nauczysz - stwierdził rozglądając się po terenie stadniny. - Całkiem przyjemne miejsce - zauważył. - Masz jakieś plany na dzisiejsze popołudnie? Pewnie będziesz zajmować się swoim rumakiem- spytał z uśmiechem, kierując się w stronę parkingu. Delgado szedł przy jego nodze z nosem przy ziemi i czujnie postawionymi uszami.Laylah - 2020-01-12, 13:36 - Widzę, że dobry ten znajomy - odpowiedziała z uśmiechem, który był lekko zadziorny. Lubiła rozmawiać z wujem, pomimo znacznej różnicy wieku dobrze się dogadywali. Rzeczywiście, łatwo było odróżnić dobrego konia od chabety, ale jak stoją przy sobie pięć koni tej samej rasy i hodowli, to trudno było wybrać tego najlepszego. A widocznie Severinowi i jemu znajomemu dobrze się udało ustrzelić.
- No dobra, to go za parę dni sprawdzę. Zobaczymy, co umie - powiedziała, nie mając za złe mężczyźnie, ze o to się nie zapytał. Jak będzie jeździł westernowo, to już jest połowa ich sukcesu. Gorzej, jakby Laylah dostała konia, który chodzi w wyścigach czy klasycznych dyscyplinach, bo wtedy prezent byłby nie bardzo trafiony.
- Tak. Jak trochę odsapnie, to oprowadzę go po niektórych placach, jak będzie taka możliwość. Nie chcę, żeby się zestresował, jak będziemy iść na lonżownik czy halę, jak będę mieć w planach trening - powiedziała z lekkim uśmiechem, już w głowie mając cały plan pracy z Aristo. Również ruszyła w kierunku parkingu, idąc po drugiej stronie mężczyzny, niż Delago, który nie odstępował swojego właściciela na krok.
- Pewno będziesz jechać do pracy, co? Dużo masz spraw do rozwiązania? - zadała parę pytań, by podtrzymać rozmowę, chowając jednocześnie dokumenty swojego nowego rumaka. To ci dopiero! Ma własnego konia!Severin Bamont - 2020-01-12, 18:19 Przemierzając teren stadniny, co i raz zerkał w dół, uważając by w nic nie wdepnąć. Zdecydowanie nie najlepiej się czuł w takim otoczeniu, ale ucieszył się z możliwości spędzenia trochę czasu z siostrzenicą i podarowania jej wymarzonego prezentu, który już od dawna chciała mieć.
- Dziś mam wolny dzień, więc postanowiłem go wykorzystać na sprawienie Ci prezentu. Wiem, że od zawsze marzyłaś o własnym koniu, a mi często zdarzało się zapominać o Twoich urodzinach, ale liczę na to, że ten prezent wszystko Ci wynagrodzi - uśmiechnął się przepraszająco, bo jeżdżąc po świecie i wykonując bardzo poważne i często niebezpieczne zlecenia, trudno mu było znaleźć czas dla rodziny, którą ostatnimi czasy bardzo zaniedbywał, ale chciał to naprawić, tym bardziej że przecież obiecał swojej siostrze, że będzie miał jej córkę na oku i nie chciał zawieść, choć dziewczyna wydawała się doskonale sama sobie radzić. Poza tym na miejscu byli jeszcze jej dziadkowie ze strony matki, czyli jego rodzice, choć oni też byli pochłonięci swoimi sprawami.
- Obecnie pomagam koledze w śledztwie dotyczącym nielegalnej hodowli agresywnej rasy psów. Otrzymaliśmy zgłoszenie, że pracujące tam osoby są wykorzystywane seksualnie, więc postanowiliśmy to sprawdzić - dodał udzielając odpowiedzi na jej pytanie. Taka sprawa była dla niego błahostką w porównaniu ze zleceniami, jakich się podejmował, przeprowadzając negocjacje ze złoczyńcami najgorszego asortymentu, dzięki czemu uratował życie wielu osobom, porywanym dla okupu lub zemsty. Było to bardzo odpowiedzialne i często ryzykowne zajęcie, ale dawało mu ono prawdziwą satysfakcję i poczucie spełnienia, a także sławę i znaczenie do jakich zawsze zmierzał.
- A zatem życzę dużo radości i owocnej współpracy z nowym pupilem - uśmiechnął się do niej, docierając na parking, gdzie zostawił swój czerwony, sportowy samochód marki Lamborghini Gallardo.Laylah - 2020-01-13, 13:30 Dla takiego mieszczucha, jakim był wuj, to oczywiste, że ciężko mu było się przyzwyczaić do takich okolic. Prawdopodobnie Laylah pewno też by się nie czuła zbyt dobrze, gdyby nagle została wrzucona z życia wielkiego miasta do stajni, gdzie wszystko odbywało się w dość prymitywny sposób.
- Wynagrodził i to z nawiązką - powiedziała z uśmiechem, nawet nie pamiętając konkretnie, o których urodzinach Severin zapomniał. Sama nie przywiązywała wagi do takich drobiazgów, oczywiście, na początku trochę bolało, ale potem się wszystko normowało.
- Och. Brzmi strasznie. Mam nadzieję, że to będzie prawda - odpowiedziała na jego opowieść, krzywiąc się lekko przy tym. Wykorzystywanie seksualne było jedynie godne potępienia. Kobieta nie rozumiała, dlaczego ludzie tak robią, jednak na szczęście nigdy to jej nie dotknęło. Być może dlatego, że nie ma zbyt dużo znajomych ani nie wychodzi za bardzo do ludzi.
- Dziękuję. Jakby Aristo umiał chodzić pod siodłem, to pewno go zabiorę na zawody, które są odbędą za niedługo. Chcesz może przyjść mi pokibicować? - zadała pytanie z lekkim uśmiechem. Miała na oku jeszcze parę koni westernowych, na których mogłaby wystartować, jednak praca z własnym podopiecznym będzie dużo bardziej satysfakcjonująca, niż na tych należących do innych czy nawet do Orchardu.Severin Bamont - 2020-01-13, 17:00 - Właśnie dlatego trzeba to sprawdzić. Hodowlę i tak trzeba będzie zamknąć, skoro jest prowadzona nielegalnie - powiedział zatrzymując się przy samochodzie. - Zawody? Kiedy dokładnie się odbędą? - spytał popatrzywszy na nią uważnie. Nigdy dotąd nie był na żadnych zawodach konnych i chętnie by jej pokibicował, o ile tylko będzie mógł być na nich obecny, czego nie mógł obiecać.Mary Anna - 2020-02-08, 14:54 Dzisiejsza pogoda aż zachęcała do wychodzenia na zewnątrz, tak więc Mary zdecydowała się na trening na parkurze piaszczystym. Dla konia pobyt na dworze miał być z pewnością bardziej komfortowy od zamkniętej hali. Było ciepło, ale jednocześnie słońce nie przeszkadzało, rażąc w oczy, co automatycznie zwiększało komfort dla ich obojga. Wprowadziła go na plac i od razu podprowadziła do schodków. Sprawdziła sprzęt, opuściła strzemiona i dopięła popręg, jeśli Parkinson miał w nawyku bawienie się w rozdymkę przy tej czynności w stajni. Przytrzymując go za wodze w jednym miejscu, wsadziła jedną nogę w strzemię i odbiła się od schodków, żeby miękko opaść w siodło, unikając bolesnego klapnięcia na jego plecy. Poklepała go po szyi, o ile przy wsiadaniu zachował spokój, po czym dała mu łydkę do stępa, kierując go wzdłuż pierwszego śladu. Wodze na razie utrzymywała długie, a dosiadem oraz łydkami egzekwowała od niego aktywne, regularne kroczenie. Nie wiedziała, w jakim stanie był Parkinson i ile czasu potrzebował na rozgrzewkę, ale zawsze wychodziła z założenia, że lepiej poświęcić na to parę minut za dużo niż za mało. Dość często zmieniała kierunek jazdy, najczęściej przez krótką przekątną, dzięki temu zyskując pewność, że rozgrzeje go równo na obie strony, a także nie zanudzi go na śmierć. Ten czas wykorzystywała jako możliwość na wczucie się w rytm stawianych przez niego kroków - dosiadem nie blokowała więc jego ruchu, a jedynie płynnie za nim podążała.Parkinson - 2020-02-19, 13:07 Pogoda im sprzyjała, dlatego też wyszli na zewnątrz, na co gniady podniósł głowę i zarżał na sam początek, nawołując kogokolwiek, kto by aktualnie był w pobliżu. Niestety, na chwilę obecną jedynie oni korzystali z uroków pięknej aury. Może to i lepiej? Im mniej bodźców będzie rozpraszało Parkinsona, tym lepiej dla Mary. Weszli na plac, na którym był pierwszy raz, dlatego z uwagą rozglądał się po piaszczystym podłożu i po rozstawionych dookoła niektórych przeszkodach. Podprowadzenie do schodów ogiera nie było łatwe, trochę się wiercił i kręcił, uniemożliwiając przez dłuższą chwilę sprawne wsiadanie. Jednak gdy już kobieta zdołała go ustawić do pionu, stał nawet spokojnie, jedynie poruszając głową, jakby pośpieszając kobietę, by już weszła. Na szczęście zrobiła to szybko i sprawnie, a gdy już odczuł jej ciężar ciała na swoim grzbiecie, postąpił jeden, nieśmiały krok do przodu, jakby sprawdzając, jak się zachowa kobieta w takiej sytuacji. Po sygnale, przeszedł do żywego, energicznego samego z siebie stępa, jednak był trochę spięty, co skutkowało wysoko niesioną głową i czujnym rozglądaniem się po okolicy, dużą uwagę przywiązując do tego, co już się na parkurze znajdowało. Przez rozproszenie, reagował z opóźnieniem na pomoce kobiety, jednocześnie podwajając efekty swojej reakcji. Potrzebował sporo czasu, by móc się przyzwyczaić do nowego terenu, a jeszcze więcej, by nieco opuścić szyję i przejść do niższego ustawienia, rozluźniając niepotrzebnie spięte partie mięśni i krocząc energicznie, ale przy tym swobodnie.Mary Anna - 2020-02-19, 13:41 Przy wsiadaniu zadbała o to, żeby Parkinson pozostał w miejscu, raczej nie tolerując wszelkiego rodzaju wiercenia w trakcie tej czynności. Nie wynikało to z tego, że wsiadanie przychodziło jej z trudem, chociaż to w tym przypadku też mogło mieć wiele do powiedzenia przez to, że ogier był dość wysoki, w przeciwieństwie do niej. Bardziej zależało jej na zwyczajnym zachowaniu zwierzęcia, który najwyraźniej miał swoje nawyki. Podobnie było, gdy po wejściu spróbował ruszyć o jeden krok - zaraz go powstrzymała przed tym pomysłem, blokując wyraźnie miednicę i przytrzymując subtelnie wodze.
Przez pierwsze minuty stępowania nie wymagała od niego wiele, ale dostrzegła jego problem z wysokim noszeniem głowy. Dlatego też wzięła na pierwszy cel zmotywowanie go do odpuszczenia w potylicy i wejścia w niższe ustawienie, o co jednak nie walczyła ręką, bo to nie miało żadnego sensu, gdy nie miała go na kontakcie. Zamiast tego zaczęła go dosiadem dojeżdżać, zachęcając do oparcia się na ręce, która oferowała przyjemny kontakt. Powoli wdrażała także kolejne łuki, gdzie to wewnętrzną łydką i działaniem dosiadu prosiła go o zgięcie się w kłodzie, przez regularność zmian kierunków dbając o równomierność takiego rozciągania go. Mogłoby się wydawać, że ignorowała ustawienie jego głowy, ale w rzeczywistości skrzętnie pracowała nad jego rozluźnieniem, żeby tak zyskać trochę jego zaufania. Niedługo potem zaczęła wprowadzać również zatrzymania, wychodzące prawie wyłącznie z działania dosiadu i nóg, a dzięki którym miałaby pogląd na to, jak sprawował się ogier i czy rzeczywiście ma nad nim kontrolę. Wykazywała się przy tym anielską cierpliwością i chwaliła go za każde prawidłowo wykonane ćwiczenie, szczególnie entuzjastycznie robiąc to, jeśli zaczął w końcu schodzić z głową w dół.Parkinson - 2020-02-21, 10:57 Wsiadanie na pełnego energii konia, który rwie się do treningu, wcale nie było takie łatwe. Parkinson nie miał na tyle świadomości, aby wiedzieć, że tym nie skróci sobie czasu treningu, dlatego nim Mary zdołała go prawidłowo ustawić tak, aby stał, minęło trochę czasu. Jednak przed zatrzymaniem się nie wahał, stojąc w miejscu, chociaż nieco spięty oczekując na sygnały do stępa. Co jakiś czas kierował ucho w stronę dziewczyny podczas stępa, rozglądając się uważnie po obiekcie treningowym, a trochę mu zajęło zejście do niższego ustawienia. Szczególnie że przez nadmiar energii nie było to dla niego łatwe i już chciał przejść do bardziej wyczynowych punktów programu, niż stęp. Machnął ogonem, przeżuwając wędzidło w pysku, gdy nieco obniżył szyję, by zaraz potem ponownie powrócić do wyższego ustawienia. Koła i zakręty, a także częste zmiany kierunku pomagały gniademu się stopniowo rozgrzewać i rozluźniać, a dzięki niektórym zadaniom, mógł nie myśleć o tym, ile ma niespożytej energii w sobie. Dlatego też gdy wykonywali figury, w których kobieta więcej od niego wymagała, schodził nieco głową, starając się zadanie wykonać dość dokładnie, chociaż do perfekcji było mu daleko. Ale w końcu był skoczkiem, nie ujeżdżeniowcem, nie musiał wszystkich tych kółek robić idealnie. Zatrzymania na początku były dość ciężkie, nawet jeśli szły od działania dosiadu i łydek, nie ręki. Ogier zatrzymywał się niechętnie, z podniesieniem głowy i szyi oraz spięciem mięśni, na początku mocno zwalniając krok, by potem zatrzymać się w miejscu. Nie podobało mu się za bardzo to ćwiczenie, o czym Mary mogła się przekonać, ale jakoś je wykonywał. Jakoś. Wolałby przejść do skoków niż do zatrzymywań, nawet pomimo przyjemnych pochwał, jakimi go kobieta obdarzała.Mary Anna - 2020-02-21, 11:38 Nie od razu Rzym zbudowano, co Mary ciągle miała na uwadze i wiedziała, że nie osiągnie celu już za pierwszym razem. Niemniej każdą taką próbę doceniała, co dobitnie okazywała zwierzęciu, aby zachęcić je do powtarzania tego. Po tak nabuzowanym koniu mogła się wiele spodziewać, ale najpewniej nie chęci współpracy, niemniej i tak była całkiem zadowolona, a przynajmniej z pracy w stępie. Jeśli chodzi o zatrzymania, tutaj miała więcej do życzenia, ale nie chciała się skupiać tylko na jednym elemencie i sprawdzać cierpliwości konia.
Dlatego w końcu przyszła pora na kłus. Zapobiegawczo sprawdziła popręg, a następnie dała ogierowi łydkę do wyższego chodu, w którym od razu zaczęła anglezować. Rytmicznym podnoszeniem się i opadaniem w siodle chciała wskazać Parkinsonowi odpowiedni takt i prędkość kłusa, który miał być aktywny, ale pod kontrolą, o którą ciężko miało być przez jego energię. Mary wolała jednak konia z nadmiarem energii niż takiego, od którego musiałaby egzekwować każdy pojedynczy krok i ciągle aktywizować. W kłusie znowu rozpoczęła stopniową pracę nad rozluźnieniem konia, początkowo wprowadzając delikatne łuki, a z czasem dodając ciaśniejsze koła i wolty, na czas których wracała do pełnego siadu dla lepszego komfortu ich obojga. Dzięki temu mogła dokładniej dopracować kształt figur, ale nie ukrywajmy - Suarez też nie pałała wielką miłością do ujeżdżenia. Niestety czy stety, jego podstawy były potrzebne także w skokach, bo umożliwiały przepuszczalność i dogadanie się z wierzchowcem, czego bardzo potrzebowała na takiej "świeżynce". Po okręgach przyszła pora także na ciekawsze ćwiczenia jak chociażby ósemki czy serpentyny, które miały pomóc jej ustawić konia na pomocach i zachęcić go do zejścia głową niżej. Na wszelkiego typu łukach znowu polegała głównie na swoim dosiadzie i łydkach, wyraźnie obciążając wewnętrzną stronę siodła bez przekrzywiania się w biodrach, a tą samą łydką prosiła o wygięcie się, rysunek dopracowując drugą nogą cofniętą delikatnie za popręg. Kiedy miała już pewność, że koń idzie rozluźniony i nie będzie ryzykowała poniesieniem wraz z wprowadzeniem nowych ćwiczeń, do których tym razem miała już wykorzystać rozłożone drągi, zdecydowała się na przejście dalej. Jadąc żywym, energicznym kłusem, skierowała gniadego na rząd drągów ułożonych pod jego naturalny krok. Zamknąwszy go w korytarzu pomocy, dbała o jazdę na sam środek pierwszego drąga po prostej linii, tak więc na utrzymaniu równego działania ręki i łydek. Półparadą jedynie zabiegła o jego uwagę, aby w momencie wejścia na drążki oddać mu lekko rękę i pozwolić uwypuklić grzbiet. Dodatkowo łydkami podkreślała mu to, kiedy powinien podnosić wyżej nogi, chociaż ogier raczej nie powinien mieć z tym większego problemu.Parkinson - 2020-02-21, 13:30 Parkinson nie był typem konia, który gna na łeb na szyję. Nauczony został szanowania jeźdźca i nawet, jak troszkę próbuje jego umiejętności, tak nie jest to nic niebezpiecznego dla tego, kto na nim siedzi. Szczególnie że jak jest w regularnym treningu, to sprawa wygląda zupełnie inaczej, bo jego energia ma ujście w dość wyczerpującej siły dyscyplinie, a obecnie nie był on zbyt często brany. Jedynie na karuzele, jednak ta aktywność nie była w stanie nawet częściowo obniżyć jego poziomu energii. Przyspieszył dość wyrywnie do szybszego chodu, dopiero po chwili nieregularnego i spieszącego się kłusa regulując rytm i dostosowując się ruchami nóg do anglezowania dziewczyny. Okręgi nie stanowiły dla niego problemu, pomimo że nie wykonywał ich jak całkowicie poprawie i potrzebując nieco więcej czasu nad rozgrzaniem gorszej strony, jednak w miarę postępu ich pracy w kłusie, nawet rozpoczął obniżanie szyi i stopniowe rozluźnianie się. Mary zaczęła wplątywać w ich rozgrzewkę następne ćwiczenia, które wykonywał na początku krzywo. Przy prostych na serpentynach spływał nieco na jedną stronę, nie było to jednak nic, czego nie dałoby się ustabilizować pomocami. W łuki rozpoczął wpasowywać się całym ciałem, odpowiednio wyginając się w kłodzie i zginając szyję, jednak nie było to zbyt częste zjawisko u niego i większość zakrętów pokonywał dość sztywno. Chociaż przynajmniej rozpoczął nabierać elastyczności. Nie brakowało mu też zapału do pracy, dlatego Mary musiała go nieco wstrzymywać podczas kłusowania po prostych, bo za bardzo rozpoczynał się rozpędzać i nakręcać na wyższe tempo. Podczas jednego z etapów, w którym szedł nawet rozluźniony, kierując co jakiś czas jedno z pary uszu w kierunku jeźdźca, został nakierowany na drągi, dlatego podniósł głowę i szyję, skupiając się na nich. Podczas przechodzenia nad nimi, gdzie odpowiednio rozciągnął się i rozpoczął podnosić nogi, w pewnym momencie na dwóch końcowych drągach pozwolił sobie na dyskretne stuknięcie kopytem o drewienko, na co parsknął aż w zadowoleniu. Troszeczkę je przy tym przestawił, ale nie jakoś drastycznie, bo samo stuknięcie było niezwykle delikatne i mające na celu jedynie wywołanie hałasu. Resztę nóg podnosił prawidłowo, dlatego nie miał absolutnie żadnych problemów z przejściem tego ćwiczenia, prócz tego jednego mankamentu.Mary Anna - 2020-02-21, 14:16 Przymknęła oko na niezbyt płynne przejście do kłusa, które ostatecznie nie było aż tak nieprawidłowe i wynikało głównie z nadmiarów energii konia, których zaraz mieli się pozbyć. Na wszelkich łukach starała się stosować na tyle delikatne sygnały, aby nie ryzykować usztywnieniem konia, ale kiedy tylko to się pojawiało, rozpracowywała je subtelnymi, krótkimi półparadami. Szczególnie dużo uwagi poświęcała jego gorszej stronie, którą mogła rozpoznać dość szybko przez to, że koń mniej chętnie wyginał się na nią. Z kolei na prostych serpentyny lekko przyłożoną łydką do jego boku ograniczała schodzenie w bok, utrzymując go na wyznaczonej trasie, która co prawda i tak najpewniej nie była zbyt symetryczna bez pomocy czworobokowych literek, ale Mary podchodziła dość lekko do tego treningu.
Nie miało to jednak oznaczać, że zignorowałaby jego puknięcie w leżący drąg, na dźwięk czego była wyczulona. Obejrzała się jedynie, aby skontrolować sytuację i zobaczyć, jak bardzo przesunął drążek i zaraz poprosiła obecnego tu pracownika, żeby poprawił go i ułożył w poprzedni sposób. Wtedy też zawróciła gniadego przez półwoltę i powtórzyła dokładnie to samo ćwiczenie, chcąc sprawdzić, czy poprzedni błąd wynikał z niedopracowania ze strony konia czy jej. W tym wypadku jednak dała mu nieco bardziej wyraziste sygnały z łydki, wspomagając się ewentualnie cmokaniem, gdyby koń dalej nie wykazał się odpowiednią ekspresją w swoim ruchu, która powinna wzrosnąć z wejściem na drągi.
Jeśli tylko za drugim podejściem udało im się pokonać je już bezbłędnie, pochwaliła konia entuzjastycznie, klepiąc go po szyi i dając chwilę luzu w ramach nagrody. Kiedy minęło mniej więcej pół minuty, zebrała z powrotem wodze i wprowadziła go na okrąg, chcąc przepracować jakieś spięcie mogące wynikać z powrotem do wcześniejszego ustawienia. Następnie skręciła znowu w stronę drągów, które w przerwie zostały od siebie oddalone tak, żeby wymagać od konia bardziej obszernego kroku. Mary uprzedziła go przed tym półparadą, a przy tym także nieco bardziej zaczęła wyjeżdżać go dosiadem, chcąc, żeby zaangażował również zad, a nie tylko wymachiwał dalej nogami. Tym sposobem wjechała na ułożonych sześć drągów, na których znowu podążyła ręką za jego pyskiem, umożliwiając swobodną pracę. Dalej sprawa wyglądała podobnie jak poprzednio, ale powtórzyła to samo ćwiczenie bez względu na to, czy Parkinson już za pierwszym razem przeszedł drągi poprawnie i bez kolejnego puknięcia. Jednak po drugim powtórzeniu skręciła na drugi szereg drążków, które z kolei wymagały od niego skrócenia.Parkinson - 2020-02-22, 14:41 Zadowolony stwierdził, że puknięcie w drąg tak samo działa na ludzi w Orchardzie, jak w poprzednim miejscu zamieszkania, bo od razu został skierowany ponownie na ustawiony szereg drążków. Tym razem już nieco obniżył głowę, zastanawiając się w swoim małym rozumku, co przyniesie mu więcej korzyści - bezbłędne pokonanie drągów, czy też ponowne stukniecie kopytem, by usłyszeć ponownie ten słodki dźwięk oraz ponownie mieć możliwość przejścia prze drążki. Żadna z tych opcji nie była zła, ale stwierdził, że nie będzie przesadzać i najpierw chciał upuścić sobie trochę energii. Już na następny raz bardzo ekspresyjnie pokonał drągi, podnosząc wysoko nogi, chociaż bardzo go kusiło, aby w jednego z nich stuknąć. Parsknął zadowolony z wykonanego ćwiczenia oraz luzu, jaki Mary mu dała po pokonaniu leżących na ziemi przeszkód, wyciągając przy tym szyję i przeżuwając swobodnie wędzidło, poruszając się energicznym chodem, jednak tym razem cały czas pozostawał pod wpływem dziewczyny i nie rwał się już tak do pędu. Trochę zaczął korzystać z zapasów energii, a jego kondycja również nie była w najlepszym stanie, dlatego zaczął się nieco bardziej oszczędzać. Podczas ponownego zebrania go na kontakt, nieco spiął szyję, unosząc przy tym głowę i skracając krok, co mu się nie podobało. Mógł pracować na tak niskim ustawieniu cały czas, ale widocznie ludzie nie lubią, jak się ich pozbawia kontroli. W końcu ustawił odpowiednio szyję, przeżuwając wędzidło i poruszając ogonem, wyjeżdżając z okręgu i ponownie najeżdżając na drągi, które tym razem były szerzej ustawione. To się bardzo gniademu podobało. Tak podobało, że podczas przelatywania nad drągami, przy jednoczesnym mocniejszym obciążeniu zadu i zwiększeniu wykroku, nie stuknął w żaden drąg, orientując się dopiero po pokonaniu drągów, że czegoś nie usłyszał. Nikt nie powiedział, że był najmądrzejszym koniem w stajni. Ponowny najazd skutkował już wcześniejszym przeniesieniem energii na tył ciała konia, przez co zwiększyła się jednocześnie lekkość przodu. Podczas lekkiego zaokrąglania szyi i wyciągania nosa przed pion, zdecydował się na ponowne stukniecie o drąg, tą samą nogą i przy ostatnim pachołku leżącym na ziemi. Ze skróceniem było nieco gorzej, bo wymagało to od Parkinsona większej pracy zadu. Wolał zdecydowanie rozciągać nogi niż skracać wykrok, dlatego też styl, w jakim pokonał dane drążki, był sporo gorszy od poprzednich. Nie mógł wczuć się w rytm wyznaczony przez drewienka, jednak dźwięk przestawianych przed jego nogi drewienek ukoił jego delikatnie uniesioną frustrację.Mary Anna - 2020-02-22, 16:30 Nie miałaby nic przeciwko całemu treningowi w niskim ustawieniu, gdyby tylko jeździła na koniu, któremu mogłaby zaufać. Chociaż Parkinson nie wykazywał żadnych bardziej negatywnych zachowań czy nawyków, Mary nie mogła mu dać tego kredytu zaufania, mając już do czynienia z tyloma różnymi końmi, by wiedzieć, że musiała się wielu rzeczy spodziewać. Zadowolona z prawidłowego pierwszego pokonania rozszerzonych drągów, pochwaliła go entuzjastycznie, raczej nie przewidując tego, że przy powtórce ogier specjalnie zepsuje przy ostatnim z nich. Na razie jednak nie chciała męczyć go jednym ćwiczeniem w kółko, bo zwyczajnie oboje by się tym zanudzili, tym bardziej, że najwyraźniej ogierowi sprawiało niewyobrażalną przyjemność psucie każdego podejścia. Dopiero skrócenie wymagało wprowadzenie bardziej znaczących poprawek. Już przy drugim podejściu zaczęła bardziej podkreślać pracę zadu, który podstawiony ułatwiłby mu skrócenie, przy czym ręką domknęła go delikatnie, będąc jednak daleką od siłowego przytrzymywania i ganaszowania. Drągi nie były ustawione na tyle blisko siebie, żeby wymagać od niego nienaturalnego skrócenia, a jedynie widocznej zmiany ram. O ile przy drugim podejściu wypadło to lepiej, Mary zawróciła na drągi na wyciągnięcie, półparadkami uprzytomniając konia, że znowu musiał inaczej dopasować swój krok. Następnie dała mu półtorej minuty w stępie na odpoczynek, dając dłuższą wodzę dla swobodnego wyciągnięcia szyi i odsapnięcie.
Po tej przerwie dała mu łydkę do kłusa, w którym powtórzyła najazd na drągi, najpierw jednak kierując go na te na skrócenie i dopiero wtedy odbijając na wyciągnięcie. Jeżeli nie napotkała żadnych nieprawidłowości, zjechała w kłusie na ścianę, aby tam wykonać to ćwiczenie jeszcze raz, ale bez drągów. Na przemian więc prosiła go o wyciągnięcie kroku, wyraźnie wyjeżdżając go od tyłu do przodu, lub skrócenie, dbając również o płynność tych przejść. Nie były to za długie odcinki, żeby specjalnie nie zmęczyć konia, ale jeśli tylko zachował odpowiednie zaangażowanie i poprawność, mógł liczyć na pochwałę, a wkrótce także możliwość upragnionego zagalopowania. Mary wycofała zewnętrzną łydkę za popręg, a bujnięciem biodrami poprosiła go o przejście w wyższy chód, w którym od razu skierowała go na koło, gdyby poczuła, że traci nad nim kontrolę. W końcu trudniej byłoby mu pędzić lub strzelać baranki w zgięciu, prawda?