To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Orchard Stable
Najlepsze jeździeckie forum PBF!

Parcour - Parkur piaszczysty

Elizabeth White - 2017-09-16, 12:08

Po powrocie do stępa od razu nagrodziła Blizzarda głosem, ciesząc się, że w galopie zyskał odrobinę więcej pewności siebie. Pozostała jednak na kontakcie widząc, że jest zaniepokojony odgłosami szczękających stojaków i kładzionych na kłódkach drągów. Dla otuchy pogładziła ogiera po rudej szyi, kręcąc się w pobliżu, ale jednocześnie nie zmuszając kopytnego do podchodzenia bliżej. Chciała by oswoił się z odgłosami, które były kompletnie normalne i powszechne w stajni.
Gdy parkur wreszcie został ustawiony, podziękowała swojemu pomocnikowi i omiotła plac spojrzeniem. Następną chwilę wykorzystała, by pokazać skoczkowi co ciekawsze konstrukcje, chociaż te nie były jakoś szczególnie wymyślne. Głównym celem El było jednak trochę poskakać, więc bez dłuższego zwlekania przystąpiła do działania.
Wprowadziła Blizzarda na sporą woltę, na której poprosiła o ponowne zagalopowanie. Na figurze zostali do momentu osiągnięcia odpowiedniego tempa, z czym raczej nie powinny pojawić się problemy. Ponadto, Elizabeth przez cały czas delikatną pracą na ręce usiłowała rozluźnić swojego kompana, co nie było łatwe w przypadku, gdy się na coś zapatrzał i odginał grzbiet. W każdym bądź razie, po osiągnięciu wstępnego konsensusu, naprowadziła skoczka na stacjonatę rozpoczynającą parkur. Nie było to nic, z czym kopytny mógł sobie nie poradzić (zwykła stacjonata, bez tego rowu czy co to tam jest). Sporo wcześniej usiadła w siodło, chcąc mieć nad kopytnym większą kontrolę i zamknęła go w korytarzu z pomocy. Dosiadem subtelnie napychała go na przeszkodę, w razie gdyby zaczął się wahać. Niestety nie poznali się jeszcze na tyle, by dziewczyna mogła przewidzieć to, jak ogier będzie się zachowywał. Z tego powodu zachowywała max ostrożności, wszelkimi sposobami pilnując, by ten nie wyłamał. W odpowiednim miejscu posłała mu łydkę i przeszła w niespóźniony półsiad w momencie, kiedy wybił się w powietrze. W fazie lotu mocniej dociążyła prawe strzemię, sugerując tym samym dalszy galop na tą właśnie nogę.
Dalej pojechali kawałek na wprost, by minąć szóstkę po prawej stronie i po takim sporym łuku najechać na dwójkę. Podczas tego manewru skrupulatnie podpierała ogiera łydkami, nie chcąc by utracił uzyskany rytm i wypadł z ustawienia. Następnie skupiła się już tylko na tym, by ten nie odmówił skoku, jednocześnie starając się nie przeszkadzać mu swoją osobą. W fazie lotu mocniej dociążyła lewe strzemię, sugerując tym samym dalszy galop na tą właśnie nogę. A gdy trójkę również mieli za sobą, weszli w zakręt w kształcie podkowy na okser z numerem cztery. White starała się nie dawać kasztanowi najmniejszych wątpliwości, pewnie i bardzo precyzyjnie prowadząc go na konstrukcję. W odpowiednim momencie złożyła się z nim w locie, dalej jadąc prosto na szereg. W zależności od potrzeb skróciła kopytnego, bądź pozwoliła mu dodać, chcąc dobrze wejść w tą dwuczłonową przeszkodę. Dalej również przytrzymała ogiera bądź pozwoliła mu wyjść do przodu, nie chcąc by przedwcześnie wyrwał się do skoku.
Na szóstkę odrobinę wydłużyli sobie najazd, jako że ten oryginalny był trochę zbyt ostry. A chwilę później czekał ich kolejny szereg, tym razem złożony z dwóch stacjonat i z przerwą na jedną foule galopu. W tym przypadku White podjęła identyczne środki co przed paroma chwilami, starając się maksymalnie ułatwić Blizzardowi zadanie. Wylądowali na lewą nogę i po obszernym najeździe skierowali się na ósemkę. Brunetka zasugerowała swojemu podopiecznemu najbardziej optymalne miejsce do wybicia, by dalej delikatnie odbudować prędkość do dziewiątki. Po jej przeskoczeniu nagrodziła skoczka poklepaniem po szyi, po czym przeszła wpierw do kłusa, a potem również do stępa.
Rozstępowała Blizzarda na luźniejszym popręgu i zeskoczyła z jego grzbietu, kierując się prosto do stajni.

z/t

Jonah Wrens - 2017-09-28, 11:29

Przychodząc na parkur z Valentine, zabrałem go pod schodki, przy których podciągnąłem popręg, opuściłem strzemiona i założyłem na głowę kask. Gotowy, wszedłem na schodki, lewą ręką skracając wodze, żeby ogier nie odstawił mi jakiegoś numeru uciekając mi spod dupy. Wsiadając na niego, pilnowałem, żeby się nie ruszył i uczył się stać, a nie kręcić w kółko. Przyłożyłem łydki do jego boków i lekko je docisnąłem, jednocześnie dając mu przyzwolenie na ruszenie. Trzymając trochę dłuższe wodze ale nie za sprzączkę, prowadziłem go po całym parkurze, dając mu się zapoznać z miejscem jak i z moją osobą. W gruncie rzeczy to był nasz pierwszy wspólny trening, gdyż dotychczas miałem przyjemność wsiąść na niego jedynie przy okazji zawodów - udanych, mimo wszystko. Nie mniej jednak dowiedziałem się jak dużo roboty mam z gniadym, więc wcale mnie to nie ucieszyło. Musiałem go trochę odrobić po dziwnych wcześniejszych treningach lub trochę uporządkować głowę konia. Miałem tylko nadzieję, że nie ma szczególnie paskudnego charakteru.
Zmieniając sobie kierunki, starałem się wymagać zakrętów od zewnętrznej wodzy, wewnętrzną jedynie pilnując, żeby koń wpisał się w łuk, a nie chodził sztywny lub odgięty. Całość podpierałem łydkami, coby nie zabierać mu oparcia. Mogliśmy się oficjalnie sprawdzić, więc również chciałem zobaczyć jak reaguje na pomoce. Blokując dosiad, dotąd luźno podążający za koniem, podparłem go wewnętrzną łydką i zamknąłem zewnętrzną wodzę oczekując reakcji w postaci zatrzymania. W razie potrzeby zamknąłem na chwilę lewą dłoń, która była wewnętrzną, aby poruszyć wędzidłem i utrzymać konia w ustawieniu, chociaż do tego również służyła łydka. Po szybszej/wolniejszej reakcji pochwaliłem go głosem i ponownie zaprosiłem do stępa, już skracając wodze na kontakt. Bawiłem się wyginając jego głowę do wewnątrz i zewnątrz chcąc posprawdzać gdzie jest usztywniony i przed czym ma opory, a przy okazji go rozluźnić. Po jakichś piętnastu minutach stępa, poruszyłem ponownie wędzidłem od wewnętrznej strony i po przyłożeniu łydek zaprosiłem go do kłusa, ewentualnie jeśli był mniej czuły, i bardziej leniwy to nie bałem się mocniej użyć łydki czy też nawet dać mu "kopniaka" z pięty. Po ruszeniu kłusem, anglezowaniem starałem się unormować tempo na energiczne ale równe. W razie czego miałem jeszcze dosiad i zewnętrzną wodzę, którą go regulowałem, gdyż to na niej miał się oprzeć gniadosz.

Be My Valentine - 2017-10-02, 14:56

Przyszedł za właścicielem na teren parkuru po drodze ciekawsko spoglądając na boki. Był roztrenowany, więc wiele też zapomniał – np. miejsc w Orchardzie. Nie płoszył się jednak pewnie idąc za mężczyzną. Podprowadzony pod schodki stał nieruchomo raczej nigdy nie mając problemów z grzecznym staniem na miejscu. Przy ruszeniu spiął się praktycznie od razu idąc żwawo do przodu, za żwawo, ale prócz aktywnego tempa nie można mu było zarzucić żadnego chamstwa, ot parł do przodu jako, że nic go nie ograniczyło nie licząc długiego kontaktu.
Na pewno co mogło się rzucić Jo jako pierwsze to niesamowita sztywność ogiera, praktycznie w ogóle sam nie szedł do dołu idąc bardziej jak lama z odgiętymi plecami. Co z tym idzie jego zad nie dokraczał za bardzo w stępie mimo, że szedł dość aktywnie. Nie przeżuwał również wędzidła, zagryzł się maszerując sztywno do przodu. W zakrętach był o tyle lepszy, że w łuk w miarę się wpisywał, ale dalej sztywno krocząc, odgięty plecami i co jakiś czas wpadając/wypadając łopatką/zadem. Zatrzymał się praktycznie od razu, wychodząc jednak z ustawienia, którego w sumie nawet wcześniej nie było. Na półparady odpowiadał złamaniem się w potylicy i zrobieniem pustym na kontakcie.
Kiedy skrócił kontakt zmieniło się tylko tyle, że na półparady łamał się w potylicy i chował za wędzidło, co jakiś czas próbując zadrzeć łeb w górę. Czasami tez próbował podjąć się wyciągnięcia Jo z siodła – zagryzał wędzidło i zniżał łeb praktycznie do ziemi ciągnąć jeźdźca za sobą – akurat siły nawet miał. Przy zakłusowaniu idąc dalej sztywno znów narzucił dość szybkie i aktywne tempo, praktycznie wcale nie pracując plecami, przez co był dla Jo na pewno niesamowicie niewygodny.

Jonah Wrens - 2017-10-03, 21:25

Powiedzmy, że całość potraktowałem jako sprawdzenie gniadosza jak reagował. Cóż, na zawodach nie był, aż tak niedociągnięty, więc zrezygnowałem z jakiegokolwiek planu jeśli chodzi o skoki i galopy. Przynajmniej na ten moment, kiedy miałem tak niemiłą niespodziankę. Więc gdy w kłusie BMV zaczął mnie ciągnąć w dół, uniosłem zewnętrzną wodzę jakieś dwa centymetry do góry, żeby go podciągnąć do góry i przy okazji zamknąłem go dosiadem, żeby przeszedł do stępa. Nie pozwoliłem mu się rozpędzać, ogarniając go na kole, gdyby dalej tak parł do przodu. Najpierw przy stępie zacząłem od tego, że zewnętrzną wodzą utrzymywałem kontakt z jego pyskiem, a wewnętrzną dałem mu luźniejszą, która działała na zasadzie ,,zaczepię i poczekam na reakcje". Do tego cały czas pchałem go łydką do przodu, żeby zaczął iść tyłem, a nie pędzić tylko przodem, jednak żeby nie było mu tak prosto "zasuwać", zacząłem sobie zakręcać w lewo, prawo lub dwa razy w lewo - coś na wzór jazdy po lesie i omijania drzew. Dzięki temu mogłem zyskać jego uwagę, plus nie pozwalałem mu głupio lecieć do przodu. Gdyby próbował zagryźć wędzidło to "rzucałem" mu jedną wodzę, ignorując kompletnie zaczepki z jego strony. Nie wiedziałem na ile to jest wymysł konia, a na ile jego zaniedbanie względem treningów, więc nie mogłem się złościć, ani wymagać mega ustawienia czy kij wie czego. Dbałem o jego zdrowy ruch, żeby nie miał szansy drobić przodem, co powinno zaangażować zad i od razu troszeczkę mu pomóc. Ręką nie byłem jakiś nachalny, zwyczajnie go zaczepiając i czekając, a jeśli chodzi o zakręty to go podpierałem łydką, starając się nie używać ostróg, chyba że ewidentnie się pchał na nogę. Plus dla jego wygody, w pewnym momencie odciągnąłem lekko wewnętrzną wodzę do boku, tak jakbym siedział na młodym koniu. Czekałem, gdyby to nie zadziałało musiałem kombinować dalej, ale nic na siłę.
Blizzard - 2017-10-11, 01:32

Pozostanie na kontakcie w stępie było dobrym wyborem, ponieważ kasztan nie odczuł nagłej chęci do pójścia do przodu czy po prostu machania głową w akcie wyszukiwania sobie kolejnych potworów. Klepanie odebrał w jakiś sposób pozytywnie, aczkolwiek nie była to dla niego nagroda, którą cieszyłby się jak głupi, bo w ogóle myślał o wiele za szybko i dużo na raz, aby rozwodzić się nad tym dłużej niż tyle, co trwała sama czynność klepania. Opierając się jednak na pewności amazonki, którą ta dawała mu odczuć poprzez niezachwiany dosiad wysyłający go naprzód i oplatające go pomoce, Blizz nic nie wywinął, szczególnie, że na razie nie musiał zbliżać się aż nadto do "hałaśliwych" przeszkód.
Już stojące i niewydające żadnych dźwięków przeszkody wydawały się zupełnie nie przeszkadzać kasztanowi podchodzącemu do nich odważnie i chętnie, jedynie z typową dla siebie, nieustającą łatwością do rozpraszania, toteż ciężko go było zająć którąś z konstrukcji dłużej niż kilka sekund, kiedy to z bliska przyglądał się stojakom i kolorowym drągom. Spodobała mu się nagła zmiana w postaci zagalopowania na kole a swoje chęci wyraził poprzez bardzo żywe wskoczenie w ten chód, niechętnie dając ostudzić właścicielce nadane przez siebie na początku tempo, co widać było po jego nie do końca zadowalającej sylwetce, jednak praca nad zmianą tego zjawiska miała trwać jeszcze x spotkań treningowych tej pary, a i nie wiadomo, czy kiedyś będzie szedł spokojnie i w rozluźnieniu jak rekreacyjny profesor. Tak czy siak mniej więcej dogadał się z panną White i już po chwili w końcu zaczęło się dziać. Wysokości ustawionych przeszkód nie były powalające, dlatego nie nakręcały jeszcze przesadnie i tak pobudzonego kasztana, który co prawda idąc już bezpośrednio na przeszkodę wyraźnie napierał w kierunku "do przodu", jednak ze względu na swoją lekką budowę nie był zbyt trudny do utrzymania.. przy tej górnej granicy rozsądku. Jeszcze nie tak nakręcony odbił się przed stacjonatą w miejscu wyznaczonym przez impuls od łydki, błyskawicznie znalazł się w powietrzu. Zgodnie z sugestią wylądował na prawą nogę i bez wybrzydzania pokierował się tam, gdzie zabrały go pomoce dziewczyny, które też przy okazji uchraniały ich od zbytniego i nagłego przyspieszenia, a czuć było, że ogier ma na takie ochotę. Niestety prędkość nie szła w parze ze zwrotnością w jego przypadku, stąd też takie ciągłe studzenie go w trakcie przejazdu było nieuniknione aby mógł się wyrabiać na nieco ciaśniejszych zakrętach. Na szczęście trafił na doświadczoną właścicielkę będącą w stanie już od początku na tyle się wpasować w jego sposób bycia, że w naprawdę niezłym jak na takie okoliczności zgraniu Blizzard pokonał wraz z nią na grzbiecie zarówno dwójkową stacjonatę jak i później po łuku w galopie na lewo oksera będącego przeszkodą numer trzy. Szedł co prawda niemal jak burza, ale przy tym wszystko szło mu płynnie i gładko. Pozostając w galopie na lewą nogę trochę za bardzo się zagalopował przed siebie, przez co konieczna była bardzo zdecydowana reakcja ze strony amazonki żeby wyrobić się na wspomnianej podkowie mającej doprowadzić ich do czwórki. Doświadczenie amazonki pozwoliły jej na szybką i przede wszystkim trafioną interwencję i już po chwili selle francais, wzięty jeszcze wyraźniej między jej pomoce, wyjechał na najazd do oksera, z którego następnie skierował się na kolejne przeszkody po przekątnej. Dystans był dużym wyzwaniem dla jego głowy, każącej mu wyrwać naprzód, czego oczywiście spróbował i co w efekcie przyczyniło się do niepasującej odległości - w obliczu takiej sytuacji zdał się na siebie i odbił przed pierwszym członem szeregu wyprzedzając pomoce Elizabeth, jednocześnie chcąc dobić do brzegu za konstrukcją musiał porządnie katapultować się z zadu, czego nie omieszkał. Biorąc spory zapas z jednej strony pewnie wybił amazonkę z równowagi, z drugiej zaś uchronił ich od zrzutki czy wręcz lądowania na przeszkodzie. Wybicie przed drugim członem co prawda też nie do końca pasowało, niemniej nie było już tak niebezpieczne. Przed szóstką pokierował się na dłuższą drogę dojazdową, według zamysłu brunetki dając sobie czas na wyrobienie się z wyprostowaniem przed przeszkodą a przy okazji była to dla niej chwila by złapać oddech i na nowo równowagę, kiedy już ponownie zwolniła rudego. Przy kombinacji stacjonat mogło się zdawać, że Blizzard był bardziej posłuszny i nie miała miejsca taka samowolka z jego strony jak przed chwilą, dlatego obie przeszkody zostały pokonane już w znacznie lepszym stylu. Odczytał także prawidłowo rozłożenie ciężaru w siodle i wylądował na lewą nogę by w żywym, "zrywnym" galopie pokierować się ku ostatniej prostej na tym treningowym parkurze. Lekko dobił do ósemki przed którą wybił się zarówno z gracją jak i siłą a obie te cechy świadczyły po prostu o zaangażowaniu ogiera, ale też o tym, że nadmiar jego energii upłynął i została nie tak nakręcona chęć do dalszego dawania z siebie tyle, co się dało. Kierując się w stronę dziewiątki chętnie się wydłużył, cały czas będąc przy tym miękki i jakiś taki delikatny w tym swoim zafiksowaniu. Bez najmniejszego problemu przeleciał nad okserem, już po chwili zostawiając go w tyle. Niechętnie przeszedł do kłusa i potrzebował jeszcze trochę czasu aby tak naprawdę ochłonąć zanim mógł przejść do stępa i w nim na spokojnie pozostać, bo jednak pozostając napalonym na skakanie po prostu nie umiał sobie uświadomić, że koniec z pracą i czas na uspokojenie się, stąd jeszcze przez jakiś czas podkłusowywał zanim rzeczywiście dało się go po prostu rozstępować. Po wszystkim opuścił obiekt w towarzystwie właścicielki.

zt

El Dorado - 2017-10-23, 17:35

Po skończeniu wolty z drągami, kary miał chwilę na odsapnięcie, co oczywiście wykorzystał. Przerwy chyba najbardziej mu się z tego wszystkiego podobały. Nie, żeby był jakimś nie wiadomo jak dużym leniem, ale taka przerwka każdemu dobrze robi. Wyciągnął łeb przed siebie, czując jak mięśnie mu lekko drżą pod wpływem wysiłku. Całe to rozciąganie było męczące! Mimo to nie zniechęcał się, jechanie na zniechęconym prawie dwumetrowym ogierze mogłoby nie być szczególnie przyjemne, a dopóki pozostawał skupiony i zaangażowany obydwoje mieli przyjemność z tego treningu. Po przerwie wrócił do wyższego ustawienia, przemielając wędzidło w pysku, odpuścił tym samym w potylicy, uwalniając swoje plecy które stały się bardziej aktywne podczas jego ruchu. To samo z zadem, który teraz śmiało wkraczał pod kłodę. Zaraz ze stępa ruszył do galopu, ale samo przejście było bardzo spokojne. Nie wyrwał się na wariata, bo nigdzie mu się nie spieszyło, a zamiast tego zaczął swobodnie galopować, zaokrąglając się i swobodnie niosąc jeźdźca tam gdzie chciał. Częste zmiany kierunku, wraz z lotną zmianą nogi nie robiły mu żadnego problemu. Koń z jego doświadczeniem musiał to potrafić, momentami lepiej, albo i gorzej, ale próbował. Doszły do tego jego ukochane wolty, podczas których robił wszystko, żeby nagle się nie spiąć i wszystkiego nie popsuć. To, że w miarę upływu czasu robiły się one coraz mniejsze było już mniej fajne. Być może dlatego, że ogier miał wobec siebie wyobrażenie niemal czołgu, do baleriny było mu daleko, także podczas kręcenia coraz mniejszych kółek, jego pewność siebie znikała. Wspieranie pomocami jednak sprawiało, że w miarę upływu czasu czuł się już pewniej z tym co robił, co owocowało w coraz to lepsze wykonywanie ćwiczeń. Po tym wyjechał na ósemkę, podczas wyjeżdżania której musiał zmieniać kierunki i nogi, nie zmieniając przy tym jednak tempa w którym się poruszał. Był już rozgrzany i rozciągnięty, a jego podbudowana pewność siebie sprawiła, że ćwiczenie wykonywał bardzo chętnie. Po tym znowu znalazł się na wolcie, gdzie ponownie musiał się wyginać. Pilnowany przez właściciela nie miał sposobu, żeby trochę się polenić. Dlatego mimo wszystko robił co mu kazano. Trwało to do czasu, aż nie zaczął się poprawiać, po tym przeszedł do stępa i znowu miał chwilę dla siebie.
Ruth - 2017-11-01, 20:42

Chłód i deszcz nie powstrzymywał Ruth przed treningiem na zewnątrz. W końcu bywa gorzej, toteż w uszach Ruth spoczęły słuchawki, które choć trochę tłumiły wiatr a kobieta dobrała klaczy półderkę, którą poprawiła przed wejściem na parkur i po dopięciu popręgu wskoczyła na grzbiet siwej prowadząc ją wpierw wzdłuż parkuru, by stajenny zdążył ułożyć im dość wymagający parkur. Podłoże było zaledwie wilgotne - mimo deszczu piasek nadawał się do bezpiecznej jazdy.
Lużny kontakt, pilnowanie klaczy w łydkach i mobilizacja z dosiadu prowadziły kobietki przez pierwsze 4 okrążenia wokół parkuru, w późniejszym momencie także wokół przeszkód, by dopiero po dłuższej chwili wziąć klacz na kontakt i silniejsze pomoce, którymi zaczęła dalej kręcić różne serpentyny i koła.

Be My Valentine - 2017-11-02, 00:09

Jonah napisał/a:
...


Posłusznie przeszedł do stępa odstawiając uszy do tyłu na swojego jeźdźca. Ponownie szedł aktywnie opierając się na zaoferowanej przez niego zewnętrznej, w reakcji na wewnętrzną wodzę próbował się chować ponownie, ale pchany przez łydkę i dosiad miał utrudnione zadanie i pomału zaczął się opierać na obu wodzach czasami nawet przemielił wędzidło. Faktycznie przez liczne zakręty nieco zwolnił dalej jednak sztywno pracując w zgięciach - ewidentnie od dalej nie chcących się podnieść pleców - niezmuszony nie uruchamiał ich, tym bardziej na płaskiej ziemi. Tak zawsze je oszczędzał, że obecnie po prostu go bolą niedogrzane.
Na rozszerzenie rąk pewniej opierał się na wędzidle w lepiej zginając i ustawiając się do wewnątrz, choć ewidentnie co jakiś czas pod wpływem "czegoś" wracał do punktu wyjścia skorygowany dopiero znów poprawnie pracując - było widać, że trochę się chłopak gubił, a sztywność mogła wynikać z nieprawidłowego treningu, bądź co bądź ostatni rok jeździło go naprawdę wiele osób, które jeździły bardzo różnie, ba, nawet robił za profesora, co nieco go zniechęciło do ogólnej współpracy z człowiekiem, gdyż nieco został poobijany.
Ot, potrzebujcie czasu (na pewno krótkiego, jak zauważy jak pracuje jego właściciel), pomocy fizjo i osteopaty, no i prawidłowego treningu, to na pewno zaoferuje wiele - jak kiedyś.

Jonah Wrens - 2017-11-02, 00:25

Trochę odetchnąłem, że spokój i podstawa podstaw korzystnie wpłynęła na gniadosza, jednak dalej martwiło mnie to, że uciekał i nie chciał się rozluźnić. Coś musiało być "nie halo", a po ostatnich plecowych przygodach z moim podstawowym koniem, nie zamierzałem się bawić w zgaduj zgadule. Dlatego teraz jeszcze trochę męczyłem BMV w stępie chcąc chociaż minimalnie zdobyć jego zaufanie. Wpierw starając się odzyskać jego zaufanie do ręki, albo chociaż świadomość, że ona jest po to, aby się o nią oprzeć, a nie przed nią uciekać. Dlatego non stop pracowałem łydką, by wpędzić go w ustawienie i jednocześnie ruszyć trochę zad ogiera. Dopiero w momencie gdy się w miarę uspokoił i ogarnął, że nic się nie dzieje, więc przestał pędzić - wprowadziłem go na trochę dłuższe proste, żeby i na nich utrzymać jako takie ustawienie. Ciągle dążyłem do opuszczenia szyi przez ogiera i minimalnego odpuszczenia. Spróbowałem też zrobić zatrzymanie od dosiadu, jedynie domykając palce na zewnętrznej wodzy żeby mało inwazyjnie go sprowadzić do stój. Jeśli się zatrzymał, podpierając łydkami, szczególnie wewnętrzną jego bok spróbowałem go zachęcić do zejścia nosem w dół. Gdyby mi się to sprawnie udało zrobić, ponownie zaprosiłem go do stępa, starając się nie zmieniać pozycji jego szyi i głowy. Próbowałem tego, aż do skutku lub do momentu, gdy zrozumiałem, że jest to niewykonalne podczas dzisiejszego treningu - wtedy tylko po kilku krokach uzyskałem od niego niższe ustawienie i powoli oddałem mu wodze, chcąc sprawdzić zachowanie konia. Czy znowu ucieknie głową w chmury, czy jednak spróbuje zostać z trochę rozciągniętą szyją.
Christian Levrull - 2017-11-03, 11:21

Na ogromny plus działało to, że ogier chętnie podejmował oferowane przez Christiana zadania, nie zniechęcając się już na wejściu, a z pomocą jeźdźca stale się poprawiając – taka jazda nie tylko koniu sprawiała satysfakcję, ale również i Zawodnikowi. Znaczna poprawa w równowadze ogiera i gibkości na woltach i ósemkach doprowadziła do tego, że często go chwalił czy to głosem czy też delikatnym klepnięciem. Sam też starał się w żaden sposób nie zakłócić jego jazdy ewentualną zmianą swojej równowagi.
W trakcie przerwy poprosił osobę na ziemi o ułożenie zaplanowanej przez Christiana kombinacji, tym sposobem na obu przekątnych pojawiły się linie. Pierwsza to linia stacjonata i okser w odległości dokładnie 23 metry – co oznaczało, że linia może być rozjechana na bardzo mocne 5 fouli lub bardzo ciasne 6 fouli, na chwilę obecną obie przeszkody miały szalone 50 cm. Na drugiej przekątnej natomiast ustawiona była stacjonata po 12 m okser, a po 16 m ponownie stacjonata. Co oznaczało, że pierwsze dwie można było rozjechać na 2/3 foule, a następne dwie na ¾ foule. Tu również przeszkody zawisły na wysokości 50 cm.
Jak się można był domyśleć przygotował dla El Dorado sporo ujeżdżeniowej roboty, w której przy okazji miały pojawić się skoki. Musiał wiedzieć czy ogier będzie w parkurze na tyle karny, by przy jego wielkich wymiarach mógł bez problemu go skrócić czy rozjechać w linii. Po chwili nabrał wodzy i zagalopował z karym od razu głęboko siadając w siodło i skracając go, wszystko jednak przy podpartej, aktywnej łydce. Z takim „skondensowanym” ogierem skierował się na pierwszą przekątną, gdzie były dwie przeszkody. Na spokojnie nie spiesząc się podprowadził go do niziutkiej stacjonaty nie lekceważąc jej jednak, wszystko robili na dokładność. Przed wybiciem posłał sygnał do skoku, by następnie na krótką chwilę wejść w niespóźniony półsiad i płynnie wrócić w siodło. Praktycznie od razu wziął karosza na siebie rozmawiając z jego pyskiem i nie dając się wciągnąć w oksera. Licząc w głowie 6 fouli doprowadził go do drugiej przeszkody posyłając do skoku. Czuł, że ogier jest zdezorientowany, ale za wszelką cenę dodawał mu otuchy swoimi pomocami.
Następnie skierowali się na drugą przekątną, gdzie również nie dodawał do potrójnej linii. Na spokojnie nie dając się wciągnąć doprowadził go do stacjonaty, po której od razu się wycofał, tym razem ogier jednak nie dogadał się z Christianem (pozostawiam Tobie czemu ;d) i urwał foulę z daleka zamiast 2 robiąc 3. Chris szybko jednak po skoku znów wziął go na siebie chcąc rozjechać kolejną linię na 4 foule co tym razem się udało.
Po ukończeniu pierwszej „ósemki” zaczął od początku tylko wpierw na wolcie dodał w galopie nie rozciągając jego ciała zanadto, a jedynie foulę. Powtórzył ćwiczenie nadal na tych samych wysokościach jadąc (czy raczej chcąc pojechać) na pierwszej linii 5 fouli, a na drugiej 2 i 4. Czy mu się udało? Pozostawiam userce Edka. ;d W każdym bądź razie starał się cały czas pozostawić aktywność, ale pilnując by nie zrobił się zanadto płaski, już wtedy wolał, by ten przytupnął.

Be My Valentine - 2017-11-03, 12:20

Na początku zniechęcony wcześniejszymi doświadczeniami ze swoimi jeźdźcami teraz zaczął strzyc uszami co jakiś czas mieląc wędzidło z zainteresowaniem. Nie był karany za to, że mu nie wychodzi lub po prostu „bo tak”, dlatego zaczął intensywnie myśleć nad swoją sytuacją. Zdziwiony, że może niejako zaufać ręce Zawodnika zaczął bardziej skupiać się na tym czego on od niego oczekuje i wyciszył się. Z wolna zaczął puszczać w potylicy tym razem nie łamiąc się w niej, a chętnie zaokrąglając. Może nie był to szczyt marzeń jeśli chodzi o rozluźnienie, ale wreszcie oparł się na ręce Jona. Szedł aktywnie, a podparty łydkami i wstrzymywany na przodzie zaczął wreszcie nie przyspieszać kroku, a mocniej go wyciągać.
Na dłuższych prostych równie chętnie współpracował, na zatrzymanie od dosiadu zareagował dopiero wtedy kiedy wzmocnił rękę, ale jeżeli Jo podjął dalsze próby to gdzieś przy piątym razie zatrzymał się prawie bez ingerencji wodzy – rozumiejąc, że krzywda mu się nie stanie, a nie każde zatrzymanie musi być na ryju. W trakcie zatrzymania też wreszcie pozostawał w niskim ustawieniu – o ile ręka Jo nie drgnęła, wtedy w panice mógł znów zadrzeć mordę. Kiedy natomiast zaczął dawać mu długą wodze w stępie wpierw poszedł z łbem w chmury, ale gdyby Jo próbował zachęcić go do żucia chętnie tym razem szedł do dołu i o ile czasami mu się przypominało lekko pulsacją na długiej wodzy to zostawał w dole, do pełnego odpuszczenia pewnie jeszcze trochę czasu, ale byli na dobrej drodze.

Jonah Wrens - 2017-11-03, 17:54

Mogłem być z tego zadowolony, co wyraziłem poklepaniem ogiera po szyi i rzuceniem głosowej pochwały w stronę konia. Musiałem go instruować w taki sposób, zważywszy na jego lekkie obawy w stosunku do ręki i ogólnej chyba pracy z człowiekiem. Na tym etapie osiągnąłem nawet więcej niż zakładałem, więc nie chciałem go dalej męczyć, jedynie przy zatrzymaniu faktycznie starając się minimalnie dołożyć opór zewnętrznej wodzy w postaci zamkniętej ręki, która nie przesunęła się za jego pyskiem. Nie mniej jednak starałem się dłoń trzymać w jednym miejscu, coby właśnie nie zaburzać miłej atmosfery i przekonania, że ręka jest fajna.
Stępując już na dłuższej wodzy, spróbowałem najpierw minimalnie skrócić wodze i przeruszyć go wewnętrzną wodzą. Trzymałem go na długiej wodzy, ale nie miałem sprzączki w dłoni. Dlatego zaoferowałem mu wygodną opcję, w której mógł się całkiem rozluźnić, a przy okazji skorzystać z tego rozciągnięcia pleców, chociaż wiadomo że nie mógł tak chodzić w nieskończoność. Zatem po jakichś piętnastu minutach ponownie go zatrzymałem i zeskoczyłem z niego na środku parkuru, klepiąc jeszcze przez chwilę jego szyję.
-Dobry z Ciebie chłopak.
Uśmiechnąłem się lekko i podciągnąłem strzemiona, poluzowałem popręg i zabrałem chłopaka w ręku do stajni. Na dzisiaj musiało to mi wystarczyć, chociaż kusił mnie kłus, który mógłby wszystko co wypracowałem zniszczyć.
/zt

Russian Roulette - 2017-11-04, 17:52

Ruth napisał/a:
[...]


Klaczy pogoda nie do końca się podobała. Jakby mogła to by się skrzywiła, chcąc nie chcąc po prostu parsknęła niezadowolona. Jednak nie mogła jednak zbytnio oponować, więc poddała się woli właścicielki. Dała spokojnie poprawić sobie sprzęt i dosiąść, gdzie klacz kolejno spokojnym stępem szła wzdłuż parkuru. Klacz spokojnie acz nie leniwie krążyła po parkurze, wykonując 4 okrążenia wokół miejsca. Dopiero po dłuższej chwili weszła na wyższe ustawienie, angażując zad w pracę i wchodząc na lekki kontakt z jej ręką.

Ruth - 2017-11-12, 20:36

Posłała klaczy krótką półparadę i łydkę, przesuwając ciężar ciała bardziej na tył siodła, przy okazji udami prosząc ją o przyśpieszenie do aktywniejszego tempa. W nim pokonała kolejne okrążenia i pogoniła klacz do kłusa, w którym zaczęły znów krążyć po całym parkurze. Tempo nie było zabójcze, przeznaczone na spokojną rozgrzewkę w słabą pogodę, typowo angielską.
W kłusie kolejne wolty i serpentyny przygotowały klacz do zdjęcia półderki, która to wylądowała po zatrzymaniu się przy wyjściu z parkuru w rękach stajennego. Stamtąd znów ruszyły kłusem wokół parkuru. Teraz zaś tempo narzucone przez Ruth było zdecydowanie aktywniejsze, mobilizująca łydka, lekkie oddanie wodzy. Dodatkowo walka o odpowiednie wygięcie na łukach, co i tak było cięzko uzyskać przy słabym rozgrzaniu. No ale robiły to po to, by się rozgrzać.
Po kolejnej partii kłusa lekkie wypchnięcie z krzyża przerzuciło je do galopu na prawą, tym samym spokojnym, przetrzymanym tempem pokonały dwa okrążenia wokół parkuru, by znów przejść do serpentyn w kłusie.

Russian Roulette - 2017-12-10, 17:25

Klacz chętnie przyspieszyła, bo chciała zrzucić nagromadzoną ostatnio energię. Pokonały w tym tempie kolejne okrążenia, gdzie klacz przykładała się do pracy. Chciała aby Ruth była z niej zadowolona. Wraz z pomocami od kobiety energicznie, może nieco przesadnie przeszła do kłusa. Krążyły po parkurze w te i we wte. Klacz mimo nie przesadzonego tempa kłusowała energicznie przed siebie, idąc z zadu przed siebie. W kłusie wykonały kolejne wolty i serpentyny, które przygotowały ich do dalszego treningu. Na moment zatrzymały się przy wejściu do parkuru, by ściągnąć derkę i wrócić do kłusa okrążając parkur. Klacz podobnie jak wcześniej chętnie kłusowała przed siebie, utrzymując energiczne tempo. Ponownie powyginały się na łukach, by ostatecznie przejść do galopu na prawą nogę. Kobieta narzuciła jej tu nieco spokojniejsze tempo, które nie do końca spodobały się siwej. Jednak musiała się jej w końcu podporządkować siłą rzeczy. Wykonały w nim dwa spokojniejsze okrążenia wokół parkuru, by znów przejść do serpentyn w kłusie.


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group