Noa - 2013-12-27, 16:18 Jakby działa mu się wielka krzywda, to by powiedział, tak? Niech już nie zgrywa takiego poszkodowanego świętoszka. Noa swoje wie, ot co. I to oczywiste, że zawsze ma rację... no dobra, nie zawsze, ale ciiii, nikt nie musi o tym wiedzieć, nieprawdaż?
- Yhhhym... bujać to my, a nie nas - powiedziała, uśmiechając się urokliwie.
No istne niewiniątko, chyba nikt temu nie zaprzeczy, prawda? Prawda?
Owszem, kobieta zdawała sobie sprawę z tego, że jej przyjaciel bywa nieobliczalny, ba, w trakcie kłótni, jakby był pod jakimś wpływem, przebywanie w jego towarzystwie mogłoby być ryzykowne. Jednak brunetki nigdy to nie obchodziło. Wiedziała, jak się zachowywać, chociaż i tak zdawała się na instynkt. Ani razu chłopak nie próbował zrobić czegoś durnego, a nawet jeśli próbowałby... nie, jakoś w to wątpiła.
- Twoje tak, a moje? Hmmh? - spytała się, uśmiechając się delikatnie.
Znowu się w niego wtuliła, jednak po chwili przeturlała się na bok, by go nie męczyć swoim ciężarem.
- Skarbie... - rzuciła mu znaczące spojrzenie, jakby chciała tym samym powiedzieć "ja swoje wiem".
Zawsze będzie się o niego martwić, to już było wpisane w jej naturę. Za bardzo jej zależało, by ot tak mieć chłopaka gdzieś, nawet jeśli dzieliło ich pięć lat różnicy. Czy tam cztery. W zależności od tego, kto jak będzie to liczył. Miesiącami, rocznikami i tak dalej.Sean Linbell - 2013-12-27, 16:30 A może by nie powiedział, bo nie chciał psuć tej pięknej atmosfery uśmiechów i radości? Był poszkodowanym świętoszkiem, ale ona jak zwykle mu nie wierzyła! Biedactwo z tego Seana.
- Wisisz mi masaż pleców za to leżenie na kamieniach - oznajmił dziewczynie, uśmiechając się uroczo. Nie dał jej dojść do słowa, gdyby chciała temu zaprzeczyć. To już zostało postanowione, nie ma odwołania. Przykre, ale prawdziwe. Noy musiała się z tym pogodzić. Miała inne wyjście? Nie.
Na wzmiankę o bujaniu zaczął się kiwać na boki, kiedy to jeszcze dziewczyna leżała na nim. Prawoo, lewo, prawo, leewo.
- Bujam nas. I co teraz?
Mimo tego, jaki był tak naprawdę Sean, miał pewne moralne granice. Nie bał się kraść, używać siły fizycznej i wchodzić w konflikt z prawem pod innymi względami. Ale jej przekonany, że w tej swojej nieobliczalności, nigdy nic nie zrobiłby najbliższym osobom. Choćby był pod wpływem czegokolwiek. A gdyby tak się jednak stało - nigdy by sobie nie wybaczył.
- Wybacz, nie wiem co znaczy Twoje imię - powiedział, wzruszając ramionami. Zresztą, czy to ważne? Równie dobrze też mogła być darem od Boga dla Seana. W myślach czasem zdarzało mu się nazywać Noy swoim aniołem stróżem. Nikt nie wie jakby skończył, gdyby nie ta dziewczyna, do której zawsze mógł przyjść.
- Słucham - powiedział, słysząc to jej 'skarbie'. Żaden z niego skarb. Spojrzał jej w oczy, wychwytując ten specyficzny wzrok. - To oznacza, że będziesz mi gotowała? - zapytał się. Zero powagi. To nie był czas ani miejsce, by mówić o poważnych sprawach. Chyba że Noa chce, aby Sean ponownie miał pesymistyczne myśli. Ale tego nie chce, prawda? Prawda.Noa - 2013-12-27, 19:30 Jak on jest biedactwem, to ona jest święta. No ale słysząc jego słowa nie zaoponowała, jedynie uniosła subtelnie brwi do góry, mrucząc coś cicho pod nosem.
- Zobaczysz, będziesz żałował jak odezwie się we mnie moje nazbyt wysokie libido - prychnęła, patrząc się na niego z łobuzerskimi ognikami w oczach.
Wyszczerzyła się do niego urokliwie, a w momencie niespodziewanego bujania parsknęła śmiechem.
- A gdybym powiedziała dosadniej to powiedzenie, ruchać to my, a nie nas, też byś to dosłownie zrozumiał? - rzuciła luźnym tonem, ewidentnie chcąc go zachęcić do słownej potyczki.
Noa też zdawała sobie z tego sprawę. Być może właśnie dlatego martwiło ją, gdy wdawał się w konflikty z prawem. Nie chciała odwiedzać go za kratkami. Zdecydowanie nie.
- A szkoda - wydęła lekko wargi w podkówkę.
Czy była aniołem stróżem Seana? Tego nie wiedziała. Za to doskonale pamiętała ich nielegalne wypady na miasto. Nikt nie mówił przecież, że kobieta jest niewinna i czysta jak łza. Też miała swoje za uszami, aczkolwiek miała pewnie większe ograniczenia niż przyjaciel, jeśli chodzi o łamanie prawa.
- W sumie... potrzebuję współlokatora. Albo najlepiej osoby, do której mogłabym się wprowadzić i dzielić z nią czynsz na pół - zaczęła powoli - wtedy mogłabym wynajmować swoje mieszkanie. Pracuję jako psycholog, wygrane z zawodach są całkiem duże, ale jednak chcę nieco zaoszczędzić, a utrzymanie koni i zapewnienie im dobrego bytu nieco kosztuje.
Chciała nieco zaoszczędzić na kupno lepszego mieszkania i trzeciego konia, albo kolejnego ogiera do krycia albo klacz, którą mogłaby kryć. W sumie sama nie wiedziała, czy to co mówi jest aluzją, czy po prostu pyta się chłopaka o radę.Sean Linbell - 2013-12-28, 01:09 W istocie, Noa była święta. A przynajmniej miała świętą cierpliwość wobec swojego przyjaciela. Zatem Sean był biedactwem. Wszystko do siebie pasuje, więc tym bardziej dziewczyna nie może odmówić masażu. Zresztą, wcale tego nie zrobiła, czym zaskoczyła Seana. Spodziewał się większego oporu. Od kiedy Noy stała się taka uległa?
- A to zależy w jaki sposób się to w Tobie odezwie - powiedział, spoglądając wyzywająco w oczy przyjaciółki. Jeżeli takimi odzywkami chciała go spłoszyć czy uciszyć - nie da rady. To on ma zawsze ostatnie słowo. Zawsze.
Ucieszył się, słysząc śmiech dziewczyny. Miło wiedzieć, że potrafi jeszcze kogoś doprowadzić do takiego stanu.
- Nie ma takiego powiedzenia, więc próbuj dalej, kochanie - odpowiedział swobodnie, bez większego zastanowienia. Spostrzegł, że Noa dzisiaj miała dzień na bycie odważną. Tak w ogóle, to było pewne, że prędzej czy później będą musieli się ze sobą przekomarzać. To była nieodłączna część ich rozmów i spotkań.
- Następnym razem postaram się znaleźć znaczenie Twojego imienia - a jak nie znajdzie, sam je napisze. Pod warunkiem, że będzie o tym pamiętał. Ostatnio miał trochę spraw na głowie, toteż nie mógł jej obiecać, że faktycznie poszuka tego znaczenia imienia. Ale, jak już to powiedział, postara się. Dobre i to.
- Kusząca propozycja - stwierdził, rozumiejąc słowa dziewczyny jako jasną aluzję - Ale liczyłem na to, że powiesz coś w stylu 'szukam osoby, której będę mogła gotować, robić codzienne masaże i dzielić z nią nie tylko czynsz'. Wtedy może jeszcze bym się nad tym zastanowił... - miał wymagania, ale przecież Noa mogła je spełniać bez problemu. Zresztą, nie powiedział nigdzie, że by się nie odwdzięczał za gotowanie oraz masaże. Wszystko jest do dogadania.
Prawdę mówiąc, Linbell nie posiadał własnego mieszkania, ale wynajmował je od miasta. Wynajmował za darmo, jeśli chciałaby wiedzieć.Johanna Lovissa - 2014-01-05, 14:07 Znów przyszła tutaj. Cholera, coś ciągnęło ją w to miejsce, jak gdyby spokojny szum fal obijających się o brzeg był ukojeniem dla serca, które domagało się odmiany od czegoś, czym była samotność. Cóż za zabawna sprawa, zważając na fakt, że przecież to łażenie na plażę i szukanie na niebie mew było właśnie kwintesencją samotności. Ale ona sama tego nie rozumiała. Nie chciała rozumieć, bo istotnym był fakt, że w tym miejscu mogła chociaż liznąć szczęścia, którego ostatnio tak piekielnie jej brakowało.
Przystanęła na brzegu, pozwalając falom oblizywać czubki jej butów. Sama nieco się skuliła i szczelniej otuliła kremowym płaszczem, pozwalając wiatrowi na bawienie się rozpuszczonymi, długimi włosami. Nieco przymrużyła jasne oczy, by od chłodnej bryzy nie łzawiły. Nic to jednak nie dało; stała i ryczała nad pieprzonym morzem, nie mogąc z tym kompletnie nic zrobić.Cameron - 2014-01-05, 15:16 Zatapiając stopy w zimnym piachu zawędrował aż tutaj, na plażę. Był tu kiedyś? Chyba nie. Chłód morskiej bryzy przeszył go, doprowadzając do dreszczy. Zdecydowanie podobało mu się to. Mógł zająć czymś myśli, gdyż był w iście podłym nastroju. Za sobą miał kolejną bezsenną, samotną noc przepełnioną koszmarami i poczuciem winy. Żołnierz to wyczerpujący zawód, zdecydowanie zostawiający ślady na psychice człowieka. Traumatyczne przeżycia poprzeplatane ze szczęściem przeżycia kolejnego dnia. Życie na krawędzi i ryzyko. Istnie wybuchowa (o ironio) i wyczerpująca mieszanka. A teraz? Teraz spokój i maszerowanie po ziemi, za którą nadstawia się karku na froncie.
Nie miał tu nikogo, nie walczył za rodzinę. Był sam, jeden, jedyny. Nie miał nawet psa. Nikt tu na niego nie czekał. Nikt nie był dumny, gdy Beckenridge wracał cało z kolejnej misji. Odznaczenia na mundurze, medale honoru… nie miały dla niego najmniejszego znaczenia. Walczył za swoich. Jego najbliższymi byli rówieśnicy z plutonu. Teraz nie miał nawet ich. Miał przerwę po powrocie z kolejnej krwawej misji, podczas której stracił połowę swoich kolegów, u których boku walczył.
Westchnął głęboko, przepełniały go żal i bezradność, które po pewnym czasie powodowały agresję. Wzrok miał skierowany w piach pod stopami, szeroka plaża wydawała mu się idealnym miejscem do wyładowania energii. Kucnął, uderzył pięścią w ziemię, po czym podniósł się i wziął rozbieg, chciał dobiec do brzegu w jak najkrótszym czasie. Nogi topiły mu się w piachu, lecz on nie zwracał na to uwagi – parł przed siebie nabierając prędkości. Podniósł wzrok w ostatniej chwili, lecz o chwilę za późno.
Okazało się, że nie jest tu jedyny i biegnie prosto na delikatną, nieco skuloną sylwetkę majaczącą gdzieś u brzegu. A właściwie nie biegnie… już wbiegł na kobietę zwalając ją i siebie samego z nóg. Wielka, masa mięśni spadła na nieznajomą w zaledwie oka mgnieniu - nie dając jej czasu na reakcję. Cholera. Mógł wcześniej się rozejrzeć... mógł zbadać teren, lecz będąc dziś nadzwyczaj zamyślonym po prostu wystartował i… doprowadził to tego incydentu.
Na całe szczęście – dla długowłosej - miał świetny refleks i nie przygniótł jej, tylko automatycznie podparł się na rękach w ostatnim momencie zatrzymując swoje ciało tuż nad jej i minimalizując wszelkie obrażenia. Z zewnątrz wyglądać to mogło jak zamierzony atak, ktoś mógłby wezwać policję… Z drugiej strony mogło to też wyglądać jak spotkanie po latach. Do wyboru. Cameron skalkulował szybko w myślach, to co się właśnie wydarzyło. Jak mogła go postrzegać nieznajoma? Cóż, był postawny, wyglądał groźnie, a wrażenie to potęgowały muskuły widoczne spod jego opinającej mięśnie koszulki. Pewnie terrorysta! Co taka drobna kruszyna mogłaby mu zrobić? Uderzyć? Proszę, przetrwał groźniejsze ataki.
Zlustrował wzrokiem swoją „zdobycz”, wojenny nawyk. Szukał wrogów nawet tutaj, w tym spokojnym, nieco odludnym miejscu. Automat. Jej profil wskazywał na to, że walczyła ze łzami. Coś w nim pękło.
Zawahał się.
Co prawda przepełniała go gorycz, lecz nie był samolubny. Zepchnął na bok swe troski, a na dotychczas poważną twarz przywdział rozbrajający i czarujący zarazem uśmiech, a następnie jednym ruchem podniósł swe cielsko z powrotem do pionu. Dotychczas znajdował się nad nią w pozycji pompki, zatem wstanie było dlań bardzo proste. Droga pani, przecież on nie jest groźny! On tylko sprawia takie wrażenie! Ten pan nosi w sobie mnóstwo szacunku dla kobiet, choć czasem bywa zbyt "do przodu" w stosunkach międzypłciowych, bywa bowiem zbyt pewny siebie.
Cameron niemalże od razu znalazł w tym co zrobił mnóstwo komizmu i starał się jakoś obrócić tę niezwykłą sytuację w żart. Jego humor zrobił zwrot o 180°. Z bezradnego i zmęczonego, zmienił się w czarującego i zawadiackiego faceta. Skierował swoje błękitne oczy na kobietę i wyciągnął w jej stronę otwartą dłoń, chcąc pomóc jej wstać. Spod rękawa jego rozpiętej, skórzanej kurtki motorzysty przyuważyć można było wojenną szramę - wiele ich szpeciło jego ciało.
- Bolało jak spadłem z nieba? – zażartował w jej stronę, przechylając nieznacznie głowę na bok z tym samym uśmiechem na twarzy. Mentalnie przygotowywał się na atak złości i frustracji, ponieważ upolowana piękność była cała w piachu.
/Przepraszam, że zajęło mi to tyle czasu, ale wstęp zawsze trochę koloryzuję, następne posty pójdą już sprawniej i będą krótsze, obiecuję! :-* / Johanna Lovissa - 2014-01-06, 13:55 /Jak dla mnie możesz pisać długie. Przyjemnie się czyta. : )/
Cisza została zakłócona przez czyjś bieg. Nie była żołnierzem, a refleks mogła wyćwiczyć jedynie na grach wideo, czego, swoją drogą, nie robiła. Wolała pojechać na konie i czuć wolność w długich, ciemnych włosach, podczas galopu na grzbiecie jakiegoś czterokopytnego cuda. Była przywiązana do wiatru odkąd pamiętała. Tym razem wiatr zagłuszył czyjąś obecność, będąc tym samym nie z nią, ale przeciw.
Poczuła uderzenie twardego, męskiego ciała, a następnie miękkość piasku pod plecami. Jak dobrze, że byli na plaży, w przeciwnym razie naprawdę mogłaby ucierpieć. A tak? Tak, cóż, skończy się na jednym, wielkim siniaku w miejscu, gdzie zderzyły się ich ciała. Z jednej strony dobrze, z drugiej - mogłoby być lepiej. Zaskoczona, leżała tak z zamkniętymi oczyma, by dopiero po dłuższej chwili je otworzyć. No proszę. Postawny, diabielnie przystojny mężczyzna właśnie wisiał nad nią, opierając się tak, jak gdyby chciał zacząć robić pompki. Swoją drogą, widać było, że często je robił. Dopiero kiedy wstał i wyciągnął do niej rękę, szybko zlustrowała jego całą sylwetkę, a uwierzcie mi, było na czym oko zawiesić. Otrzepała głowę, nie dowierzając, że w zasadzie taka sytuacja miała miejsce. Położyła jedną dłoń na bolącym biodrze, krzywiąc się przy tym nieznacznie, by zaraz wstać, używając do pomocy wyciągniętej ku niej, umięśnionej ręki. Jakoś tak odruchowo przygryzła usta.
- Byłeś rozpędzony tak, jak gdybyś musiał wziąć rozbieg po to, żeby wydostać się z samego środka Piekła. - mruknęła krótko, otrzepując biały, opinający szczupłą sylwetkę płaszcz. Była raczej wysoką, szczupłą kobietą, o przenikliwie zielonym spojrzeniu i długich, czekoladowych włosach. Na nogach miała obcisłe, miejscami przetarte dżinsy-rurki, zwieńczone parą zwykłych, zimowych butów na koturnie. Nigdy nie ubierała się zbyt wyzywająco, ani przesadnie nie malowała. Była urodziwa z natury, ale nie widziała potrzeby chwalenia się tym. Ponownie przyjrzała mu się uważnie, czując, że ten facet naprawdę, cholera jasna, naprawdę jej się spodobał. Wyciągnęła ku niemu dłoń, zaraz prostując się.
- Johanna. - przedstawiła się, w końcu wysyłając ku niemu ciepły uśmiech. Przecież nie będzie się na niego gniewała za taką pierdołę, prawda? Niejednokrotnie konie potraktowały ją gorzej...Matthew - 2014-01-06, 15:28 //Nie obrazicie się, że się tu wepchniemy? Postaramy się nie przeszkadzać. <:
Pod stajnią już Bella była skarana na małą utarczkę z fryzią, która bezkarnie wystartowała galopem. Zważywszy na to, że nie miała w pysku wędzidła o leciutkim działaniu, w ostatniej chwili powstrzymał się od szarpnięcia. Zamiast tego zaczął działać półparadami intensywnymi na miarę tempa jej galopu. Przy tym gadał do niej, prosił stanowczo: "Prr, debiluuu!" i ciągał czarnucha na siebie. W końcu ogarnąć się musieli, a potem Matt już bardzo konsekwentnie pilnował jej tempa, każdy zbyt mocne wyrwanie do zbyt szybkiego tempa karcąc cichym: "Nie" i ściągając półparadami bestię na siebie. Nie rozpędzajmy się tak na samym początku, świeżo bez podków, co?
Prosto spod Orchardu Matt podświadomie obrał kurs w miejsce, w które lubił od czasu do czasu zawitać. Wpierw jeszcze po wyjeździe ze stajni nie wiedział, czy naprawdę chce tu jechać i po prawdzie to kręcił się z Nemesis różnymi ścieżkami między pastwiskami, maneżami i innymi terenami należącymi do ośrodka. W końcu wybrnęli gdzieś w okolice lasu, ale Bellamy'ego coś tknęło i zaczęli się właśnie tu kierować, w stronę morza.
Tuptali sobie przeważnie powolnym stępem, zwłaszcza wtedy, kiedy jeszcze granic Orchardu nie przekroczyli. Potem gdy wjechali na jakąś miękką drogę obok lasu, Mefju postanowił zakłusować. Przypilnował fryzię by nie zadupczała żadnym szybkim tempem - wolał, żeby troszkę się teraz powlokła, ale dzięki temu miała okazję bardziej na spokojnie zapoznać się ze swoimi nagimi kopytami, z których to podków się pozbyli. I tak patrząc też na ten brak bucików przez klacz, to nawet nieźle, że idą na plażę, nie? Piasek raczej twardy nie jest, to jej kopytom nic nie grozi.
Kilkanaście minut tak pokłusował z nią powolutku, a następnie zwolnił ją do stępa, bo natrafili na drogę. Nakazał czerwonokudły dziewczynce swojej zatrzymać się, a sam rozejrzał się, czy mają przejście wolne. Nic nie nadjeżdżało w ich stronę, a jeden samochód właśnie odjeżdżał, znikając za horyzontem. Idealnie!
Matt popędził na powrót Smołkę do stępa, pilnując by pewnie weszła na drogę i nie wyrywała w szybsze tempo, bo szkoda kopyt. Gdyby coś ją straszyło, to ją uspokajał, gadając o pogodzie i innych pierdołach, głaskał, klepał po szyi.
Przeszli tą nieszczęsną drogę i za nią trafili znów na ścieżkę o miękkim podłożu, gdzie Bellamy zagonił klacz do żwawszego tempa, aktywnego kłusa mianowicie. Tam wystarczyło pokluczyć troszkę między nagimi krzewami, i już znaleźli się na wydmach, a zaraz i na plaży. Bingo!
Dokłusował z czarnuchem do brzegu, tam ją zwolnił, zatrzymał parę metrów od wody. Westchnął i rozejrzał się. Ładna okolica, nieprawdaż? Olśniewająca nawet.
Poprosił o wolnego stępa wzdłuż brzegu, poluzował lekko wodze, pochwalił kobyłkę jeśli do tego czasu dobrze się sprawowała.Nemesis - 2014-01-06, 16:11 Zaraz klaczucha zwolniłą, przecież tylko chciała się nacieszyć możliwością wyjścia. No zgłupiała po prostu, nie zauważając nawet zbytnio, że całe otoczenie pokrywa jakieś białe ustrojstwo. Dopiero, gdy zwolnili, fryzka zerknęłaprzed siebie, zatrzymując się i zbliżając chrapy do śniegu. Przebrała nogami w miejscu, prychajac w ziemię. Potem ostrożnie ruszyła śnieg chrapami, by w końcu spróbować. Biała woda? A jaka zimna. Wogóle zimno było.
Szczerze szkapina widziała to po raz pierwszy. Do Orchardu przyjechała na wiosnę, a w jej poprzednim domu śnieg był legendą. No może do teraz, w końcu te zmiany klimatu itp.
W końcu jednak ruszyłą ponownie, stawiając śmiesznie kroki. Nie ogarniała tego, co miała pod kopytami.
Wogóle jakoś miękuchniej jakby było, inaczej tak.
Na drogę weszła dzielnie, machnęła przy tym łbem, rżąc cicho. Dawno już po takim asfalcie nie lazła. Miła odmiana trzeba przyznać. Zeszła wreszcie z asfaltu, słysząc już w oddali warkot silnika. Było twardo, a po przejściu zrobiło się znów miękuchno.
Wtedy też przyspieszyłą do kłusa, pogoniona przez Mefja. Skręcała to w prawo, to znów w lewo, jak tam ją Mefju prowadził. Dotarli więc do plaży i kara stanęła w wyznaczonym miejscu.Cameron - 2014-01-06, 17:10 /zatem ciesz swe oczy! /
Podniósł brązowooką z ziemi… choć mówią, że z ziemi się nie podnosi. Cóż. Zasada pięciu sekund!
Uważnie przyjrzał się twarzy swojej nowej koleżanki. Czy oby na pewno nie jest na niego wściekła? Nie wyglądała na gotową zabić za splamienie swojego nieskazitelnie czystego dotąd płaszcza. Cameron odetchnął w duchu. Ten dzień prawdopodobnie właśnie stał się lepszy.
Skrzywił się nieznacznie słysząc jak jego brawurowe wyjście z kłopotliwej sytuacji (skwitowane niewinnym, acz dosyć śmiałym żartem) zostało ugaszone niczym papieros przy spotkaniu z czyjąś podeszwą. Piekło? Bywał i w Piekle. Długowłosa prawdopodobnie nawet nie zdawała sobie sprawy jak bardzo trafiła w jego czuły punkt. Przecież właśnie dlatego wziął rozbieg. Chciał uciec od dręczących go myśli.
- Johanna to bardzo trafne imię – stwierdził przywdziewając jeden ze swych tajemniczych uśmieszków. Zamknął delikatną dłoń nowo poznanej w ciepłym, pewnym uścisku swojej prawicy, po czym sam się przedstawił – Cameron – nadal nie zwalniając ręki mógł jej się wydać przedziwnym facetem… może zbyt do przodu. On jednak wyzbył się barier zaraz po ich zderzeniu, a po głowie wciąż pałętały mu się uprzednie słowa Johanny. Tak bardzo prawdziwe, tak bardzo trafne. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że wystarczająco długo się już przedstawia. Puścił.
W towarzystwie tej pani czuł się nad wyraz swobodnie. Chyba podświadomie wyczuł, że są w podobnym nastroju. Nastroju podłym, melancholijnym. Z resztą niewiele trzeba było by jednoznacznie orzec, że łzy tej kobiety nie świadczą o szczęściu.
Cameron schował jedną dłoń do tylnej kieszeni spodni, drugą zawiesił na swym karku rozglądając się tym samym po otoczeniu. Gdzieś w oddali zamajaczyła sylwetka jeźdźca na koniu. Sam nigdy jeszcze nie miał okazji wybrać się na konną przejażdżkę po plaży. Że też na to nie wpadł! Musi dodać tę czynność do listy rzeczy, które zrobi przed śmiercią.
Bardziej jednak skupił się na pogodzie. Ciemne chmury zasnuły niebo. Od rana utrzymywało się tutaj zachmurzenie. Promienie słoneczne sporadycznie przebijały się przez puchową kołdrę otaczających je chmur. Mówi się, że pogoda w znacznym stopniu wpływa na nastrój. Z tym Cameron musiał się zgodzić. Istnieje jednak odstępstwo od tej reguły. Owszem, otoczenie ma w dużej mierze wpływ na samopoczucie, wszystko jednak ulega zmianie jeśli jest się w odpowiednim towarzystwie.
- Przepraszam za ten niegroźny, mam nadzieję, incydent – zwrócił się na powrót do zielonookiej, poważniejąc. W swoich słowach ukrył nieme pytanie czy aby na pewno wszystko w porządku po ich zderzeniu. Owa zielonooka miała intrygującą aparycję i magnetyczne wręcz oczy. Cała jej prezencja była bardzo naturalna i skromna - w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tych słów. Urzekające, doprawdy! Od razu wzbudziła w Beckenridge’u zainteresowanie swoją osobą.
- Lecz nic nie dzieje się przypadkiem – orzekł obniżając ton swojego głosu o kwintę i przemieszczając dłonie przed siebie. Potarł ręce. Czy było mu zimno? Nie. Narzekać nie mógł. Jakby zamarzał, zacząłby od zapięcia kurtki, a nie od pocierania i tak ciepłych dłoni. Obdarzył Johannę kolejnym z asortymentu swoich czarujących uśmiechów. Czaruś.
Wzrokiem prześlizgnął się po swojej nowej znajomej.
- Nie jest Ci chłodno? – spytał marszcząc nieznacznie brwi.Noa - 2014-01-06, 21:39
Sean Linbell napisał/a:
W istocie, Noa była święta. A przynajmniej miała świętą cierpliwość wobec swojego przyjaciela. Zatem Sean był biedactwem. Wszystko do siebie pasuje, więc tym bardziej dziewczyna nie może odmówić masażu. Zresztą, wcale tego nie zrobiła, czym zaskoczyła Seana. Spodziewał się większego oporu. Od kiedy Noy stała się taka uległa?
- A to zależy w jaki sposób się to w Tobie odezwie - powiedział, spoglądając wyzywająco w oczy przyjaciółki. Jeżeli takimi odzywkami chciała go spłoszyć czy uciszyć - nie da rady. To on ma zawsze ostatnie słowo. Zawsze.
Ucieszył się, słysząc śmiech dziewczyny. Miło wiedzieć, że potrafi jeszcze kogoś doprowadzić do takiego stanu.
- Nie ma takiego powiedzenia, więc próbuj dalej, kochanie - odpowiedział swobodnie, bez większego zastanowienia. Spostrzegł, że Noa dzisiaj miała dzień na bycie odważną. Tak w ogóle, to było pewne, że prędzej czy później będą musieli się ze sobą przekomarzać. To była nieodłączna część ich rozmów i spotkań.
- Następnym razem postaram się znaleźć znaczenie Twojego imienia - a jak nie znajdzie, sam je napisze. Pod warunkiem, że będzie o tym pamiętał. Ostatnio miał trochę spraw na głowie, toteż nie mógł jej obiecać, że faktycznie poszuka tego znaczenia imienia. Ale, jak już to powiedział, postara się. Dobre i to.
- Kusząca propozycja - stwierdził, rozumiejąc słowa dziewczyny jako jasną aluzję - Ale liczyłem na to, że powiesz coś w stylu 'szukam osoby, której będę mogła gotować, robić codzienne masaże i dzielić z nią nie tylko czynsz'. Wtedy może jeszcze bym się nad tym zastanowił... - miał wymagania, ale przecież Noa mogła je spełniać bez problemu. Zresztą, nie powiedział nigdzie, że by się nie odwdzięczał za gotowanie oraz masaże. Wszystko jest do dogadania.
Prawdę mówiąc, Linbell nie posiadał własnego mieszkania, ale wynajmował je od miasta. Wynajmował za darmo, jeśli chciałaby wiedzieć.
Wysunęła w jego kierunku język, nie odpowiadając mu na żadne z pytań, a jedynie podnosząc swój tyłek z ziemi i wyciągając w jego kierunku rękę.
- Chodź. Namówię Ciebie, żebyś się wprowadził do mnie i dzielił czynsz. Ale nie tutaj, tłoczno się robi - uśmiechnęła się w jego kierunku zachęcająco - zerkniemy, co leci w kinie? Dawno nic nie oglądałam?
Skoro już go złapała, to przecież nie zamierza od tak po paru minutach mu odpuścić.
// Wybacz, za dupny post, wena ostatnio mnie nie łapie -.- Chociaż to nawet post nie jest, ale mniejsza...Johanna Lovissa - 2014-01-07, 11:56
Cameron napisał/a:
/zatem ciesz swe oczy! /
Podniósł brązowooką z ziemi… choć mówią, że z ziemi się nie podnosi. Cóż. Zasada pięciu sekund!
Uważnie przyjrzał się twarzy swojej nowej koleżanki. Czy oby na pewno nie jest na niego wściekła? Nie wyglądała na gotową zabić za splamienie swojego nieskazitelnie czystego dotąd płaszcza. Cameron odetchnął w duchu. Ten dzień prawdopodobnie właśnie stał się lepszy.
Skrzywił się nieznacznie słysząc jak jego brawurowe wyjście z kłopotliwej sytuacji (skwitowane niewinnym, acz dosyć śmiałym żartem) zostało ugaszone niczym papieros przy spotkaniu z czyjąś podeszwą. Piekło? Bywał i w Piekle. Długowłosa prawdopodobnie nawet nie zdawała sobie sprawy jak bardzo trafiła w jego czuły punkt. Przecież właśnie dlatego wziął rozbieg. Chciał uciec od dręczących go myśli.
- Johanna to bardzo trafne imię – stwierdził przywdziewając jeden ze swych tajemniczych uśmieszków. Zamknął delikatną dłoń nowo poznanej w ciepłym, pewnym uścisku swojej prawicy, po czym sam się przedstawił – Cameron – nadal nie zwalniając ręki mógł jej się wydać przedziwnym facetem… może zbyt do przodu. On jednak wyzbył się barier zaraz po ich zderzeniu, a po głowie wciąż pałętały mu się uprzednie słowa Johanny. Tak bardzo prawdziwe, tak bardzo trafne. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że wystarczająco długo się już przedstawia. Puścił.
W towarzystwie tej pani czuł się nad wyraz swobodnie. Chyba podświadomie wyczuł, że są w podobnym nastroju. Nastroju podłym, melancholijnym. Z resztą niewiele trzeba było by jednoznacznie orzec, że łzy tej kobiety nie świadczą o szczęściu.
Cameron schował jedną dłoń do tylnej kieszeni spodni, drugą zawiesił na swym karku rozglądając się tym samym po otoczeniu. Gdzieś w oddali zamajaczyła sylwetka jeźdźca na koniu. Sam nigdy jeszcze nie miał okazji wybrać się na konną przejażdżkę po plaży. Że też na to nie wpadł! Musi dodać tę czynność do listy rzeczy, które zrobi przed śmiercią.
Bardziej jednak skupił się na pogodzie. Ciemne chmury zasnuły niebo. Od rana utrzymywało się tutaj zachmurzenie. Promienie słoneczne sporadycznie przebijały się przez puchową kołdrę otaczających je chmur. Mówi się, że pogoda w znacznym stopniu wpływa na nastrój. Z tym Cameron musiał się zgodzić. Istnieje jednak odstępstwo od tej reguły. Owszem, otoczenie ma w dużej mierze wpływ na samopoczucie, wszystko jednak ulega zmianie jeśli jest się w odpowiednim towarzystwie.
- Przepraszam za ten niegroźny, mam nadzieję, incydent – zwrócił się na powrót do zielonookiej, poważniejąc. W swoich słowach ukrył nieme pytanie czy aby na pewno wszystko w porządku po ich zderzeniu. Owa zielonooka miała intrygującą aparycję i magnetyczne wręcz oczy. Cała jej prezencja była bardzo naturalna i skromna - w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tych słów. Urzekające, doprawdy! Od razu wzbudziła w Beckenridge’u zainteresowanie swoją osobą.
- Lecz nic nie dzieje się przypadkiem – orzekł obniżając ton swojego głosu o kwintę i przemieszczając dłonie przed siebie. Potarł ręce. Czy było mu zimno? Nie. Narzekać nie mógł. Jakby zamarzał, zacząłby od zapięcia kurtki, a nie od pocierania i tak ciepłych dłoni. Obdarzył Johannę kolejnym z asortymentu swoich czarujących uśmiechów. Czaruś.
Wzrokiem prześlizgnął się po swojej nowej znajomej.
- Nie jest Ci chłodno? – spytał marszcząc nieznacznie brwi.
Mówią też o zasadzie pięciu minut i o tym, że jak coś leży, to można się tym częstować. Znaczy to, że mówią różne i przeróżne rzeczy, które nie zawsze są prawdziwe. Z resztą, Cameron na pewno słyszał o magicznej zasadzie trzech sekund, jakże często stosowaną przez studentów wszystkich narodowości. Westchnęła krótko, widząc jego skrzywienie. Lovissa z natury była osobą bardzo szczerą i spostrzegawczą, w wyniku czego często raniła ludzi, dzieląc się swoimi spostrzeżeniami. Zmrużyła nieznacznie zielone oczy, przyglądając się jego bliznom i opinanym przez koszulkę mięśniom. Mogła tylko zgadywać, że mężczyzna ów z zawodu jest mordercą, ale dziś, pierwszy raz w życiu, nie postanowiła się podzielić swoimi przemyśleniami. Nie chciała zrazić go, bo czuła, że w przyszłości (zapewne całkiem niedalekiej, być może zakrapianej delikatnie rumem, whisky albo goryczką i chmielem) mogło coś między nimi zaiskrzyć. A głupotą byłoby mieć za wroga taki kawał chłopa, prawda?
Słysząc jego komentarz na temat własnego imienia, jedynie krótko się uśmiechnęła i na moment spuściła wzrok na swoje buty, by po chwili wyuczonym, całkowicie naturalnym gestem schować brudne z piachu pasemko włosów, które uporczywie opadało na czoło.
- Dlaczego tak uważasz? - spytała po chwili, ponownie wbijając w niego magnetyczne spojrzenie. Kocie, być może rzeczywiście odrobinę oddające jej momentami leniwe, łażące własnymi drogami życie. W oczekiwaniu na odpowiedź, przygryzła delikatnie pełną wargę i wzrokiem podążyła za jego błękitnymi oczyma, by również dostrzec w oddali jeźdźca przemierzającego plażę na grzbiecie swojego wierzchowca. To zabawne, że udało jej się trafić do tak idealnego miejsca, do jeździeckiej idylli, gdzie jest stajnia i miasto, w którym mieszkają prawie sami ludzie związani z końmi. Takie niewielkie, jeździeckie miasteczko.
Kolejne westchnięcie i spoczęcie dłoni na ramionach, krzyżując je na piersiach. Zaczęła subtelnie pocierać dłońmi płaszcz, brudny od mokrego piachu. Nie przejęła się tym. Płaszcz się wypierze, a taka znajomość może nie zdarzyć się jej już drugi raz.
- To zależy, czy wierzysz w siebie, czy w Los, drogi Cameronie. - uśmiechnęła się, by zaraz zaśmiać się melodyjnie, w momencie, gdy przypomniała sobie tani tekst podrywu.
- To jak, wierzysz w miłość od pierwszego wyjrzenia, czy ma przejść jeszcze raz? - posłała mu oczko, by zaraz ponownie perliście się zaśmiać. Nie trwało to jednak zbyt długo, bo momentalnie spoważniała i odchrząknęła krótko, przykładając do ust pięść. Ponownie na moment spuściła wzrok. Onieśmielał ją. To był fakt, który ciężko, naprawdę ciężko było ukryć. Dłoń przytknięta do ust szybko wróciła na ramiona, by tam ponownie subtelnie otrzeć płaszcz.
- Odrobinę.Matthew - 2014-01-07, 18:06 Haha, już widzę jak Nemesis wącha ten śnieg... "Czo to takie białe, puchate... Proszek... Amfeta...!?". Cóż, to by tłumaczyło te jej napady dobrego nastroju i niespożytkowanej wiecznie nadmiernej ilości energii. Koń na narkotykach, do czego ten świat zmierza...?
Schylił się i przytulił do jej grubaśnej, karej szyi. Podłoże mięciuchne i jej szyja mięciuchna. Czadowo. No i ciało klaczy było ciepłe, co zdecydowanie było fajne w taką zimną pogodę. Aż się Matt szczerze dziwił, że ktoś tutaj przyszedł dzisiaj. Bo zauważył z daleka jakichś ludzi, tu i tam. Ale nie miał zamiaru się do nich ruszać, bo i po co? Pointegruje się troszkę z klaczą.
Delikatną łydką zachęcił ją, coby podeszła do wody, oddał jej troszkę wodze, by mogła się jej przyjrzeć ewentualnie, czy tam powąchać, jeśli bardzo by chciała. Tylko pić jej pod żadnym pozorem nie pozwalał, oczywiście. A kto wie, co takiemu czarnuchowi po głowie chodzi, hm?
- Pławili cię kiedyś, maszkaro? - zagadnął szczerze zaciekawiony tą kwestią Matt i wyprostował się bardziej w siodle. O ile łeb Smołki był przy ziemi [wodzie], to łydeczką ją posmyrał coby go uniosła, dłonią lekko zadziałał. Skupienieee!
Wycofał ją powoli z wody ponownie na brzeg, bo sobie tam stali pewnie zanurzeni po kopytka czy coś, no i odwrócił na bok. - Zasuwamy? - upewnił się, czy aby klacz nie ma kutemu żadnych "ale" i poprosił ją, żeby ruszyła Stępem kilka kroków, potem kłusem. Pozwolił jej się troszkę poślimaczyć, potem ją przycisnął mocniej w wyciągniętym, coby się rozgrzała lepiej. Przyhamował potem do stęp na powrót, pochwalił jeśli była grzeczna...
I galop!
Ścisnął ją mocniej łydkami, uprzedzając wcześniej oczywiście półparadą subtelną, wypchnął mocno z bioder do biegu. Nie podejrzewam, by nie chciała ruszyć, prawda?
Także Mefju już w tym chodzie pozbierał troszkę wodze, ale pozwolił klaczy się wyżyć, ruszyć tempem tak szybkim jak chciała. Toteż jeśli i na to sobie pozwoliła, przeszedł lekko do półsiadu, coby obojgu lżej było. Uważał po drodze, coby ta sobie nie obrała trasy przy której koniecznością byłoby stratowanie jakichś trzecich osób...Nemesis - 2014-01-07, 21:37 Mefju się zagrzał o Nemkę, a szkapa co? O co ona się miała ogrzać, skoro Bella był o wiele mniejszy niż Smołka.
Przydreptała do wody, próbując 'pogrzebać' w wodzie. Nawet za bardzo zimna nie była. Zniżyła ryjca, lecz jak na razie wody nie ruszyła. Z takową miała styczność i wiedziała, że ma do czynienia z płynną lizawką. Zapakowała tamże ryjca, zaraz unosząc gwałtownie łeb w górę. Ziiimne.
Cofła się spokojnie, kilka kroków tył, obróciła w lewo i podreptała stępem przed siebie, by zaraz przyspieszyć do kłusa, podbijając zadem raz, ale porządnie.
Zaraz wyciągnęła kłusa i niebawem przeszła do stępa i gwóźdź programu. Pocisnęła ze stępa wprost w szybki galop, robiąc dołki w miejscu, gdzie kopyta stykały się z ziemią. Aż ją nosiło. Kiedy ona tak się rozpędziła ostatnio. Stajenni bali się podleźć do samego boksu. Nawet korygować kierunku nie trzebabyło. Matthew - 2014-01-07, 22:09 A Smołka ma się zagrzać od ruchu, coś dziwnego z takim planem? <:
Kurde, nie trzeba było korygować kierunku, bo poleciała taką strzałą, że nawet niemożliwością byłoby dla niej skręcić...? Jeśli dobrze rozumiem, oczywiście. Cóż za bestia z tego czarnucha, no... Matt aż zagwizdał z podziwu!
Wiatr zimny go mocno popieścił po twarzy i ani myślał chyba by przestać... W skutek tego uszy Matthew'a szybko dość zaróżowiły się, a nawet zaczerwienił się z mrozu. Policzków rumianych nieco też dostał, ale bynajmniej mu to nie przeszkadzało, przy tej frajdzie, jakiej dostarczało mu to, co się właśnie działo.
Czerwoną czupryną Mefja smagało na prawo i lewo w tym pędzie, obłoczki pary, które wydobywały się z jego bladych ust pozostawiał za sobą. Nemesis zresztą też, oczywiście.
Szybko całkiem oddalili się od miejsca, przez które dostali się na ową plażę. Matt przyhamował lekko klacz i zepchnął ją nieco bardziej nad wodę. Niech sobie pochlapią trochę, tak fajnie wtedy jest! :D
A potem przyhamował ją do wolnego galopu, ściągnął mocno na siebie, zasygnalizował półparadą konkretną, że będzie się coś działo i dał jej znak, że zaraz zawracają w lewo... I mocniej przycisnął z łydeczek, ciężar ciała przenosząc właśnie troszkę bardziej na lewo i biodra okręcając w tę właśnie stronę. Lewą łydką mocno się oparł na klaczy, a prawą troszkę wycofał i oparł się trochę bardziej na strzemieniu, coby przy nagłym skręcie mieć punkt zaczepienia lepszy i siodła przypadkiem nie opuścić. I posłał klacz tak całym ciałem do zawrotu. Nigdy czegoś takiego jeszcze z nią nie robił, ale kara jest westernowcem, więc taki troszkę bardziej nagły zwrot na zadzie nie będzie wielkim problemem, prawda?
Matt dał jej pole manewru co do tego jak ostro chce ten zawrót wykonać, tylko sygnalizował o co chodzi i co ma zostać wykonane. I gdy już zwróceni byli w odwrotnym kierunku, znów znalazł się w lekkim półsiadzie i podkusił klacz, by postarała się jeszcze bardziej, o ile mogła. Szybciej, szybciej, mocniej! Tylko się nie zabijmy...