To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Orchard Stable
Najlepsze jeździeckie forum PBF!

Parcour - Parkur piaszczysty

Be My Valentine - 2017-12-10, 23:43

Jonah Wrens napisał/a:
...


Dość szybko zrozumiał, że ręka faktycznie można być przyjemna, chętnie mieląc wędzidło szukał kontaktu z ręką swojego jeźdźca. W trakcie wypuszczenia go do dołu na kontakcie wydłużył dość szybko szyję bez oporu tym razem lekko zginając szyję za jego wewnętrzną ręką. Dopiero teraz Jo mógł poczuć jak pomału podnosi plecy zaczynając chętniej wkraczać zadem pod kłodę - choć do ideału było mu daleko, próbował.
Zaskoczony zatrzymaniem i zeskoczeniem jeźdźca z jego pleców postawił na niego uszy obserwując uważnie. Już? Koniec? A gdzie soczysty wpierdol? Trącił go nosem, kiedy ten kręcił się obok niego, a następnie ruszył za nim do stajni ochoczo.

[zt]

Jonah Wrens - 2017-12-11, 00:05

Korzystając z ładnej pogody zabrałem ogiera na dwór, nie martwiąc się tym, że zmarznie gdyż i tak rozgrzewkę miał zapewnioną w narzuconej derce. Prowadząc go w ręku, zaczepiałem gniadosza co jakiś czas żeby się nie nudził i miał jakiś miły kontakt ze mną. Dopiero po dotarciu na parkur, gdzie jak widać korzystała z pogody już jedna para, podstawiłem sobie Walentynkę pod schodki i podciągnąłem popręg, a następnie opuściłem strzemiona. Podrapałem jeszcze ogiera po grzebieniu i dopiero wsiadłem na niego. Łapiąc drugie strzemię lekko dołożyłem łydkę do jego boku i zaoferowałem mu całkowity luz na wodzy. Prowadząc go bardziej dosiadem i pozwalając na rozgrzanie się w swoim tempie. Również postanowiłem mu wydłużyć czas stępowania do piętnastu minut ze względu na jego wcześniejszą kurację i też samo to, że chciałem dla niego dobrze. Próbowałem zapewnić gniademu komfort psychiczny i pokazać, że jednak trening może być dobrą zabawą, a nie męczarnią. Dlatego korzystając z wolnych rąk, głaskałem go po szyi, zadzie sprawdzając jednocześnie czy akceptuje dotyk w takich miejscach. Coś tam do niego mówiłem i sobie zmienialiśmy kierunki, próbując z problemami lub bez zrozumieć swoje działania.
Be My Valentine - 2017-12-11, 01:03

Szedł chętnie z Jo raczej nie mając problemów z płoszeniem się czy "wielkimi oczami". Zaczepki przyjmował z zaciekawieniem coraz bardziej będąc zainteresowanym odmiennością w stosunku do wcześniejszych swoich jeźdźców - Jonahem.
Kiedy wkroczyli na parkur postawił uszy, zacaplował na 2/3 kroki, ale po przytrzymaniu go przez Jo przeszedł znów do stępa i tylko zarżał do klaczy, która jeździła po obiekcie. Parsknął kiedy ten ustawiał sobie sprzęt, by następnie położył po sobie uszy w momencie jego wsiadania, spodziewał się bólu w grzbiecie, który sprawiał mu zazwyczaj jeździec przez bolesność jego pleców, ale nic takiego nie miał miejsca. Ruszył chętnie przed siebie, żwawo, ale nieśmiało wyciągał łeb do przodu jakby dawno nie znając oczywistej, przyjemnej postawy w stępie.
Obstawiam, że Jo w trakcie stępowania dość szybko zorientował się, że ogier zapomniał co to jest rozluźnienie się do dołu i po korekcji na dłuuugim kontakcie, gdzie zachęcał go do żucia w dole dopiero podniósł plecy i zaczął iść z faktycznie pracującymi, elastycznymi plecami. Ta zmiana poprawiła znacznie jego stęp, wykrok i pracę zadu. Chętnie również przyjmował dotyk jeźdźca po prostu lubiąc takie pieszczoty, wpływało to na niego kojąco i pozytywnie i na pewno plusowało, stąd owy długi stęp był dla niego przyjemną rozgrzewką przed dalszą pracą, po 10 minutach praktycznie sam szukał ręki jeźdźca w dole nie spinając przy tym pleców.

Jonah Wrens - 2017-12-11, 01:19

Cieszyło mnie to, że zaczął żyć i poniekąd dokazywać jako ogier. Nie przejmowałem się tym, że reagował na klacze - teraz mnie to cieszyło, a później tylko pokażę mu granice w zachowaniu.
Będąc już na nim, miałem okazje poczuć różnicę w chodzie, oczywiście musząc zasugerować, że głowa może iść do dołu i naprawdę jest to miłe. Delikatnie mu zasugerowałem zejście głową, pomagając sobie łydkami, które były cały czas "oparte" o jego boki i dociskały się wraz z poruszeniem wędzidła, a nawet częściej coby troszeczkę go rozruszać i naprowadzić na wędzidło. Cieszył mnie efekt, który udało się uzyskać dzięki pracy głównie osób zamieszanych w jego grzbiet, teraz musiałem to pielęgnować ale raczej nie czułem jakiejś wielkiej presji. W końcu miałem oczy i obserwowałem zachowanie 9latka pod siodłem.
Po tych dziesięciu minutach, gdzie zaczął mnie szukać, pooowolutku nabrałem trochę wodzy, żeby złapać z nim kontakt, ale na trochę dłuższej wodzy niżeli podczas skoków. Dzięki temu mogłem śmiało oferować mu oparcie, a jednocześnie nie musiałem szukać gdzieś wodzy. Dołożyłem do wszystkiego duże koło o średnicy 20m, na spokojnie nadając mu lekkiego wygięcia po obwodzie, dzięki łydkom, które wciąż tworzyły dla niego lekki korytarz plus całemu ciału, gdyż wzrokiem obserwowałem rysunek koła, a reszta intuicyjnie podążała za spojrzeniem. Po zrobieniu koła po obu stronach parkuru, zmieniłem kierunek i powtórzyłem to samo ćwiczenie. Bez parcia, na spokojnie coby złapać nić porozumienia i dobrego samopoczucia. Wychodząc na prostą, na prawą rękę przyłożyłem łydki do jego boków zapraszając gniadosza do kłusa. Jeśli mi się nie udało utrzymać w ustawieniu to trudno, zacząłem wszystko w kłusie od nowa. Zaczepiając go wewnętrzną wodzą, łydką doganiając do wędzidła i trzymając równo ręce jeżeli już się opierał. Starałem się go zdrowo rozciągnąć i pierwsze dwa okrążenia parkuru były bez wolt i dopiero zmieniliśmy kierunek po przejechaniu 2,5 okrążenia parkuru, żeby powtórzyć to samo na drugą stronę i wraz z wróceniem kłusowania na prawo dodałem tak samo duże koła jak w stępie.

Be My Valentine - 2017-12-13, 11:50

Chętnie wszedł na wędzidło mieląc je, czasami mógł zapomnieć o tempie co przekładało się na chwilowe zapadnięcie się grzbietu, ale wystarczyło go własnie domknąć w łydkach, by szybko się ogarnął na nowo.
W trakcie kół na początku był mało "plastyczny", by za drugim podejściem zacząć wyginać się poprawnie od pomocy, od wewnętrznej łydki odchodząc na zewnętrzną wodzę. Mielił wędzidło oparty na wodzy w trakcie łuków szukając oparcia. Jo oferował mu "przyjemne" ustawienie, więc chętnie się go podejmował. Po powrocie na ścianę i czytelnych pomocach do zakłusowania wpierw wymalił się, by następnie aktywnie zakłusować, ale nie wychodząc z kontaktu. Owe wyryjenie się było raczej kwestią przyzwyczajenia, reakcji na dany element niżeli braku umiejętności Jo. Z kroku na krok czując stałe podparcie łydki i pulsację wodzy wreszcie zaczął chętnie przeżuwać i po którymś okrążeniu odpuścił schodząc w dół na długim kontakcie i podnosząc chętnie plecy w trakcie takiej jazdy. Pozostawał aktywny, mocno pchając się zadem. Mimo, że był wysoki był z urody klaczkowaty, prezentując niepozorny, ale silny zad, który pokazywał przede wszystkim w trakcie wysokich lotów. Tym razem na kołach prawie od razu zaczął poprawnie wpisywać się w łuki całą sylwetką nie wychodząc z niskiego ustawienia.

Jonah Wrens - 2017-12-13, 23:37

Jak to mawiają - pierwsze koty za płoty, mogłem spróbować go pewniej "przytrzymać" w dole lub pozwolić do tego samemu dojść. Chociaż druga opcja mogła trwać o wiele dłużej i nie wiadomo czy Be My pokusiłby się o taki śmiały krok w obliczu tego, co miał zakodowane w głowie dotychczas. Skoro dawał się szybko ogarniać i wprowadzać ponownie w niskie ustawienie, mogłem zapomnieć częściowo o jego problemach z plecami, które ewidentnie uciekały od gniadosza. Korzystając z uzyskanego luzu ogiera, postanowiłem wypróbować coś jeszcze, a że mieliśmy dużo miejsca to nie musiałem się w żaden sposób śpieszyć, a całkowicie skupić na jakości zadania. Mianowicie postanowiłem wprowadzić go na ósemkę, która rozciągała się po całym parkurze, a przed środkiem było przejście do stępa, żeby po 7-12 krokach przejść z powrotem do kłusa. Czyli dużo czasu ale chciałem go poświęcić na pozostanie w ustawieniu. Zatem przy przejściu w dół przeruszyłem wewnętrzną wodzą, a jednocześnie podparłem go łydką, zablokowałem miednicę i cofnąłem lekko plecy żeby zrobić przejście w chód niżej, a nie do stój. Miałem też okazję do sprawdzenia jego reakcji na dosiad, więc wszystko w jednym, a on musiał tylko oprzeć się o wędzidło i spokojnie przejść do stępa. Jeśli udało się nam pozostać w dole lub chociażby nie wylamił się - pochwaliłem go głosem. W górę przejście miało taką samą zasadę, przytrzymania zewnętrznej i póki co nie ruszenia wewnętrznej ale obecności łydki, która docisnęła się i odpuściła nacisk w momencie przejścia. Pozostawiając kontakt z jego bokami ale już nie ucisk. Również głosowo pochwaliłem konia i jeszcze raz zrobiliśmy zmianę - jeśli wyszło to wraz z powrotem na ścianę zrobiliśmy przejście do stępa i oddałem mu całą wodzę, żeby mógł odpocząć, a ja sprawdzałem czy spróbuje sam rozciągnąć szyję.
Be My Valentine - 2017-12-21, 15:08

Na chwilę obecną zapewne z chęcią poszedłby łbem w górę, więc dobrze, że Jo nie próbował, zapewne z czasem, kiedy zrozumie intencje swojego nowego Właściciela takie zachowanie nie będzie miało miejsca. Po wjeździe na ósemkę postawił uszy przed pierwszym przejściem w dół mimowolnie się spinając, ale dzięki sygnałom Jo pozostał w ustawieniu tym razem i dość szybko zareagował na pomoce. Ogólnie był dobrze ujeżdżony, gdy ktoś wiedział jak go prowadzić, jedynie ostatnie częste zmiany jeźdźców doprowadziły do tego, że nie dość, że się pogubił to jeszcze złapał kontuzję pleców.
Energicznie maszerował przed siebie, by nieco zbyt energicznie zakłusować, ale nadal pozostając w ustawieniu. Mieląc wędzidło na łuku dobrze wpisywał się całym ciałem w zakręt, a na wprost dość szybko się prostował. Tym razem przejścia w dół dalej były takie same, nie wylamił się dość szybko reagując na pomoce w dół, a przy zakłusowaniu nieznacznie „uciekł spod tyłka”, ale kontrolowanie. Chętnie też przyjmował pochwały strzygąc wtedy uchem na Jeźdźca.
Kiedy przeszli do stępa na długą wodzę wyciągnął szyję, faktycznie, ale jak na razie idąc bardziej łbem w górę niżeli w dół. Nie kombinował za to w podkłusowywaniu, przynajmniej na razie.

Ruth - 2017-12-26, 15:38

Russian Roulette napisał/a:
....


Po pełnej rozgrzewce, która trwała jeszcze dobre kilka minut ruchem z miednicy poprosiła Russian o galop w stronę małej koperty, około 60 centymetrów. Lekka półparada ku skupieniu, przesunięcie łydką skrzywienia w lewo oraz zachęcająca łydka, którą następnie poprosiła klacz do skoku wraz z oddaniem wodzy i wyparciem z dosiadu. Podczas lotu obciążyła klacz na lewo i zgrabnie skierowały się w stronę pojedynczego drąga, którego pokonały jednym susem z pomocą łydki. Chwilowe krążenie w lewo, coby znów wylądować na przeszkodzie - tym razem na stacjonacie około 65 centymetrów, po której pokonaniu paradą spowolniła klacz do kłusa kierując ją na szereg 5 drągów.

/wybacz długość, poprawię się/

Jonah Wrens - 2017-12-27, 02:12

Pochwaliłem go i miałem przynajmniej świadomość tego, że w kłusie trzeba go kontrolować podczas przejścia i pokazać, że nic się nie dzieje. Przyśpieszając jednak cały proces rozgrzewki, pozbierałem wodzę gdy ogier chwilę odsapnął i najpierw poprosiłem go o zakłusowanie, a następnie o zagalopowanie na prawą nogę. Osobiście wolałem przejścia ze stępa, ale cóż. Trzymając rękę w jednym miejscu oferowałem mu oparcie i unikałem rzucenia się dziewięciolatka przed siebie w celu przelania się przez pierwszy krok galopu. Plecy zachowałem proste, podparłem go łydkami i mu nie wadziłem. Po dwóch/trzech krokach galopu jeśli był spokojny zrobiłem lekki półsiad i pozwoliłem mu się rozgalopować na pełnym luzie. Jeśli potrzebował to dalej go rozciągałem do dołu, nie wymagając niczego więcej. No chyba, że zaczął uciekać spode mnie, ścigać się ze sobą lub coś kombinował. Zawsze mogłem zabrać go na koło i tam wyciszyć. Tak czy siak potem przeszliśmy do stępa, chwila przerwy i galop na lewą stronę. W czasie kolejnej przerwy obsługa ustawiła nam takie drągi. Zbierając ponownie wodze, zaprosiłem go do kłusa na lewo i spokojnie zaczęliśmy najeżdżać na nasze pierwsze zadanie. Wprowadzając go równo w korytarz z drągów, patrzyłem przed siebie i wspomagałem go łydką, żeby jakoś to poszło. Starałem się opierać jednakowo strzemiona i trzymać równo wodze unikając ucieczek ze strony ogiera. Robiąc najazd z lewej, wyjeżdżałem na prawo i tak w kółko zmieniałem mu strony, żeby się nie nudził po trzech dobrych razach wprowadzając przejście do stępa niedługo po przejechaniu drągów, tak żeby sprawdzić jego reakcje i troszeczkę zaangażować jego zad. Jeśli wszystko dotychczas zrobił dobrze, zabrali drągi, a zostawili korytarz(zielone drągi), który miał mi pomóc w utrzymaniu prostego galopu.
Oliver Pelerieux - 2018-01-05, 22:39

/Przyjmę, że nikogo nie ma, skoro już dawno nie było nowych postów. ;)

Przyszedłem z Dark na parkur, który był już przeze mnie przygotowany pod dzisiejszy trening. Podciągnąłem klaczy popręg, po czym dosiadłem jej, nie zdejmując jeszcze derki, którą chciałem zatrzymać na czas stępa. Wziąłem wodze na kontakt i dałem gniadej łydkę do stępa, którym ruszyłem wzdłuż ogrodzenia, na dobry początek zarządzając 15 minut żywego marszu. Dosiadem podążałem za ruchem klaczy i w razie konieczności krótkim impulsem od łydki przypominałem jej o konieczności wyciągania nóg. Wodze choć napięte, wciąż były wystarczająco długie by klacz mogła nieść szyję nisko, do czego zresztą starałem się ją zachęcić, dojeżdżając dosiadem do ręki, która także współpracowała z ruchem klaczy - nie trzymałem ręki sztywno w jednym miejscu, a podążałem nią za bujającym ruchem głowy, oferując miękki i przyjazny kontakt. Stępując po parkurze oczywiście nie trzymałem się cały czas ściany, tylko zmieniałem często kierunku w przeróżnych kombinacjach - przez przekątną, środek parkuru lub przez półwoltę, za każdym razem dbając o to, by Dark poprawnie wpisywała się w łuki i nie traciła na nich tempa. Operowałem przede wszystkim wewnętrzną łydką, wokół której wyginałem klacz, a także zapraszałem nią do oparcia się na zewnętrznej wodzy. Inne pomoce oczywiście także miały w tym swój udział, mianowicie wewnętrzna wodza zachęcała do zaokrąglenia się podczas wyjeżdżania zakrętu, zaś zewnętrzna łydka pilnowała zadu, a wszystko razem tworzyło rzeczywiste warunki do tego by właściwie ułożyć ciało w zakręcie.

Dark Princess - 2018-01-11, 21:22

Przyszła z Oliverem na parkur, który już czekał na ich przybycie. Klacz bacznie przyjrzała się terenowi, a w szczególności ustawionymi na nim przeszkodami. Spokojnie dała sobie dociągnąć popręg i dosiąść przez mężczyznę, by zaraz ruszyć aktywnym tempem przed siebie wzdłuż ogrodzenia. Mieliła w pysk wędzidło, poruszając się żwawo do przodu. Nie próbowała kombinować ani uprzykrzać belgowi życia. Była pełna energii i zapału, więc też nie specjalnie gasła podczas stępowania bo chciała zrzucić nadmiar roznoszącej jej energii którą w sobie miała. Szła rozluźniona choć widocznie skupiona na pomocach chłopaka i gotowa w każdej chwili zareagować na każde polecenie czy zmianę. Gniada należała do koni szukających kontaktu z jeźdźcem, potrzebowała go do zachowania spokoju i równowagi. Olivier to z pewnością zauważył na poprzednich treningach czy też Jess mu powiedziała. To też zadowolona była nawet z tego lekkiego na początek kontaktu, który dla niej był dość ważny. Stępowali po parkurze zmieniając od czasu do czas kierunek przez przekątną, środek parkuru lub przez półwoltę. Klacz starała się poprawnie wyginać na łukach, odginając się od wewnętrznych pomocy chłopaka. Ograniczona zewnętrznymi nie wypadała z ustawienia, starając się zachować przy tym ciągłe tempo.
Oliver Pelerieux - 2018-01-12, 12:10

Po tym opisie nie jestem pewna, czy mówimy o tym samym kontakcie, ale jeśli chodzi o ten ręki z pyskiem, to przynajmniej jedno wymagana sprostowania - na pewno nie był on lekki, bo trudno mówić o kontakcie lekkim czy mocnym, bo prawidłowy kontakt jest po prostu stabilny i elastyczny. :lol: Trzymałem wodze cały czas na tej samej wysokości, nie dopuszczając do tego, by wyślizgiwały mi się spomiędzy palców. Jednocześnie nie trzymałem ich kurczowo, ani też nie usztywniałem nadgarstka, dzięki czemu moja ręka współpracowała z ruchem klaczy, pozwalając się jej oprzeć i rozluźnić.
Po piętnastu minutach stępa dałem Dark łydkę do kłusa, ale jeśli zdarzyło się tak, że po ruszeniu uciekła od ręki, z powrotem zwolniłem do stępa by na nowo ją ustawić na zewnętrznej wodzy i rozluźnić w potylicy. Jeśli jednak pozostała w ustawieniu, kontynuowałem anglezowany kłus po pierwszym śladzie, wymagając od gniadej aktywnego tempa, aczkolwiek bez nadmiernego spieszenia się. Niebawem zacząłem jeździć po kołach, nie mniejszych niż o średnicy piętnastu metrów, lub po ósemkach by dalej pracować nad elastycznością folblutki oraz by utrzymać jej uwagę. Na kołach niekiedy zachęcałem ją do mocniejszego zgięcia poprzez subtelne napięcie i odpuszczenie wewnętrznej wodzy, natomiast po zamknięciu koła i wyjściu na prostą zawsze prostowałem klacz, zachowując tylko delikatne wygięcie w potylicy na tyle, żebym widział jej oko po wewnętrznej stronie.
Po około dwóch okrążeniach na obie strony, wprowadziłem przejścia kłus-stęp-kłus, niekiedy przeplatane przejściami stęp-stój-stęp, co generalnie miało poprawić reakcję Dark na pomoce, wzmocnić zaangażowanie zadu i zwiększyć lekkość przodu. Każde przejście poprzedzała pojedyncza półparada, dająca Dark czas na reakcję. Hamowałem przede wszystkim od dosiadu, nie zapominając o tym by domknąć gniadą w łydkach czy przykładowo wykończyć zatrzymanie zamknięciem ręki, dzięki czemu powinno nam to dobrze wychodzić.

Be My Valentine - 2018-02-02, 15:37

Jonah Wrens napisał/a:
...


Po odpoczynku chętnie podjął próbę szybkiego powrotu do ręki Zawodnika mieląc chętnie wędzidło i zachęcony próbując się rozluźnić zaokrąglając plecy i raczej nie zmieniając swojego tempa. Zakłusował nie wychodząc z ustawienia, a następnie z lekkim opóźnieniem zagalopował.
Na samym początku, przez nawyk zagryzł wędzidło przenosząc ciężar ciała bardziej na przód i w ramach próby jeźdźca bryknął sobie dość mocno z krzyża z dwa, trzy razy. Kiedy jednak Jo nie odkleił się od siodła na chwilę kładąc uszy galopował dość sztywno przed siebie opierając się pomału na ręce jeźdźca. Stałe przepychanie go łydką do wędzidło pomogło, zaczął stopniowo bardziej obciążać zad jeszcze chwili nie puszczając jednak spięcia z potylicy.
Zostając na śladzie zaczął mielić wędzidłem stopniowo zaokrąglając się, by ostatecznie chętnie skorzystać z możliwości rozciągnięcia się do dołu i zaokrąglenia nie tylko szyi, ale i pleców, bez problemu odnajdując równowagę w takiej pozycji. Poparskując zaokrąglił całą sylwetkę chętnie również podejmując dodanie w galopie i rozciągnięcie się – tu czasami zadzierał łeb, ale tym razem wystarczyła lekka sugestia, by odpuścił. Podobnie było na drugą stronę, nawet po przerwie, nie licząc tego, że na wejście nie strzelił barana, ale zdarzyło mu się raz jeszcze podbić zadkiem, ale raczej już nie złośliwie. W trakcie przerwy chętnie rozciągnął się pozostając nosem w dole.
Kiedy Jo pozbierał wodze i zakłusował ogier dość sprawnie i chętnie odpowiedział na pomoce jeźdźca, a skierowany na drągi raczej nie krzywił się w najeździe. Postawił uszy i mimo domknięcia łydek ogier intensywnie patrząc na kolorowe belki przesadnie skrócił się w ostatnim kroku, co spowodowało, że nie zmieścił się w odległościach między nimi, plusem było to, że mimo tego potknięcia pozostał w ustawieniu i nie skrzywił się. Następne razy już były płynne i bez problemu, gdzie ogier chętnie angażował nie tylko nogi, ale plecy i szyję. Przejścia po drągach robił niespóźnione, czasami jednak nieco zostawiając zad, ale wystarczyła sugestia łydką, by się ogarnął.

Jonah Wrens - 2018-02-05, 23:42

Na szczęście z reguły na treningach nie miałem sielanki, więc brykające konie były dla mnie normą - stąd brak zaskoczenia na silne brykanie, chociaż nie było tak, że nie drgnąłem. Tyle, że psychicznie nie miało to na mnie wpływu i pozwoliło w reakcji na bryknięcie dać łydkę, nie strasząc go ostrogą. Dzięki jego odpuszczeniu bo chłopak miał trochę tej siły w zadzie, utrzymałem się w siodle i na jego galop poklepałem gniadą szyję. Chciałem żeby wiedział, że tego oczekiwałem. W raz z czasem i "rozjechaniem" się Be My stał się bardzo przyjemny i był miłą odmianą od ostatniego treningu, kiedy plecy powodowały u niego sztywność poziomu kija w dupie, aż do gardła. Galopując łydką, angażowałem jego zad coby łatwiej mu było się rozluźnić, a w razie potrzeby istniała opcja odchylenia na bok wewnętrznej wodzy, coby troszkę rozluźnić chłopaka. Broń Boże nie ciągnąłem go za pysk, nawet jak na drugą nóżkę sobie bryknął. Przyjąłem to jak z Shockiem, było i tyle taki urok.
Po niezbyt udanej próbie i średnich kolejnych pilnowałem go bardziej łydkami, które wymuszały na nim oddanie pierwszego kroku, a reszta już była trzymana ramami drągów, plus podparta z mojej strony, coby się nie zatrzymał, ani nie utracił impulsu. Po dobrym przejściu, tak jak wcześniej było wspomniane zabrano drągi na kłus i w ich miejsce postawiono niskiego krzyżaka bo o wysokości 50cm. Przed nim i za nim był drąg, który miał trzymać konia przed i po skoku (chociaż nastawiłem się też na opcje przeskoczenia leżącego drąga za przeszkodą). Plus dodatkowo na ziemi leżały prostopadle do przeszkody drągi, które tworzyły korytarz dla konia, pomagając mi i jemu na uzyskanie prostego najazdu, na sam środek przeszkody.
Krzyżaka zaczęliśmy atakować chwili stępa na luźnej wodzy, coby ogier miał szansę na odpoczynek i przemyślenie wszystkiego. Zabierając go do galopu na lewą nogę , zadbałem o większy dystans między nami, a przeszkodą żebyśmy mieli czas na ustalenie energicznego, aczkolwiek równego tempa. Chciałem żeby galopował od zadu, więc w tym celu aktywowałem go łydką, a ręce trzymałem nisko w jednym miejscu przed sobą. Nie ciągnąłem, łydką dopychając go do ręki, gdzie mógł spokojnie się oprzeć. Wreszcie tak ustawionego w tempie konia, skierowałem w stronę przeszkody. Zadbałem o to, żeby był wyprostowany i miał szansę przypatrzeć się naszemu "wyzwaniu", coby nie miał pretekstu do odpalenia, bo nie widział co skacze. Trzymając równo ręce, siedziałem sobie luźno i mając cofnięte ramiona czekałem na skok. Zasygnalizowałem obecność drąga, którego nie miał ignorować i już foule po nim, Valentine mógł się odbić od ziemi i przefrunąć nad tą potężną wysokością 50cm. Specjalnie się nie wysiliłem jedynie podnosząc swój tyłek w minimalnym półsiadzie, zachowując cofnięte ramiona, ale luźne ręce, aby mógł spokojnie wyciągnąć głowę o ile preferował. Po lądowaniu, spokojna foula i znowu drąg, który wyznaczał tempo odjazdu, w którym zresztą nic nie kombinowałem z ręką, a spokojnie wróciłem do siodła już po pokonaniu leżącego drąga. Robiąc zwykłą zmianę nogi powtórzyliśmy to samo i zależnie od efektu - była korekta lub podniesienie przeszkody do krzyżaka 70cm. Również na obie strony i powstała stacjonata 60cm, którą mieliśmy w taki sam sposób pokonać, o ile nie bylo problemu - chwila zasłużonej przerwy i powstał dla nas szereg na foulę o wejściu stacjonata 80cm i wyjściu double barre o wysokości 80-90cm, a szerokości 100cm. Plus drugi szereg na dwie foule wejście stacjonata 90cm, wyjście okser 90x100cm. Dodatkowo przed każdym wejściem w szereg leżał drąg na naskok, który miał pomóc Be My z odnalezieniem tempa.
Ruszając galopem na prawo na naszą stacjonatę podniesioną do wysokości 70cm, spokojnie sobie siedziałem i czekałem, pilnując galopu łydką, a resztą spokojnie czekając. Nie wyrywałem się przed konia, ani nie myślałem niepotrzebnie o dziwnych odchyłach z jego strony. Skakaliśmy wyższe przeszkody na zawodach, więc taka gimnastyka powinna mu tylko dobrze zrobić, a wysokości raczej nie straszyły. W momencie skoku zasugerowałem mu lądowanie na lewą nogę, lekko obciążając owe strzemię i z myślą o zakręcie patrzyłem w kierunku szeregu na foule, zachowując jednak podczas skoku prostą sylwetkę. Bo nie ułatwiłbym mu zmiany nogi, rzucając się swoim cielskiem, w którąś ze stron. Galopując na lewo, utrzymałem wcześniej narzucone tempo i znowu galop podtrzymywany łydką i czekanie. Gdyby naparł na wędzidło i próbował minimalnie dodać do szeregu - pozwoliłem mu, żeby wszedł odpowiednim tempem i się trochę rozciągnął. Pilnując tego, aby był wyprostowany poczekałem na pierwszy skok, wycofując jedynie ramiona do tyłu, nie bawiąc się w wracanie do siodła na foule, bo mogłoby mi to wyjść chaotycznie, więc zostałem ramionami z tyłu i poczekałem na drugi skok, który zostawił za nami szereg. Tutaj odbiliśmy na lewo i poprowadziłem go do naszej "wyjściowej" stacjonaty i po pokonaniu jej ponownie ruszyliśmy na prawo, tym razem do szeregu na dwie foule. Ta sama zasada, ręce równo w jednym miejscu, łydka dojeżdża i rozgalopowuje, a wodze są równe, by mógł być wyprostowany. Ramiona z tyłu i sobie czekałem, nie nakręcając się niczym. I dzięki temu kolejne przeszkody mogliśmy pokonać na spokojnie, o ile wszystko pasowało gniadoszowi. Jeśli było okej to dostał chwilę odsapki na długiej wodzy, a jak coś trzeba było poprawić, to było trzeba.

Russian Roulette - 2018-03-18, 13:57

Ruth napisał/a:
[...]


Po pełnej rozgrzewce, która trwała jeszcze dobre kilka minut. Siwa klacz chętnie przeszła do galopu, który kobieta jej zaproponowała. Poruszała się aktywnie z zadu, prezentując nie naganny galop naprzód. Skierowała się wraz z właścicielką w kierunku małej 60cm koperty. Wraz z pomocami od Ruth skupiła się na przeszkodzie, by dojechać do miejsca odbicia i w nim wyjść do góry. Ładnie złożyła nogi w locie pod siebie, wystarczająco wyciągając się nad przeszkodą. Wylądowała na lewo, by kontynuować na tą nogę galop. Tak też skierowały się na pojedyńczego drąga, którego klacz pokonała gładko. Po jego przejściu chwilę krążyły na lewo, by znów wylądować na przeciw przeszkody. Była to dla odmiany 65cm stacjonata, która nie powinna im sprawić problemów - acz jednak było inaczej. Siwa z niewyjaśnionych przyczyn pewnie dla kobiety na ostatnich dwóch foule mocniej przy angażowała zad, dlatego po wyjściu do skoku wyszła mocno w górę. Skok wyszedł mocno przesadzony, jakby skakała z metrową tą stacjonatę (no może nie przesadzając). Klacz ciut spanikowała w locie spuszczając na raz nogi w dół i ratując się przed upadkiem na szczęście, ale co z kobietą?



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group