Eva - 2016-12-25, 21:01 Zdobywać doświadczenie można tylko przez udział w zawodach, dlatego Eva nie zamierzała sobie niczego odpuszczać. Ponownie do konkursu wystawiła swojego podstawowego wierzchowca, ale w wyższej klasie i kucynke z którą wiązała bliższą przyszłość. Start na kucyku był jej pierwszym tego dnia, więc to po klacz zjawiła się dość wcześnie z rana. Ogarnięcie jej w stajni i na rozprężalni nie było niczym trudnym, ale im bliżej wjazdu na czworobok tym gorzej. Stres chyba pożerał je obie, co nie wróżyło niczym dobrym na czworoboku konkursowym. Wezwane na czworobok, przeszły wpierw do kłusa i skierowały się we wskazane miejsce. Dała im chwilę czasu na oswojenie się z miejscem i atmosferą, licząc po cichu że im to pomoże.
Nie do końca jednak im ostatecznie pomogło, bo obie nadal się dość mocno stresowały. Nawet Eva nie spodziewała się że to było tak widoczne gołym okiem, ale co mogła teraz zrobić? Niewiele, może jedynie się wycofać. Jednak to nie wchodziło w grę, dlatego musiała iść naprzód. W końcu skierowała klacz na wjazd na czworobok, przygotowała siebie i ją mentalnie do tego momentu. Atmosfera zawodów działa na nie jednak negatywnie, bo stres je pochłaniał i miała problem ze skupieniem jej na sobie. Dlatego nie wiedziała też do końca jakie pomoce jej wysłać, by klacz prawidłowo je odczytała. Przymknęła ją w łydkach by dojechać prawidłowo po linii prostej do X, wysyłała jej prawie półparady. Miała problem ze skupieniem klaczy, co na pewno odbijało się na wrażeniu jakie sprawiały. W X wysłała jej pełną paradę, by zblokować krzyż, zamknąć mocniej łydki na jej bokach, odchylić się w siodle i ściągnąć wodzę. Skupiona na prawidłowym ruchu po linii prostej i skupieniu klaczy, kobieta nieco niedokładnie wysłała jej owe pomoce. Klacz faktycznie się zatrzymała, jednak pozostała widocznie spięta i lekko była rozlazła w swoim ustawieniu. Kobieta ukłoniła się w kierunku sędziów, by wypchnąć klacz ponownie do kłusa. Przejście było średniej jakości, ale wejście w łuk im nawet całkiem nieźle wyszedł. O dziwo również Eva nie miała większych problemów z utrzymaniem tempa, a przynajmniej na razie. Dojechała do B wysyłając jej jednocześnie półparady, próbując ją skupić bardziej na sobie. Kobieta od razu zaczęła wykonywać figurę związaną z programem, wyginając klacz od wewnętrznej łydki nadała jej zgięcie na kole. Niestety musiała nieco powalczyć z jej ustawieniem, by było prawidłowe i koło wyglądało jak koło, a nie jajko. Dopiero bliżej jego środka udało się jej uzyskać lepsze wygięcie klaczy do wewnątrz oraz nie wypadaniem jej ciała z ustawienia. Klacz była jednak nadal nieco spięta i dość rozkojarzona, choć jakoś udało im się wykonać te koło w miarę ok. Po zamknięciu koła czekała ich jazda wzdłuż barierek od B przez FA aż do K. Klacz się trochę rozkojarzała po drodze, co owocowało rozglądaniem się i nawet lekkim zwalnianiem. Evie jednak udało się to minimalnie poprawić, że udało im się choć na czysto jakoś narożniki wyjechać. W K ściągnęła ją na prawo na przekątną czworoboku, gdzie starała się ją nieco pogonić w tempie. W końcu ich celem było wejście w kłus pośredni, ale udawało im się na całej przekątnej raz czy dwa na moment przyspieszyć i zaraz znowu gdzieś jej Sergeti gasła po prostu. Jakby nie potrafiły się do końca porozumieć. Stres i próba wysyłania cały czas poprawnych pomocy przez kobietę, wychodziła im niemalże bokiem. W M pozostały w tempie roboczym, gdzie te przejście było nieco zaburzone ale ostatecznie im wyszło. Wyjechały kolejny narożnik, by w E zacząć drugie koło. Sytuacja niemalże identyczna jak z przed kilku chwil, gdzie koło było wykonywane na drugą stronę. Walka jednak nieco dłużej trwała o poprawne wygięcie, bo klacz coś na kole ewidentnie rozkojarzyło. Po zamknięciu koła pojechały dalej na wprost, aż do krótkiej ściany i punktu A. Kobieta ciągle gdzieś tam pracowała ręką i próbowała ją skupić poprzez półparady, by wysłać w końcu pełną paradę, zblokować krzyż, zamknąć łydki, odchylić się w siodle i ściągnąć wodzę. Akurat zatrzymanie niemalże było idealne, nie licząc jakiegoś usztywnienia klaczy w pozycji stój. Eva odetchnęła z cichą nadzieją na poprawę, odliczając jednocześnie w myślach 5s. Ruszenie wyszło nieco mało płynnie, ale sama jakoś stępa pośredniego nie była najgorsza - pfu pfu. Oczywiście mogło być lepiej, ale mogło być też znacznie gorzej. Tak próbowała nieco poprawić tą jakość na przekątnej, ale nie koniecznie jej się to udawało. Sergeti ponownie gdzieś trafiła nią zainteresowanie, mimowolnie jednocześnie nieco zwalniając. Dojeżdżając jednak do końca udało im się wypracować poprawne tempo, dlatego przejście w C do kłusa naprawdę nie było najgorsze. Klaczy udało się poprawnie odczytać sygnały, co zaowocowało dość ładnym przejściem. Wyjeżdżając narożnik przed M uprzedziła ją o nowym zadaniu nieco mocniej, niż do tej pory. W końcu zagalopowanie to grubsza sprawa. Przesunęła zewnętrzną łydkę za popręg, wewnętrzną pozostawiła na popręgu i wypchnęła Piu z krzyża do galopu na prawą nogę. Trochę słabo jej wyszło wysłanie tych pomocy, choć była przekonana że wysłała je dość klarowne. To klacz nieco z opóźnieniem weszła w owy galop, po tak zwanej poprawce. Dlatego pierwsze jego kroki były dość zaburzone, bo starały się wywalczyć odpowiednie tempo. Walka nadal trwała nawet na kole jeszcze, przez co pomoce na nim wysyłane przez Evę chwilami były normalnie jak lawina spadająca na klacz. Dosłownie wszystko naraz, bo wysyłanie pomocy do lepszego tempa (dosiad, łydki) i praca ciałem na kole (łydki, wodzę) - ciężko było ogarnąć. W końcu jednak udało im się to, ale koło wyszło nieco spłaszczone i niedokładne.
1-8Siviento - 2016-12-25, 21:18 Dla ogiera były to już trzecie zawody, w jego rozwijającej się karierze sportowej. Z czego pierwsze zawody ujeżdżeniowe. Dlatego zapewne nikt nie spodziewałby się po nim cudów, tym bardziej, że był jeszcze młody i dopiero się rozwijał. Jeszcze dużo czasu zajmie mu dorównanie chociażby ojcu, ale nikt nie powiedział, że jest to niewykonalne. Wystarczy poświęcić mu więcej uwagi, aby mógł wyrosnąć na porządnego konia sportowego. Miał w końcu przed sobą całe życie.
Rozgrzewka minęła im bez większych niespodzianek, bo gniady zachowywał się przyzwoicie jak na swój młody wiek. Na odwalanie cyrków jeszcze przyjdzie czas, ale na pewno nie bezpośrednio przed samym wejściem na czworobok. Choć tego nie można było być do końca pewnym, jak miało się pod sobą gorącokrwistego dzieciaka. To, że w obsłudze był bezproblemowy i w miarę szybko się uczył nie znaczyło, że mógł być taki przez cały czas. Zastrzygł uchem, gdy po raz kolejny odezwał się jakiś głos z głośnika. Do tej pory zwyczajnie go olewał, bo zamiast niego na czworobok wychodziły inne konie, jednak tym razem musiało chodzić o niego bo Naomi pokierowała go w okolice czworoboku na którym miał się za chwilę wykazać. Adrenalina znacznie mu przy tym skoczyła, jeszcze bardziej jak zobaczył te przerażające budki sędziowskie i kwiatki. Kłusując obok nich znacznie się odsuwał, jakby bał się, że zaraz go zaatakują. Furkotał przy tym nerwowo i łypał na nie kątem oka. Musiało to wyglądać dość zabawnie, ale mu nie było do śmiechu bo te kwiaty naprawdę w jego końskich oczach wyglądały na niebezpieczne. Zrobili tak jedno okrążenie dookoła czworoboku, podczas którego w miarę przywykł do tych wszystkich dekoracji. Złapał też odpowiedni rytm kłusa, którym wjechali na czworobok konkursowy. Udało mu się nie rozsypać w zakręcie, więc nie tracąc swojego tempa wjechał na linię prostą do X. Czując w pysku lekkie półparady zaczął przygotowywać się do stój, jednak zbyt słabe zamknięcie go w łydkach poskutkowało tym, że nie zatrzymał się jakoś idealnie. Odstawił przy tym jedną nogę, którą poprawił po lekkiej korekcji ze strony Naomi. Po odczekaniu chwili z powrotem ruszył kłusem roboczym, nie przyspieszając ani zwalniając niepotrzebnie. Sam zakręt może i by mu jakoś wyszedł, ale przez tą straszną budkę ściął go, łypiąc kątem oka na siedzącego w owej budce sędziego. Położył uszy bliżej potylicy, kłusując dalej wzdłuż ściany i tym razem dobrze wyjeżdżając narożnik zaczął wykonywać serpentynę biegnącą przez X. Nie była to jakaś wymyślna figura, więc z samym jej wykonaniem nie miał żadnego problemu. Po zakończeniu serpentyny w F wrócił na ścianę, gdzie zaraz został uprzedzony o przejściu w wyższy chód. Między literką A i F przeszedł do galopu, który w jego wykonaniu nie wyglądał typowo ujeżdżeniowo, a bardziej jak u wyścigowca. Mało efektowny, ale z czasem można było to u niego wyćwiczyć. W literce E zaczął wykonywać koło, bez większej zmiany tempa i z zachowaną równowagą udało mu się je ukończyć bez wpadki. Po powrocie na ścianę płynnie przeszedł do kłusa roboczego, w którym miał do wykonania kolejne koło razem z żuciem z ręki. Po wyjechaniu na nie ogier powoli zszedł głową w dół, ale nie tak jakby sobie tego życzono, poza tym w międzyczasie zdążył nieco pogubić równowagę. Po zakończeniu koła wrócił łbem do góry, mieląc czujnie wędzidło w pysku. W połowie krótkiej ściany przeszedł do stępa, który w jego wykonaniu był dość żywy i wyjechał na przekątną, gdzie mógł całkowicie wyciągnąć szyję przed siebie. Mimo większego luzu nie zwalniał swojego kroku, bo był aż nadto podekscytowany tym wszystkim.Naomi Eaton - 2016-12-25, 21:36 Był to drugi i zarazem ostatni przejazd w wykonaniu Naomi, toteż nawet nie zdążyła się szczególnie zmęczyć. W dodatku była optymistycznie nastawiona do tego konkursu, jako że siwy Friskey coraz bardziej jej się podobał i coraz lepiej się z nim dogadywała. Była po prostu pewna tego, że dobrze im pójdzie.
Kiedy nadeszła odpowiednia chwila, Naomi zakłusowała wokół czworoboku, czekając na rozsunięcie szranek. W tym czasie dokonała ostatnich "poprawek", ale Friskey jak zawsze był niezawodny - szedł lekko i swobodnie, będąc skupionym tylko i wyłącznie na swoim zadaniu, nie wyglądając jednak na apatycznego.
Kolejno skręciła w stronę wjazdu i wyprostowawszy konia, ruszyła po linii środkowej czworoboku, pilnując by koń nie dryfował zadem ani nie krzywił szyi. Zatrzymała oldenburga w literze X, nie robiąc jednego tego z zaskoczenia; pierw uprzedziła go półparadą, a dopiero później usztywniła krzyż i zamknęła konia w łydkach, jednocześnie domykając z przodu ręką, by nieruchomiejąc równo ustawił kończyny. Ukłoniła się sędziom i po chwili ponownie ruszyła kłusem; samo przejście mogło być jednak lepsze, bardziej dynamiczne, ale Naomi szybko zwróciła koniowi oczekiwany wigor. Kolejno skręciła w prawo w literze C, starannie i głęboko wyjechała narożnik by dalej kontynuować jazdę wzdłuż ściany. Następnie skręciła w literze B w prawo, kierując się na przeciwległą ścianę. W połowie drogi - w przecięciu linii środkowej - zmieniła ustawienie pomocy, teraz to prawą wodzę czyniąc tą zewnętrzną, na której Friskey mógł się oprzeć. Skręciła w lewo, przez cały ten czas utrzymując dobry kłus, ze stałym rytmem i rozluźnieniem. Jej samej również nie można było wiele zarzucić, bo bez trudu wysiadywała kłus oldenburga, subtelnie i skutecznie operując pomocami. W literze A skręciła na linię środkową czworoboku i po wyprostowaniu konia, rozpoczęła ustępowanie w prawo aż do litery R. Lewą łydką, lekko cofniętą za popręg, działała na konia spychająco, natomiast prawą podtrzymywała impuls i ruch do przodu. Prawa, zewnętrzna wodza wciąż stanowiła oparcie, natomiast lewa działała rozluźniająco. Osobiście była zadowolona z jakości ustępowania, które od początku do końca było wykonane pod kontrolą, ze sporym zaangażowaniem ze strony wierzchowca. Wracając na ścianę zrobiła krótką półparadę i wyprostowawszy konia, kontynuowała jazdę wzdłuż płotków czworoboku, by w literze C zagalopować z lewej nogi. W tym celu przesunęła zewnętrzną łydkę za popręg i musnąwszy obiema łydkami boki konia, jednocześnie wypchnęła go z bioder do galopu, utrzymując stały, aczkolwiek elastyczny kontakt z jego pyskiem. Płynnie podążała biodrami za jego ruchem, cały czas siedząc równowadze, dzięki czemu umożliwiła Friskowi swobodny, okrągły galop. Wychodząc na długą ścianę zamknęła konia w łydkach i lekko przesunęła rękę do przodu, umożliwiając poszerzenie wykroku w galopie. W literze V zabrała konia na koło o średnicy piętnastu metrów, starając się starannie nakreślić odpowiedni kształt i zachować wymaganą średnicę koła. W jego połowie skróciła konia do galopu roboczego, w którym kontynuowała jazdę po ścianie. Kolejnym krokiem było rozpoczęcie przekątnej FXH, w której połowie zrobiła przejście w dół, napinając krzyż i półparadą zwalniając konia do kłusa. W nim dalej jechała na wprost, by po starannym wyjechaniu obu narożników ponownie wejść na przekątną MXK, na której nie tylko zaczęła anglezować, ale również poprosiła siwka o wydłużenie wykroku.
/1-8Lucas - 2016-12-26, 01:03 Lucas jeszcze przez jakiś czas pozostał na figurze, kontynuując narzucone ćwiczenie. Odpowiednim ustawieniem łydek wyginał kłodę siwka, pracą ręki nadając odpowiedni tor jazdy. Na ciaśniejszym odcinku łuku starał się zwolnić do bardzo wolnego kłusa, anglezując wysoko i jednocześnie przytrzymując ogiera. Nie dawał mu jednak zgasnąć, uniemożliwiając powrót do stępa. Po wyjeździe na dłuższy odcinek owalu, zachęcał go z kolei do wyraźnego przyspieszenia, na bieżąco korygując sylwetkę kopytnego. Pracowali w ów sposób aż do osiągnięcia wstępnego konsensusu, a w ramach nagrody Luc pozwolił sportowcowi wrócić na ślad. Nie trwało to jednak długo, bo chwilę później zmienił stronę i powtórzył ćwiczenie dla zachowania symetryczności. Dalej postępował już identycznie, dbając o odpowiednie wygięcie i widoczną różnicę pomiędzy obydwoma rodzajami kłusa.
Skończywszy ów etap, zabrał się za kręcenie różnego pokroju wolt, chcąc rozgrzać Rollera na boczki. Tutaj również prosił go o wygięcie, oferując podparcie w łydkach. Podczas, gdy zewnętrzna wodza była napięta i ograniczała możliwość nadmiernego wpadania do środka, wewnętrzna pulsacyjnymi ruchami prosiła o zgięcie. Brunet dosyć często zmieniał kierunek, dokładając również kilka serpentyn. Przez cały ten czas miarowo anglezował, narzucając w ten sposób należyte, robocze tempo. W razie potrzeby aktywizował siwka, nie pozwalając mu przysypiać, ale jednocześnie korygował go w przypadku pędzenia.Luke - 2016-12-26, 01:41 Nie dało się ukryć, że na nieznanym sobie koniu nie zwojuje świata ani tym bardziej zawodów ujeżdżeniowych klasy C, dlatego też brunet podchodził do przejazdu na Sheridanie jak do treningu, zbierania doświadczenia, na pewno nie pozbawionego błędów. Z takim nastawieniem wsiadł na andaluza i dzięki temu drobne potknięcia i liczne niedoskonałości w ich współpracy zauważone już na rozprężalni ani trochę go nie frustrowały. Pozytywnie nastawiony do tego, co miało się za chwilę wydarzyć, wjechał na solidnie rozgrzanym siwku na halę, na której ustawiony był duży czworobok. Skierował go w zebranym kłusie na objazd czworoboku a jako, że poruszali się "zgodnie z ruchem wskazówek zegara" to przed ostatnią długą prostą wokół konstrukcji po uprzedzeniu go półparadą wystosował pomoce do zagalopowania na prawą nogę, od razu dosiadem narzucając mu dążenie do przodu a jednocześnie opanowane, zebrane tempo. Miał ponad 60 metrów na uregulowanie chodu a gdy minęli już długą ścianę, pojechali jeszcze ze dwie foule prosto, by dopiero po nich zacząć skręcać. Luke celował oczywiście w wejście zrobione w czworoboku przy literze A i celowo obrał dłuższą drogę, ażeby na spokojnie wyprostować ogiera po zakręcie i w pełnym gracji oraz siły galopie wjechać na czworobok, tym samym rozpoczynając przejazd. Siedział wyprostowany i rytmicznie podążał biodrami z ruchem konia jednocześnie starając się jak najbardziej równomiernie rozkładać ciężar, nacisk łydek oraz wodzami jasno określać prostą drogę. Na początku zawsze był najbardziej skupiony i odpowiednio wcześnie przygotował wierzchowca do zatrzymania mającego odbyć się w X. Najprawdopodobniej nie wyszło ono idealnie równo bo brunet jak każdy człowiek zmagał się z własnymi niedoskonałościami i podczas zatrzymywania jego ruchu minimalnie bardziej przechylił się na prawą stronę, zapewne odrobinę psując tym wejście. Nie zrażał się tym jednak i gdy już stali ukłonił się w stronę sędziów by już po chwili dzierżyć wodze w obu dłoniach i po delikatnym sygnale dotychczasową "wewnętrzną" czyli prawą wodzą wypchnąć go zdecydowanie do kłusa. Oczywiście pozostał w pełnym dosiadzie, prezentując naprawdę całkiem niezłą postawę. Starał się kierować ogiera prosto na C i w razie czego korygować drobne spłynięcia na boki aby na krótko przed literą ustawić samą głowę w lewo a dopiero później wygiąć go w zakręcie, w ten sposób możliwie zmniejszając promień krzywizny ruchu. Cały czas prosił o aktywną pracę zadu a dodatkowo rozkładem pomocy starał się uzyskać chód bardziej osadzony na tym zadzie, dążył do czucia wyraźniejszego impulsu pod górę, lekkiego ruchu. W narożniku wygiął go wokół wewnętrznej łydki a po wyprostowaniu na długiej ścianie przygotowywał półparadami na wejście w S na woltę o standardowym rozmiarze. Prowadził go w miarę swoich możliwości precyzyjnie po obieranych drogach, jego ciało jakoś tak samo z siebie działało w sposób konieczny do wykonania zadania, jakie następowało w głowie Sugarmana. Łopatka po wolcie była najbardziej korzystnym układem, bo koń już był zgięty i starczyło go tylko wprowadzić na prostą w tym wygięciu, z przodem przesuniętym do wewnątrz. Zewnętrzną wodzą prowadził więc łopatkę o ślad kopyt lub dwa bliżej środka, zależy na ile pozwolił mu na to ogier bez zaburzenia równowagi i ruchu bez zmian równolegle do ogrodzenia czworoboku, czego wyraźnie wymagały jego łydki i ciężar ciała. Również mająca mieć miejsce przy V półwolta wyszła płynnie z wykonywanego ćwiczenia. Możliwe, że podczas łopatki Luke nieco pozwolił wyjśc Sheridanowi z zebranego kłusa, jednakże na pewno nie znajdowali się w kłusie roboczym tylko czymś bardziej pomiędzy, takim prawie-zebranym kłusie. Zreflektował się i na połowie wolty postarał się to skorygować, aby po tym łuku pozostawić go wygiętego wokół wewnętrznej łydki co podtrzymywał zewnętrzną za popręgiem, jednakże z jej naciskiem nie przesadzał żeby zad nie zaczął wyprzedzać łopatki, którą zagarniał zewnętrzną wodzą w stronę ściany. Kiedy już znaleźli się na śladzie nie mógł zapomnieć o skróconej drodze na drugą stronę czworoboku, która odbyła się od H do M. Jako, że programy ujeżdżeniowe najczęściej cechowała niezachwiana symetria, już po chwili wykonywali identyczną sekwencję ćwiczeń, tyle że w lustrzanym odbiciu: w R zabrał Sheridana na woltę by po jej zakończeniu poprowadzić go z łopatką do wewnątrz do P, w którym weszli na półwoltę będącą punktem wyjściowym do ciągu w prawo z powrotem do R. W międzyczasie zdarzało mu się bardziej skupić na wykonywanych elementach bardziej niż na zebraniu, w któym powinni byli się przez cały ten czas znajdować, cóż, fakt niewielkiej możliwości do pracy z tak dobrze wyszkolonymi końmi na co dzień skutkował mniejszą konsekwencją u bruneta właśnie w wytrwałej pracy nad tempem. Teraz jednak, kiedy mógł skoncentrować się tylko na prowadzeniu andaluza po śladzie aż do H rzeczywiście było widać różnicę w stopniu zebrania. Zbliżali się nieuchronnie do zmiany kierunku w pośrednim tempie - dodania szwankowały już podczas rozgrzewki i chociaż Luke starał się trochę rozbudzić w nich ogiera, poszerzenie ram wychodziło raczej marnie. Niewiele się zmieniło na czworoboku, mimo sygnałów do dodania pomiędzy H a P nie zadziało się za wiele, może poza jakimś przyspieszeniem i minimalnym wyciągnięciem konia. Mogło mieć w tym udział drobne spięcie w dosiadzie zawodnika wynikające z krótkiego momentu zwątpienia w sens istnienia i takie tam z tym związane. Jakoś musiał nad tym przejść bo przejazd toczył się dalej, konsekwentnym działaniem półparad był w stanie zaprosić ogiera do powrotu do zebrania, które jednak nie miało trwać zbyt długo. O tym jakby na moment zapomniał, przez co przejście do stępa nie wyszło całkiem czysto. Starał się to jednak zatuszować ładnym dosiadem i zachęcaniem konia do aktywnego kroczenia w tempie pośrednim po krótkiej ścianie.Sheridan - 2016-12-26, 14:31 Sheridan nie wyglądał na przejętego zmianą jeźdźca. Nie był tak zwanym koniem jednego jeźdźca, toteż nie robiło mu większej różnicy, kto znajdował się na jego grzbiecie; oczywiście pod warunkiem, że wspomniany delikwent nie rzucał się po siodle bez pomyślunku lub nie wymagał od siwego zbyt wiele. Noa była jedyną osobą, która potrafiła wyegzekwować od Sheridana absolutne posłuszeństwo i oddanie, dlatego nic dziwnego, że pracując pod Lukiem siwek nie dawał z siebie wszystkiego. Nic też jednak nie wskazywało na to, by miał narobić Sugarmanowi wstydu - wszakże trzymał pewien poziom i nie zamierzał zejść poniżej.
Zebranym kłusem ruszył wokół czworoboku, by następnie przejść do zebranego galopu, w którym minął rozsunięte szranki i wszedł na linię środkową czworoboku. W zebraniu sylwetka Sheridana była wyraźnie skrócona. Mocne zaangażowanie stawów skokowych w ruchu i obniżenie zadu doskonale świadczyły o wysokiej jakości chodów zebranych w wykonaniu Sheridana, które chociaż były najbardziej męczące, to siwkowi zdawały się nie sprawiać większego kłopotu. Miał ogromną siłę, pozwalającą nieść mu się w ten sposób, za co odpowiadały też predyspozycje. Z pewnością robił wrażenie - już pomijając muskulaturę zadu i miękki łuk, jaki tworzyły jego uwypuklone plecy, szyja ogiera w zaokrągleniu stawała się jeszcze ciaśniejsza i obszerniejsza niż zwykle, rosnąc optycznie w oczach. Był teraz w sile wieku i w doskonałej formie, więc z pewnością chwytał za oko nawet tych, którzy generalnie sceptycznie patrzyli na rasy iberyjskie na czworoboku.
Uprzedzony o zatrzymaniu był na nie gotowy, toteż niezwłocznie je wykonał wraz z otrzymaniem stosownych pomocy, minimalnie jednak odstawiając prawy tył ze względu na zaburzenie równowagi na "górze'. Do chodów siwka zdecydowanie trzeba było pierw przywyknąć, bo dosiadanie go przypominało siedzenie na dużej piłce gimnastycznej, zważywszy na gabaryty konia, któremu daleko było do sportowej fit sylwetki, chociaż sportowcem, jakby nie patrzeć, był.
Po chwili nieruchomości ruszył kłusem, od pierwszego kroku idąc pod górę. Sheridan stawiał stosunkowo krótkie, sprężyste kroki, utrzymując sylwetkę w dotychczasowych ramach. Sędziowie mogli mieć jednak zastrzeżenia... do jego mimiki, jako że nie wyglądał na szczególnie zachwyconego - kręcił ogonem młynki, niekiedy błyskał złowrogo ślepiami strasząc nie wiadomo kogo, ale w zamian szedł jak ta lala. Nie złościł się też non stop, toteż nie szkodził szczególnie swojemu rozluźnieniu. Starannie wszedł zarówno w zakręt jak i narożnik, owijając się wokół wewnętrznej łydki jeźdźca. Kolejno rozpoczął woltę w literze S, której rysunek od początku do końca był zgodny z normą. Zamykając woltę został utrzymany w zgięciu, które następnie zostało wykorzystane do rozpoczęcia łopatki - dobrze znanego Sheridanowi elementu. Był dobrze wygimnastykowany, toteż był w stanie płynnie wykonać łopatkę nawet po drugim śladzie bez zaburzeń równowagi czy regularności kłusa. Niedopilnowany rzeczywiście trochę sobie pofolgował, ale zaraz został na nowo zebrany do kupy, co uratowało kolejną woltę. Wychodząc z niej poszedł ciągiem do litery S; zgiął się w kierunku ruchu od wewnętrznej łydki zawodnika i zaczął się przesuwać w lewo przy jednoczesnym zachowaniu równowagi oraz impulsu, co umożliwiło mu prawidłowe wykonywanie ćwiczenia. Zadem lekko wyprzedzał przód, krzyżując ze sobą zarówno przednie, jak i tylne kończyny, przy czym te zewnętrzne krzyżowały się przed wewnętrznymi.
Wracając na ścianę wyprostował sylwetkę i przeszedł na drugą stronę czworoboku, na której było mu dane powtórzyć ten sam szereg elementów; począwszy od wolty w literze R, przez łopatkę do wewnątrz do P, aż do ciągu w prawo. W tym kierunku prezentowały się równie dobrze, jako że Sheridan był wyćwiczony w obie strony; nikt nigdy nie kierował się jego preferencjami, dzięki czemu ogier był rozwinięty w obu kierunkach. Kolejnym krokiem była zmiana kierunku w kłusie pośrednim, w trakcie której ogier nie popisał się szczególnie. Istotnie poszedł żywiej do przodu, ale poszerzenie ram było raczej skromne, co by nie powiedzieć, że niezadowalające. Wracając na ścianę ponownie skrócił sylwetkę - to akurat robiąc bez zarzutów - i po paru metrach przeszedł do stępa. Samo przejście nie było najlepsze, ale już w stępie ogier szedł poprawnie, wyraźnie poszerzając ramy i zachowując rozluźnienie.Naomi Eaton - 2016-12-26, 17:35 Wracając na ścianę ponownie nabrała wodze by w literze C zrobić przejście do kłusa, które uprzedziła pojedynczą półparadą. Na nic jednak nie zdało się jej przygotowanie, skoro obok stała straszna budka sędziowska, której bliskość ponownie usztywniła konia, mając bezpośredni wpływ na jakość przejścia. Chociaż Naomi podparła konia wewnętrzną łydką, ten i tak wygiął się od budki, próbując się od niej odsunąć. Owa niesubordynacja była jednak chwilowa, bo tak jak i ostatnim razem, tuż po odejściu od budki problem minął. To pozwoliło zawodniczce na prawidłowe wykonanie kolejnej serpentyny o jednym łuku wzdłuż długiej ściany, anologicznie do tego, jak poruszali się w poprzednim kierunku. Kończąc serpentynę zagalopowała w narożniku, uzyskując płynne przejście do pożądanego chodu. Jakość galopu co prawda pozostała niezmienna, ale posłuszeństwu i nastawieniu konia nie można było niczego zarzucić. Dziewczyna była naprawdę dumna z Siviento, przez to jaką dojrzałością wykazał się podczas debiutu, mimo iż zdarzało mu się robić wielkie oczy na widok elementów wystroju... Kolejnym elementem było koło o średnicy dwudziestu metrów w połowie długiej ściany, które zawodniczka starannie nakreśliła na kwarcowym podłożu, pilnując odpowiedniego wygięcia podczas jazdy po łuku. Zewnętrzna wodza wciąż stanowiła oparcie dla konia, podczas gdy wewnętrzna zachęcała go do zaokrąglenia szyi. Wewnętrzną łydką nadawała mu zgięcie w kłodzie, natomiast zewnętrzną pilnowała zadu oraz tempa, którego utrzymanie było kluczem do sukcesu. Zamykając woltę zrobiła krótką półparadę i przytrzymała konia do kłusa, w którym skręciła w lewo w literze E. Naturalnie zadbała o prawidłowe wyjechanie zakrętu, co przełożyło się na podwyższenie końcowego wyniku. Przecinając linię środkową przestawiła pomoce, przygotowując się do zakrętu w prawo B, który poprowadził ich już prosto do ostatniego elementu programu. W literze A Naomi skręciła bowiem na linię środkową, w której połowie zatrzymała Siviento - tym razem całkiem równo - i ukłoniła się sędziom z uśmiechem. Dopiero wtedy poklepała konia po szyi i zostawiając mu długie wodze, stępem opuściła parkur, udając się na rozprężalnię. /ztJonah Wrens - 2016-12-26, 19:22 To był moment, w którym przez chwilę trzymałem wodze w jednej dłoni, gdyż drugą głaskałem ogiera po szyi. Chwaliłem go co chwila, ale jakbym mógł inaczej postąpić? Łapiąc ponownie wodze, bawiłem się wędzidłem, tym samym zachęcając go do kontaktu z ów narzędziem. Jeszcze nie mogłem go jechać tak aktywnie łydką, ale starałem się i byłem cierpliwy. Co jakiś czas próbowałem powoli dołożyć najpierw jedną łydkę, a potem drugą, oczywiście nie ściskając młodzieńca, a jedynie pokazując mu swoją obecność. Chciałem sprawdzić czy spanikuje zamknięty w moich nogach, czy raczej pozostanie spokojny. Bo jeżeli negatywnie nie zareagował to zostałem z łydkami przy nim, nie nachalnie ale z wyczuciem.
Tak czy inaczej w końcu spróbowałem poprosić go o kłus. Utrzymując ten łagodny dla niego kontakt i jeżeli się nie bał to również zostawiłem przy nim nogi. Póki co nie wymagałem niczego innego jak ruchu po w miarę prostej linii, którą starałem się zachować w zależności na jego reakcję, na te niejakie zamknięcie dołem.Oliver Pelerieux - 2016-12-26, 19:47
Ukryj:
Charleston Disasterpiece napisał/a:
Co prawda zdarzało mu się widywać duchy w różnych dziwnych miejscach, jednakże do tej pory udało się nie napotkać na drodze nic podobnego, stąd nie doszło do żadnych zakłóceń w ruchu w postaci spłoszenia się. Na szczęście dla ich obu Oliver nie był laikiem w jeździectwie i miał naprawdę dobre podejście idące w parze z nienagannym dosiadem, na który kasztan był bardzo wyczulony. Oprócz kiedyś fenomenalnego, dziś niestety przygaszonego ruchu, cechował się właśnie bardzo dużą wrażliwością na wszystkie pomoce związane z ciężarem ciała, a zatem z ogromną łatwością wyłapywał wszelkie zachwiania w równowadze dosiadu jak i każde usztywnienie jeźdźca, na które zwyczajowo odpowiadał pogłębionym własnym usztywnieniem. Jako, że nie musiał się spinać gdy bereiter wszedł w kłus ćwiczebny, bez zakłóceń rozpoznał pomoce do zagalopowania, ale w chód ten wszedł z małym opóźnieniem. Szedł płasko i w slow motion, jednakże zaktywizowany przez mężczyznę zwiększył nie tylko szybkość, ale i zaangażowanie, dodatkowo czując odciążenie grzbietu niemalże od razu rozpoczął proces stopniowego rozluźniania, zaokrąglania sylwetki, po połowie okrążenia nawet zaczął nieść nisko głowę. Taka swoboda w połączeniu z wymogiem aktywnego poruszania się działała nań leczniczo, i chociaż przeszedł do niższego chodu w dosyć młodzikowym stylu, to niedługo po tym szedł chętniejszym kłusem by drugie zagalopowanie wykonać niemalże bezzwłocznie. Tym razem szybciej poszedł w dół, nawet zaczynając sobie parskać. Nawet zapaliła się jakaś mała dioda w jego móżdżku, że w sumie to ruch do przodu przecież jest taki fajny i tak go kiedyś lubił.
Uśmiechnąłem się czując zachodzącą w zachowaniu i sposobie poruszenia ogiera zmianę. Oczywiście ku lepszemu - od początku chciałem uzyskać zaokrągloną sylwetkę, swobodny ruch, no i zadowolenie, które było taką wisienką na torcie. Podtrzymując galop, poklepałem konia po szyi, dodatkowo mu pokazując, że właśnie o to w tym wszystkim chodzi.
Nie chciałem go jednak zamęczyć, toteż przy kolejnym okrążeniu zwolniłem do kłusa, który także okazał się być o niebo żwawszym i lżejszym niż dotychczas. Przychodząc na halę miałem co prawda inne plany, ale realia szybko je zweryfikowały, toteż poprzestałem na takim wstępnym rozbujaniu konia. Udało mi się go zepchnąć na właściwe tory, więc przy kolejnych razach - o ile takowe nastąpią, a raczej tak, chyba że Charleston znalazłby kupca - powinienem już mieć lepsze podstawy do jakiejkolwiek pracy, chociaż kolejne treningi również miałyby się koncentrować głównie na otworzeniu wierzchowca.
Spokojnie rozkłusowałem konia po galopie, dając mu szanse na uspokojenie tętna oraz na ochłonięcie. Anglezując prowadziłem go po rozmaitych woltach, ósemkach lub wężykach, sprawdzając jak się ma jego zdolność wyginania po takiej rozgrzewce. Nie potrwało to jednak długo, przede wszystkim z poszanowania dla mięśni Charlestona. Skoro dawno nie używał ich w ten sposób, pewnie był teraz zmęczony, a to przecież niczemu nie służyło. Dlatego po chwili przeszedłem do stępa, w którym oddałem koniowi wodze, umożliwiając swobodne ustawienie szyi i odpoczynek. Wciąż jednak pilnowałem by koń szedł żywo i obszernie, nie chciałem sobie zepsuć tego, co już udało mi się zrobić. Po solidnym rozstępowaniu konia zsiadłem i okryłem go derką, po czym wyprowadziłem do stajni. /ztLeon - 2016-12-26, 21:36 Gdyby głupota Leona potrafiła latać, unosiłby się już na wysokości nieba lub jeszcze wyżej. Z racji kontuzji Shadowfaxa nie startował na swoim podstawowym koniu, dlatego może też ostatecznie zdecydował się na start na swoim najnowszym narybku - Excaliburze. Jako że to był jego jedyny przejazd tego dnia, mógł mu poświęcić dużo czasu. Znając wybuchowy charakter ogiera był im ten czas nie zbędnie potrzebny, Leon poświęcił mu go dużo w stajni i na rozprężalni. Przygotowując go starannie do konkursu, to co z nim powalczył to było tylko jego. Jednak głównie stosował technikę dochodzenia do jakiegoś porozumienia, chyba że ogier postanowił go próbować zabić. Wtedy raczej jasno mu dawał do zrozumienia co o tym myśli, sprowadzając go nieco brutalniej do rzeczywistości. Jednak nie posuwał się do nie wiadomo jakich czynów, by posądzono go że robi mu nie wiadomo jaką krzywdę. Nie mniej jednak nie pozwolił mu wejść sobie na głowę, co nawet w jakimś stopniu im się w końcu udało. Wyciszył albo raczej wykończył ogiera na moment i tuż przed przejazdem, by choć na moment mieć spokojną głowę. W końcu zostali poproszeni o pojawienie się na czworoboku, także przepchnął go do kłusa i skierował we wcześniej wspomnianym kierunku. Mieli jeszcze moment na oswojenie się z miejscem i atmosferą, co dobrze wpłynęło na nich.
Rozmawiając z pyskiem ogiera skierował go przez szranki na linię środkową czworoboku, dziękując obecnie bogu że ogier nic nie odpierdolił na start. Przymknął go nieco mocniej w łydkach, by szedł po linii prostej. Przed X posłał mu półparady, by w X wysłać pełną i przygotować go do zatrzymania. Zamknął go w łydkach, zablokował krzyż, odchylił się w siodle i ściągnął wodzę, uzyskując zatrzymanie bez kroku w stępie. Ustawienie siwka mogło by być lepsze, bo gdzieś odstawił jeden z tyłów i mógłby wchodzić lepiej zadem pod kłodę. No ale cóż, nie można mieć wszystkiego. Ukłonił się w kierunku sędziów, by zaraz ponownie wypchnąć go do kłusa. Ex jak to z jego charakterem bywało, ruszył nieco za mocno do przodu. Jednak po dwóch krokach jakoś udało się Leonowi wypracować właściwe tempo, by dojechać do C i tam skręcić w prawo. Na szczęście wyjechanie dwóch łuków nie sprawiło im większego problemu, ale serpentyna do idealnych nie należała. Choć to nic innego niż wyjeżdżanie łuku i trzymanie właściwego tempa, Leon miał drobny problem z właściwym wygięciem konia na ów łukach. Ogier się usztywniał i nie zginał odpowiednio, co na pewno nie umknęło uwadze sędziów. Dojeżdżając do F wysłał mu ponownie półparadę i przygotował do zagalopowania, co miało okazać się nie lada wyzwaniem. Przesunął zewnętrzną łydkę za popręg, wewnętrzną pozostawił na popręgu i wypchnął go z krzyża biodrami do galopu na prawą nogę. Ogier jednak jak zwykle miał swoją wizję, a Leon nie spodziewał się tego kompletnie. Ogier przeszedł do galopu co prawda, ale strzelił z zadu po drodze i wyrwał zaraz do przodu. Na szczęście chłopak mógł się poszczycić doskonałym refleksem, dlatego mało delikatnie dla niego i zarazem nie tak bardzo widocznie dla oka - dał mu do zrozumienia co o tym myśli. Mocno ściągnął wodzę do siebie, działając kiełznem mało delikatnie na pysk konia. Zamknął go w łydkach i odchylając się w siodle z potęgował nacisk wszystkich pomocy. Dlatego owe mocne tempo miało miejsce bardzo krótko, a raczej było tylko próbą mocnego tempa i wyrwania się z pod kontroli. Nieco walcząc z nim nadal dojechał do połowy długiej ściany, gdzie ściągnął go zaraz na koło. Wygiął go od wewnętrznej łydki pozostawionej na popręgu, zewnętrzną przesunął za i pilnował jego zadu. Wewnętrzną wodzą nadawał mu kierunek i zgięcie w potylicy, zewnętrzną domykał wszystko i pilnował ów wygięcia. Jakoś udało im się utrzymać dobre stosunkowo tempo, ale mieli nadal problem z dopracowaniem wygięcia na kole. Dlatego mogło sprawiać wrażenie nieco płaskiego, ale ostatecznie nie było jeszcze najgorsze. Dojeżdżając do końca koła poprzedził to znów półparadą, by nieco przymknąć go w łydkach, cofnąć się minimalnie w siodle i ściągnąć wodzę. Co prawda przeszli do niższego chodu, ale ogier znów próbował się wyrwać do szybszego tempa. Leon znów musiał stoczyć z nim bój, o lepsze i zarazem odpowiednie tempo. Teraz już nie było tak prosto, ale nie zamierzał mu odpuścić. Wyjeżdżanie narożników jakoś nie sprawiało im sporych trudności, a tempo zdążyli w sam raz dograć bo czekało na nich koło. Ściągając ogiera na koło zaczął jednocześnie anglezować na właściwą nogę, działając oczywiście nadal łydkami na konia - wykręcał go na ów kole. Nie zapomniał o zaagażowaniu tu większym rąk do pracy, zachęcając a raczej próbując go zachęcić do żucia kiełzna. Zaczął też stopniowo oddawać mu wodzę, ale prawie skończyło się to klęską. Ex spiął się cały i zagryzł na wędzidle, raptownie schodząc łbem w dół i będąc głuchym na pomoce Leona. Jakim cudem nadal zginął się wokół jego łydki? Tego nie wiedział nawet on sam, oczywiście idealnie nie było - jednak jakoś było. Udało mu się w końcu dotrzeć do ogiera, który odpuścił i powrót do poprzedniego ustawienia już był lepszy niż zejście w dół. Zamknięcie koło i powrót do kłusa z powrotem, również nie był najgorszy. Leon miał nawet przez moment złudną nadzieję, że może będzie lepiej. Poprzedzając zmianę na krótkiej ścianie zwolnił go do stępa, przejście było nieco zaburzone ale ostatecznie też nie najgorsze. Udało im się nawet uzyskać pośrednie tempo, bo ogierowi chyba podobał się fakt że mógł iść nieco żwawiej niż w roboczym. Wyjechanie wpierw narożnika, a potem na linię środkową i tam stęp swobodny. Dał mu można powiedzieć całkowity luz, pilnując jedynie tego by poruszał się naprzód. Trzymał go też w łydkach, starając się go utrzymać w linii prostej. Dojeżdżając do końca przekątnej uprzedził go znowu półparadą, by pozbierać do poprzedniego ustawienia - stępa pośredniego. To był jeden z lepiej wykonanych przez nich elementów, co nadal dawało jakieś światełko w tunelu.
1-8Charleston - 2016-12-26, 22:30 Charl w kłusie był o wiele żywszy i luźniejszy niż na samym początku jazdy, przez moment może nawet trochę pędził jak nie do końca ujeżdżony młodzik po galopie ale stopniowo się uspokajał i po prostu szedł aktywnie, z rozciągniętą i zaokrągloną sylwetką, niosąc się wręcz przyzwoicie. Przede wszystkim uruchomił się zad ogiera, który przecież w ostatnich czasach bardzo lubił zostawać z tyłu i obciążać cały ruch, odbierając mu tym samym całą grację. Patrząc na hanowera teraz, można było nawet podejrzewać, że rzeczywiście ma w sobie potencjał. Ruch zdradzał, że może być obszerny i sprężysty a zarazem lekki i niewymuszenie dokładny, niestety to wszystko wymagało poświęcenia uwagi. Niemniej jednak trafienie we właściwe ręce na treningu mogło zwiastować sprawną drogę do faktycznej poprawy.
A zatem kłusował jeszcze przez jakiś czas a podczas tych chwil uświadamiał sobie, że właściwie już od jakiegoś czasu nie miał przyjemności oglądać byłej właścicielki, którą przecież głównie kojarzył z jazdami polegającymi na wstrzymywaniu ruchu do przodu. Do stępa przeszedł prawie płynnie i tym razem nie trzeba było go już tak mocno pilnować, aby w ogóle szedł , chociaż na pewno nie był to szczyt jego możliwości.
Wyrozumiałości powinni się byli uczyć inni jeźdźcy od Olivera, który nie dość, że nie złościł się na konia za jego obecny stan, to jeszcze zwracał uwagę na to, by po jeździe nie miał zakwasów i nie był przesadnie zmęczony. Dzięki temu nastawienie kasztana po zakończeniu jazdy było o wiele lepsze, niż jakby jeździec spróbował wykorzystać uzyskane całkiem niezłe rozluźnienie do ćwiczenia jakichś elementów. Dlatego też kiedy już się Charles zatrzymał był pozytywnie zaskoczony i nawet troszkę zapieniony na pysku. Wyszedł za mężczyzną, nie sprawiając mu po drodze żadnych problemów.Paul - 2016-12-26, 22:33 To były jego trzecie zawody i trzecie ujeżdżeniowe, a pierwsze z tym nie znanym całkowicie koniem. Chaos nie miał najlepszych opinii, ale to wcale a wcale nie zrażało Paula. Lubił wyzwania i nie obawiał się konia, bo przecież trzeba było znać jakiś umiar i granicę. Na nim startował jako pierwszym tego dnia, więc mógł go na spokojnie ogarnąć w stajni i na rozprężalni. Wpierw zajął się nim w stajni, postępował konsekwentnie i nie dał sobie wchodzić na głowę. Tak samo postąpił na rozprężalni, tam jedynie wpierw pozbył się zbędnego nadmiaru energii i dopiero przeszedł do konkretnej pracy. Wiedział że Chaos potrzebuje twardego i konsekwentnego traktowania, by wiedział że ktoś kto na nim siedzi nie jest byle laikiem. Może Paul nie miał ogromu doświadczenia jeszcze, ale koń do przesadnie doświadczonych też nie należał. Jeszcze jak byli na rozprężąlni to stres i inne negatywne czynniki zeszły na dalszy plan, ale im bliżej przejazdu tym było gorzej. W końcu jednak nadszedł ich czas, a chłopak musiał skierować go w okolice czworoboku konkursowego. Po uprzednim przejściu do kłusa skierowali się w tamtejszą właśnie stronę, by oswoić się z miejscem i atmosferą zawodów. Stres chyba jednak zaczął zjadać ich oboje, a przynajmniej w większej części chłopaka.
W końcu skierował go w kierunku wjazdu na czworobok. Ogier szedł nabuzowany i naburmuszony jak primadonna, ale jak się domyślał w jego przypadku to nie było nic dziwnego. Zamknął go w łydkach dzięki czemu udało mu się choć jechać po linii prostej, ale ogier szedł zdecydowanie za mocno. Dlatego Paul walczył z nim o zwolnienie i uregulowanie tempa, co jednak nie było wcale proste. Dojeżdżając do połowy środkowej linii, skupił konia w miarę możliwości na sobie. Zblokował krzyż i zatrzymał ruch miednicą, zamykając łydki na jego bokach, odchylając się w siodle i ściągając wodzę. Zatrzymanie nastąpiło po kroku w stępie, a samo ustawienie pozostawało wiele do rzeczenia. Ukłonił się w kierunku sędziów, by zaraz wypchnąć go z powrotem do kłusa. Teraz dla odmiany szedł za wolno, usztywniając się też. Paul miał problem z wyczuciem pomocy które miał słać do ogiera, bo on jakby był na nie całkowicie głuchy. Dojechawszy do końca przekątnej skręcili w prawo, nieco ścinając zakręt który wyjeżdżali. Nadal walcząc z ustawieniem odpowiedniego tempa, co okazało się dość problematyczne. Teraz czekało ich wykonanie serpentyny o jednym łuku, co okazało się nie aż takie problematyczne. Co prawda ich tempo nadal odbiegało od ideału, a ogier mógłby się lepiej wyginać - ale ostatecznie nie wyszło nawet najgorzej. Dojeżdżając do końca serpentyny, starał się go ponownie na sobie skupić. Przesunął zewnętrzną łydkę za popręg, wewnętrzną pozostawił na popręgu i wypchnął Chaosa z krzyża do galopu na prawą nogę. Ogier dość ochoczo ruszył przed siebie, niemal wyrywając się do przodu i burząc całe ustawienie. Udało mu się nieco wymusić na nim powrót do właściwego ustawienia, a nawet nieco go wyhamował. Naszarpał się przy tym z nim, ale przynajmniej coś dzięki temu uzyskał. Dojechał z nim do środka długiej ściany, by ściągnąć go na pierwsze koło w tym przejeździe. Starał się go jak najlepiej wygiąć od wewnętrznej łydki, zostawionej na popręgu. Zewnętrzną przesunął za niego i pilnował jego zadka, a raczej starał się pilnować. Wewnętrzną wodzą nadawał mu kierunek i zgięcie w potylicy, zewnętrzną domykał i pilnował wszystkiego. Walczyli o utrzymanie dobrego tempa, a koło wyszło nieco niedokładne - lekko zaburzyli jego rysunek. Dojeżdżając do końca koła postarał się go znów skupić na sobie, by zaraz nieco zblokować krzyż, zamknąć łydki na bokach i ściągnąć wodzę. Przejście do kłusa było nawet nie najgorsze, ale koń dla odmiany zaczął mu gasnąć. Wyjeżdżając ponownie na długą ścianę, ściągnął go na kolejne koło. Teraz było nieco to utrudnione, bo mieli wykonać dodatkowo żucie z ręki. Paul niestety zawahał się i za anglezował na nie właściwą nogę, co zaburzyło i wytrąciło gniadego z równowagi. Poprawił się dość szybko, by odpowiednio wygiąć go na kole. Udało mu się to nawet w dość dużym stopniu, jednak zejście ogiera w dół było dalekie od ideału. Zagryzł się na nim i spiął się, co spowodowało bardzo powolne i niechlujne zejście w dół. Natomiast powrót do wyższego ustawienia wyszedł za szybko i mieli problem z prawidłowym ustawieniem się, bo i Paula to wybiło z ustawienia. Po zamknięciu koła pojechali dalej na wprost kłusem roboczym, modląc się by skończyć jakoś ten przejazd. Dojeżdżając do A wysłał mu te same pomoce zwalniające co poprzednio, przechodząc z nim do stępa. Na szczęście nakłonienie go do szybszego tempa nie było trudne, bo ogier ochoczo o dziwo na nie przystał. Potem skierował go na przekątną czworoboku, gdzie całkowicie oddał mu wodzę i nakłonił do rozluźnienia się. Tu było nieco już gorzej, bo ogier się fakt faktem rozciągnął do swobodnego. Jednak nie niósł się swobodnie i lekko jak powinien, ale zachowali choć jazdę po linii prostej - cudem. Na końcu przekątnej pozbierał go znowu do pośredniego, co okazało się nie być większym problemem. Tu ewidentnie szybsze tempo mu lepiej pasowało, co Paula nawet cieszyło.Christian Levrull - 2016-12-27, 01:35
Ukryj:
Broyer du Noir napisał/a:
Nie skupiając się już tak na własnych spięciach był w stanie lepiej wyłapywać pomoce jeźdźca co wiązało się ze stopniową poprawą odczucia z siodła. W stępie był znacznie bardziej swobodny i chętny do rozciągania się, co też zostało mu umożliwione. Kary obniżył łeb parskając sobie pod nosem, ruszał się luźno i bez trudu przekraczał tyłami ślady przednich nóg.
Po ponownym zakłusowaniu jego ruch był lżejszy niż poprzednio, dało się w nim czuć nie tylko swobodę, ale wręcz zabawę, a to za sprawą zwiększenia motywacji lubianym ćwiczeniem. Podnoszenie za każdym razem jednej sztangi na wysokość koziołka traktował jako ciekawe wyzwanie, któremu sprostał w całkiem niezłym stylu. Ośmiolatek chętnie unosił wyżej nogi, wyraźnie podobał mu się trening w takiej formie. W miarę postępowania ćwiczenia rzeczywiście rozwijał skrzydła, w kłusie pojawiała się przyjemna faza zawieszenia, sam chód rzeczywiście przemieniał się w kłus w kadencji, może nie zapierającej jeszcze dech w piersiach, ale na pewno rozpoznawalnej. Jego sylwetka stała się okrągła i bardziej plastyczna, rozluźniona szyja przybrała kształt pokaźnego łuku a na piersi ogiera widać było ślady po kapiącej z pyska pianie. Nogi pracowały solidnie, zad napędzał ruch, przepychając Broyera przez cavaletti z należytą siłą, tak by ten mógł zupełnie nieskrępowanie wyrzucać lekkie przody w obszernym ruchu.
Pochwalił ogiera sowicie, pozostając z nim w kłusie na ścianie. Naprawdę zaczął czuć pchający się zad ogiera, pomału uwypuklające i pracujące plecy. O to chodziło, miał na razie odblokować go, nieco rozwijając ruchowo z treningu na trening, a na początku drągi miały nieco wspomóc Chrisa.
Nie zwalniając tempa, czyli utrzymując aktywny, acz swobodny w ruchu kłus rozpoczął serpentynę na ścianach, nie za szeroką, tak by ogier musiał skupić się dość solidnie na jego pomocach w ciasnych zakrętach. Maksymalnie sugerując mu drogę postawił na subtelne przesuwające się sygnały. Wspomagał go przede wszystkim zewnętrznymi, stabilnymi pomocami, wewnętrzną łydką pilnując jedynie zgięcia, a wewnętrzną wodzą lekko pokazując kierunek, przy okazji pulsacyjnie rozluźniając w potylicy tak, by w przy okazji łydek zamknąć całą półparadę. Chwilę go tak pomęczył w obie strony, by na chwilę przejść z ogierem do stępa znów na dłuższej wodzy, na kontakcie. Pochwalił go w między czasie prosząc o TAKIE ustawienie drągów.
Po chwili pozbierał wodze i zagalopował na prawo pinując aktywnego, okrągłego, mocno pod górkę galopu. Cały czas półpradami rozluźniał go i zachęcał do pracy w galopie, coby podniósł plecy i mocno pracował nimi tym bardziej w tym chodzie. Jeśli trzeba było na chwilę odciążał plecy przez półsiad, dalej posyłając w jego stronę półprady. Ponadto na długich ścianach poszerzał wykrok, by na krótkich skrócić w formie porozciągania, dodatkowo w narożnikach wchodząc na ciasne wolty, gdzie znów prowadząc ogiera na przede wszystkim zewnętrznych pomocach pilnował wpisania się jego ciała w rysunek.
Zmienił kierunek, a kiedy czuł, że ogier jest już rozgrzany najechał na ustawione (ok. 3,2 - 3,4 m) drągi wjeżdżając na te po linii prostej pozostał w ustawieniu na stronę z której wjechał (dajmy prawą) następnie kierując się w prawo na drągi po łuku gdzie zmienia ustawienie na lewo wraz z pomocami sugerując zmianę nogi. Został na lewo i to samo z drugiej strony, powtarzalnie nic więcej nie wymagając prócz tego by nie zmieniał na wprost nogi (wspomagał się ustawieniem go na odpowiedni kierunek), a na drągach po łuku płynnej zmiany nogi już na pierwszym drągu. Czy szło lekko czy ciężej męczył ćwiczenie szlifując coraz bardziej wszystko w jak największym rozluźnieniu.Bloo - 2016-12-27, 02:16 Srokacz nie znosił nudy, toteż każde urozmaicenie treningu działało na niego korzystnie. Tak było i w tym przypadku, gdy Scarlett wprowadziła jazdę po łukach oraz zatrzymania. Bloo widocznie zainteresował się ćwiczeniami, bynajmniej na ich początku. Koła - nawet te ciaśniejsze - nie sprawiały mu w stępie najmniejszego problemu. Odpowiednio poprowadzony elastycznie wyginał kłodę, nie wypadając z wytyczonej trasy, ani nie wpadając do środka. Zatrzymania z kolei początkowo faktycznie nie były idealne. Amazonka musiała mocniej przytrzymywać go na pysku, a samo ćwiczenie nie wypadało w punkt. Dopiero po kilku powtórzeniach załapał o co chodzi, stał się nieco łagodniejszy i zaczął wykonywać pełną paradę już od samego dosiadu. Istotną rolę odgrywały półparady, które uprzedzały srokacza i jednocześnie skupiały jego uwagę na brunetce. Jednak co za dużo, to nie zdrowo, a wierzchowiec powoli zaczął okazywać swoje znudzenie, na nowo ignorując siedzącą na jego grzbiecie Scar. Ku zbawieniu nadszedł czas na kłus, który podobał się mu zdecydowanie bardziej niżeli stęp. Wpierw jednak poczekał cierpliwie aż ta podciągnie popręg i dopiero z przyzwoleniem ruszył określonym chodem.
Początkowo trochę za mocno podniecił się możliwością wybiegania, jego kroki były zdecydowanie zbyt szybkie i byle jakie. Dopiero po chwili zaczął się uspokajać i - o ile dziewczyna dała mu ku temu odpowiedni powód - wsłuchiwać w pomoce Amazonki. Koło na które wjechali, skutecznie odebrało mu możliwość nadmiernego pędzenia. Chcąc nie chcąc musiał zaangażować się w pracę, która póki co polegała jedynie na odpowiednim wygięciu i osiągnięciu należytej sylwetki. Na samym początku wypadał nieco zadem, ale odpowiednia korekta była wstanie bardzo łatwo nakłonić go do poprawy. Nie opierał się ręce dziewczyny, przyjemnie zaokrąglając umięśnioną szyję. Po jakimś czasie faktycznie zaczął ładniej wkraczać tyłami pod kłodę, co z pewnością wywołało u Scarlett zadowolenie. Co jakiś czas cofał w jej kierunku ucho, wyczekując dalszych poleceń.Luke - 2016-12-27, 02:17 Mimo odczuwalnych niedociągnięć wynikających z nieznajomości wierzchowca i braku okazji do wcześniejszego solidnego przećwiczenia niektórych elementów, Sugarmanowi i tak przyjemnie siedziało się na andaluzie. Nie odczuwał żadnej presji ani tym bardziej złego nastawienia siwka względem swojej osoby, a zatem bez skrępowania mógł cieszyć się kolejnym jeździeckim doświadczeniem. Stęp był momentem na oddech nawet jeśli i tak trzeba było dalej wszystko mieć pod kontrolą, dla zawodnika zawsze stanowił taki luźniejszy przerywnik w przejeździe pozwalający na chwilę zastanowienia nad tym, co zrobić, aby e drugiej części programu jakoś podreperować szwankujące elementy. Od K zabrał go na przekątną do R, łydkami pilnując aby nie zbiegał na boki a ręką umożliwiając natomiast biodrami zachęcając do wykonywania większych kroków w stępie. Starał się pilnować efektu przez całą przekątną aby pod jej koniec półparadami przygotować ogiera na zmianę w postaci zebrania chodu. Tutaj Sugarman nie chciał przesadzać bo wiedział, że łatwo przesadzić jeśli o stęp i zaburzenie jego taktu przesadnym ograniczeniem kopytnego, stąd wolał zrobić za mało niż za dużo. Dzięki takiemu podejściu na pewno nie otrzymali wysokich not za ten element, ale za to brunet mógł przygotować nieskrępowanego konia do zagalopowania na lewą nogę, które miało mieć miejsce w punkcie C. Podobnie jak na samym wjeździe na halę już samo pierwsze wypchnięcie do wejścia w ten trzytaktowy chód sugerowało zebrane tempo, Luke dosiadem wyraźniej dociążył zad i impulsem od łydki go aktywizował jednocześnie podtrzymując galop, przy czym pulsujące kolano oraz półparady na wyraźnym kontakcie prosiły o skrócenie się konia i przekierowanie siły wypadkowej pod górkę. Pozostawali na pierwszym śladzie po którym Luczek precyzyjnie prowadził siwego, wydaje się banalne a jednak całkiem sporo bardziej wyszkolonych i wrażliwych na rozkład ciężaru i ograniczeń bocznych koni szło po prostej po prostu krzywo, reagując na nieświadome "sygnały" od jeźdźca. Przed S mocniej zapracował łydką i biodrami jednocześnie przetrzymując wypuszczenie go do galopu pośredniego dopiero po minięciu tejże litery. Wówczas miękko przesunął rękę w stronę pyska jednocześnie starając się dojechać Sheridana do wędzidła i uzyskując tym samym jego wydłużenie nie tylko w samej szyi, ale i całej sylwetce oraz przede wszystkim w ramach ruchu. Tutaj chyba jednak zostawił mu ciut za dużo miejsca tym samym pozbawiając próbę dodania efektu wow albo chociaż efektu naprawdę ok. Mówi się trudno.
Powrót do harmonii zebranego galopu w K nie był aż tak piękny ze względu właśnie na słabą jakość wykonania dodania do galopu pośredniego, niemniej jednak najpewniej nietrudno było ustalić z powrotem zebrane tempo, z którym ogier najwyraźniej nie miał najmniejszych problemów. Dzięki temu udało im się wejść w ciasny zakręt przed A co umożliwiło prosty wjazd na środkową linię, na której jednak pozostali bardzo krótko bo już w D powinien był się rozpocząć ciąg w lewo. Zadanie nie było wygórowanie trudne, ledwo co wyszli z ciasnego zakrętu więc Luke pozostawił ogiera w ustawieniu na lewo by w D poprosić go o zgięcie ciała z łopatką skierowaną w kierunku ruchu i analogicznie jak w kłusie zabrać go w stronę ściany, uważając aby nie wylądować na śladzie za wcześnie. Równie uważny musiał pozostać aby podtrzymać galop na lewą nogę i aby w ogóle utrzymać galop. Chociaż teraz bardziej skupiał się na zebraniu co powinno ułatwić zadanie, nie odpuszczał sobie ani na moment i dbał o każdą foulę, siedział w równowadze i pilnował lekkiego ustawienia w lewo podczas gdy kierował go po śladzie, nie za głęboko do wnętrza narożnika i po krótkiej ścianie. Tam półparadami przygotowywał go na mające zajść zmiany, jednakże krótkie usztywnienie nadgarstków znacznie utrudniło płynne przejście do stępa, w efekcie czego nowe zagalopowanie na prawą nogę odbyło się w nieco mniej spokojnej atmosferze i odrobinę za późno. Luke wciągnął głęboko powietrze i wydmuchując je ustami pożegnał się na razie z własnymi spięciami aby jak najlepiej podejść do próby wyciągnięcia galopu, co postarał się przygotować wyraźniej niż podejście do galopu pośredniego a jednocześnie na uwadze miał, by nie utracić kontaktu. Ta przesadna chęć doprowadziła do zbyt powściągliwego podejścia do tematu i finalnie efekt nie różnił się zbytnio od tego kilka chwil temu, no może było w tym nieco więcej zachowanej harmonii. Zaraz też mieli do czynienia z lustrzanym odbiciem ostatnio wykonywanej sekwencji ćwiczeń, co swoją drogą bardzo ułatwiało nauczenie się nawet bardzo długiego przejazdu. A zatem postarał się ponownie uzyskać zebrany chód by po krótkiej chwili zakręcać Sheridana na linię środkową, z której szybko weszli na przekątną do B, oczywiście w ciągu w prawo. Niestety symetria została zachowana i tutaj także, kiedy już jechali po ścianie w lewo na prawą nogę, Luczek trochę skopał to przejście do stępa w C, przez co punkt "zwykła zmiana nogi" mógł zostać oceniony co najwyżej na naciągane 5. Sugarman na szczęście nie rozpamiętywał sekundę temu popełnionych błędów co pozwoliło mu na skupienie i opanowane wyegzekwowanie ponownie zebranego galopu na lewą nogę, w którym wjechali na przekątną o nazwie najbardziej popularnej twardości ołówka - HB. Na jej środku, a zatem na literze I, zaplanowana była bardzo wielka-mała rzecz, do której przygotowania Luke przedsięwziął już kilka fouli wcześniej. Półparadami skupił na sobie ogiera by na wycyrklowanym na doświadczone oko miejscu, kiedy wchodzili już w fazę zawieszenia, kulminując te wcześniejsze przygotowania przemienił ustawienie łydek lewą przesuwając do tyłu a prawą przekładając na popręg, gdzie jej obecność zaakcentował wyraźnym impulsem połączonym czasowo ze zmianą ustawienia głowy. W razie konieczności zaakcentował zmianę pomocy "piknięciem" zaokrąglonych na końcach ostróg, co oczywiście było przez niego przeprowadzone z odpowiednim wyczuciem. Kiedy dotarli do końca przekątnej na dobrą sprawę tylko odbili się od ściany by wejść na następną przekątną od B do K, tutaj miały miejsce analogiczne działania w analogicznych punktach, a zatem lotna zmiana na środku linii przekątnej, a zatem w punkcie L. Dzięki zebraniu w galopie ryzyko nieczystego przeskoczenia albo chęci do wyrwania po zmianie było raczej niewielkie, w efekcie ćwiczenie zostało wykonane całkiem nieźle i mogli bez większego wstydu wjechać na linię środkową i zatrzymać się w X, tym razem raczej prosto bo zawodnik już sam siebie bardziej przypilnował. Gdy ogier znieruchomiał na ten moment Luke przełożył wodze do lewej ręki by prawą mieć wolną podczas ukłonu a następnie móc nią poklepać szyjsko andaluza. Zaraz też wysłał go do stępa i dał luźną wodzę by w przepisowo opuścić czworobok i udać się na solidne rozstępowanie na rozprężalni.