Monroe - 2016-04-30, 10:18 Złość zwierzęcia była wręcz namacalna, co Monroe zdawała się nie tyle ignorować ale przedłożyć na zaangażowanie w pracę. Nie ulegało wszak wątpliwościom, że nawet kiedy ogier współpracował uderzał mocno kopytami o ziemię, całkiem mimowolnie pokazując swoje niezadowolenie. Dziewczyna jednak nadal uparcie ignorowała próby utrudnienia jej życia, po prostu robiąc swoje. Ze spokojem więc siedziała, skupiona na jeździe, choć... dość szybko zauważyła niechęć ze strony współtowarzyszy. Naturalnie nie mogła się jej dziwić, wszak właśnie dosiadała silnego ogiera, który w dodatku miał poważny problem z posłuszeństwem, ale właściwie niczego to nie zmieniało. Gdyby kierowała się wyłącznie zdaniem innych ludzi, Fryz nigdy nie zacząłby chodzić pod siodłem, a co za tym idzie, niczego by się nie nauczył. Monroe była wszak ambitną osóbką i skoro zaczęła już z nim pracę, nie miała zamiaru odpuszczać jej tak łatwo. Nic więc dziwnego, że niemal nic się nie zmieniło w jej postawie. Naturalnie, starała sie nie przeszkadzać innym, wyznaczając sobie samej trasę i trzymając się jej tak, żeby reszta bez przeszkód mogła skupiać się na swoich zajęciach. Wjechała w tym celu na duże koło, gdzie zaczęła pracę w kłusie. Najpierw skupiła się na tym, by Disco szedł przed siebie równym, w miarę spokojnym tempem, skumulowaną energię starając się przedłożyć na pracę nóg. Takt był pierwszym na czym musieli popracować, dlatego nie było mowy o wykonaniu żadnej innej czynności dopóki koń nie ureguluje chodu. Wymagała od niego, by szedł równo to jest: stawiał wszystkie kroki podobne, w równych odstępach czasu i mniej więcej takiej samej długości. W tym celu wzmocniła swoją czujność względem... samej siebie. Starała się pilnować bardziej niż zwykle własnego dosiadu i ręki. Naturalnie nie pozwalała sobie na pełne rozluźnienie, bezustannie pracując nad wygięciem konia i jego ruchem naprzód. Nie pozwalając mu bezproduktywnie gonić przed siebie, postanowiła na początku rozchodzić go, nim poprosi o zejście na kontakt. Zdawała sobie sprawę z tego, że konisko nie będzie chciało od razu oprzeć się na ręce i podstawić zad, dlatego też w pierwszej kolejności skupiła się nad wykonaniem kilku ćwiczeń. Początkowo w kłusie na kole nakazała ogierowi iść przed siebie parę kółek, po czym zmieniła spokojnie kierunek, w tym również nogę i równomiernie rozgrzała go na obie strony. Następnie do pracy zaczęła dodawać również przejścia, na początku z kłusa do stępa. Za każdym razem pracowała w ten sam sposób: około 5 czy 6 kroków kłusa, przejście do stępa na mniej więcej 4, 5 kroków i kolejne przejście do kłusa. Zmiany tempa były więc w miarę częste, choć wyraźne. Starała się wówczas utrzymywać równy rytm, by zwierzę nie zwalniało zanadto, ale też nie ciągnęło bezproduktywnie przed siebie. Powoli zaczęła również wyraźniej działać wewnętrzną łydką i wewnętrzną wodzą, by koń nieco zszedł z głową, cały czas trzymając napiętą zewnętrzną wodzę. Jej sygnały jednak były na tyle delikatne, że Fryz nie powinien odczuwać nagle wielkiego poirytowania.Discendente - 2016-04-30, 14:28 Podzielał niechęć obecnych tutaj par, prawie za każdym razem prychając wrogo przy mijaniu innego konia, co zapewne zmotywowało kobietę do omijania ich. Zauważył też Jessie, którą jako jedną z niewielu potrafił rozpoznać, przez co niejednokrotnie próbował spływać w jej stronę. Smagał się ogonem po zadzie i stawach skokowych, włosiem przecinając powietrze ze świstem. W szczególności jeżył się w obecności ogierów, których nie tolerował w jakimkolwiek stopniu, okazując to poprzez usilne zadzieranie łba i błyskanie białkami oczu. Akurat najmniej interesował się Monroe, głównie skupiając się na wszystkich innych czynnikach, na które powinien pozostać obojętnym.
Jego kłus, tak jak stęp, początkowo był wyjątkowo chaotyczny i pozbawiony jakiegokolwiek taktu i jednostajnego tempa. Momentami usilnie próbował zagalopować, a momentami wręcz dreptał w miejscu, co najbardziej mogłoby przypominać piaff, chociaż świadczyło tylko i wyłącznie o jego stresie. Z pewnością nie miał to być łatwy i przyjemny trening, ale cóż, sama podjęła się tego wyzwania ;>
Praca na kole zmusiła go do jakiegokolwiek skupienia, a dzięki działaniu dosiadu amazonki zaczął odnajdywać złoty środek w takcie kłusa, który w końcu nieco zyskał na jakości. Zaczął poruszać się równym, rytmicznym kłusem, chociaż dalej brakowało mu przepuszczalności w potylicy i energii płynącej z pracy zadu, mimo to zaliczyli już jakikolwiek postęp. I o ile na figurach wyginał się mniej-więcej odpowiednio do ich kształtu, na przejściach wykazał się już całkowitym lenistwem czy też brakiem doświadczenia. Nie zwalniał do stępa natychmiast po otrzymaniu pomocy, ale zwalniał swój kłus, by ostatecznie przejść w najniższy chód i parsknąć głośno, w ten sposób okazując swoje niezadowolenie. Podobnie zachowywał się w przejściach w wyższy chód, najpierw rozpędzając się w poprzednim i dopiero wtedy wchodząc w kłus. Częstotliwość wykonywanych przejść zmusiła go do zainteresowania się jeźdźcem, dlatego w miarę ich wykonywania zaczynał je robić coraz lepiej i płynniej. Potrzebował mnóstwa cierpliwości i upartości, bo wbrew pozorom dzięki rodzicom miał wspaniałe geny, ale nigdy nikomu jeszcze nie udało się tego wydobyć z niego.Ravallo's Queen - 2016-04-30, 22:03
Bastian Collins napisał/a:
[...]
Ruda była opanowanym koniem, jednak w chwili zagrożenia życia, pewnie stanęłaby do walki. Może nawet nie o siebie samą ale o swojego jeźdźca, ta szurnięte konie niby w Orchu były na porządku dziennym. Jednak jak nie potrafiły się zachować na obiekcie z innymi, to niech tu nie przychodzą, ich strata, a nie narażają innych. Klacz lekko się spięła przez sytuację i mocniej oddziaływała na wędzidło, ale Bas, nie powinien mieć powodów do nie pokoju czy strachu. Potulnie podążyła za facetem na drugi koniec hali, zaraz się uspokajając, obserwowała fryzyjczyka z lekką dezaprobatą, no cóż. Zaraz wróciła z facetem do stępa, kręcili się krótszą/dłuższą chwilę po swoim kawałku hali, wykręcając różne figury. Później przeszli do kłusa, równego, energicznego, lekkiego. Byli na wolcie, co jednak nie zmieniało, w żaden sposób sprężystości kroku. Ona nie reagowała na inne konie, choć obecnie się grzała, to jakby nie robiło na niej większego wrażenia. Bez większych również trudności, ładnie reagowała na pomoce do zmiany chodu. W końcu pozostali w kłusie, ładnie się w nim prezentując, ogólnie chyba dość zgrana z nich para - na razie. Po chwili znowu wjechali na woltę, gdzie klacz weszła na kontakt, podstawiając automatycznie zad. Na wolcie odpowiedniego się wyginała wokół łydki chłopaka, niczym nie wpadając czy wypadając.Bastian Collins - 2016-05-01, 18:48 Zadowolony z reakcji i wygięcia klaczy postanowił wykonać na wolcie jeszcze jedno ćwiczenie, po którym będzie miała (względny) spokój od chodzenia po kole. Wydłużając powoli wodze poprosił klacz o żucie z ręki, delikatnie podpowiadając jej ruchem wewnętrznej wodzy podążanie za wędzidłem. Jeżeli kasztanka zorientowała się o co chodzi jeźdźcowi to ten powoli, centymetr po centymetrze wydłużał wodze aby wyciągnęła łeb jak najniżej, cały czas trzymając jednak kontakt z jej pyskiem. Wciąż dbał także o odpowiednie wygięcie się klaczy, a jeśli w tym ćwiczeniu bez problemu wytrzymała dwie wolty, to zaczął zbierać z powrotem wodze, przy okazji nagradzając ją krótką, ustną pochwałą.
Dając chwilowy spokój z jazdą po kole poprowadził kasztankę na główny ślad hali, gdzie w jednym z narożników poprosił o zagalopowanie. Sygnał ten został poprzedzony półparadą, zaraz po której zewnętrzna z nóg mężczyzny cofnęła się nieco, aby ten mocniej docisnąwszy łydkami mógł wypchnąć biodrami klacz do wyższego chodu, sugerując odpowiednią nogę mocniejszym obciążeniem strzemienia. Galopem poprowadził ją najpierw dookoła hali, niemal od razu zachęcając klacz do podstawienia zadu i zaokrąglenia sylwetki jeśli nie zrobiła tego rozpoczynając chód. Na krótkich ścianach wprowadził klacz na dwudziestometrowe wolty, podczas których dokładnie owijał ją sobie wokół wewnętrznej łydki i podtrzymywał dosiadem, aby nie wypadała z koła. Jeśli ćwiczenie przeszło bez problemu to wjechawszy znów na ścianę, w narożniku poprosiło zejście na przekątną by w jej połowie przekazać sygnał do zmiany nogi. Odpowiednio przeniósł ciężar ciała oraz zastosował przeciwstawne pomoce, a jeśli zmiana została wykonana bez problemy, wykonali dokładnie do samo ćwiczenie z woltami na drugą stronę.Monroe - 2016-05-02, 07:39 Trzymała ogiera zamkniętego w pomocach, by przypadkiem nie udało mu się spłynąć, jednak każde zadarcie łba rzutowało na jej możliwość komunikacji z koniem. Stawała się ona zdecydowanie trudniejsza, a ręka nie miała tak dużej władzy nad zwierzęciem jak pozostałe czynniki. Niemniej jednak to, co miała wystarczyło, żeby osiągać efekty swoich działań. Balansowała ciężarem ciała, dodając do całości odpowiednio silną łydkę, by ostatecznie wjechać na koło. Dzięki takim zabiegom ogier mógł skupić się na wykonywanych ćwiczeniach, nie zwracając tak dużej uwagi na inne konie. Zresztą, jego brak skupienia również przyjmowała z należytą ignorancją, cały czas mocno siedząc w siodle, by przypadkiem nie stracić oparcia w razie jakiegoś niekontrolowanego ruchu Fryza. Nie znaczyło to jednak, że nie przykładała się do jazdy. Przeciwnie. Czekało ich naprawdę dużo pracy, dlatego ani myślała wsiąść, powozić chwilę cztery litery, zsiąść i już nigdy nie zagościć w boksie ujeżdżeniowca. Widziała w nim potencjał, szczególnie, że niedługo później w miarę wyrównał swój chód, powoli zaczynając rozumieć o co chodzi też w przejściach. Na oba te problemy znała rozwiązanie, dlatego już teraz poprosiła stajennych o ustawienie drągów na kole w odległości na kłus, samej skupiając się jeszcze na wykonywaniu przejść. To jak ogier przechodził do stępa, nie było wbrew pozorom takie złe. Nie chodziło wszak o gwałtowne zatrzymania, szarpiące całym ciałem jeźdźca, a o kumulację energii w koniu. Do prawidłowego zatrzymania używała więc również łydek, łącząc je ze zwalniającym działaniem silnego dosiadu i ręki. Dzięki temu właśnie ogier stopniowo zwalniał najpierw dotychczasowy chód do absolutnego minimum, a później przechodził do stępa w bardzo regularny, porządny sposób. Z przejściami do kłusa z początku było trochę gorzej, ale korygowała je za pomocą bacika, łydki czy też ostrogi, w zależności od tego jak reagowało zwierzę. Nie było to jednak mocne, karcące ponaglenie, a delikatny ruch będący czymś na rodzaj wskazówki. Ponadto nie poddawała się jeśli chodzi o czas przeznaczony na wykonywane kroki, co również pomagało mu zrozumieć o co chodzi. Między innymi dlatego, kiedy powoli zaczynał grzecznie wykonywać polecenia pochwaliła go słownie, uśmiechając się lekko i pozwoliła na chwilę stępa. Wówczas zrobiła jedno czy dwa kółka, by pozwolić mu uspokoić oddech i zmieniła kierunek, poświęcając tyle samo czasu na drugą stronę. Oczywiście przejścia wykonywane były w ten sam sposób, co poprzednio i dopiero kiedy zaczęły przynosić efekt upewniła się czy z boku ustawione są już wszystkie drągi na kłus. Znów przeszła do stępa, pozwalając Karemu odpocząć kolejne dwa kółka i ruszywszy znów kłusem, wjechała na koło z drągów, od początku mocno korygując tempo chodu. Nie chciała by stanął na jakikolwiek drążek, stwarzając zagrożenie dla siebie i innych, choć sam Discendente również powinien uważać. Przede wszystkim dlatego, że w tym ułożeniu właściwie cały czas jechał wyłącznie po drągach, co zmuszało go do zaangażowania się we własny chód. Miało to poprawić przede wszystkim wykrok ogiera, angażując nieco bardziej zad ale również skupić uwagę zwierzęcia.Noa - 2016-05-02, 16:34
So Hell napisał/a:
Noa napisał/a:
. . .
Bez większego kłopotu zaczęła stopniowo wydłużać szyję, "wyżuwając" wodze z rąk amazonki, tym samym uwypuklając grzbiet, w dodatku tym razem nie tracąc już na stępie tak jak przy pierwszym podejściu do tego typu ćwiczenia. Szastając ogonem o smoliste boki, zatrzymała się niemalże idealnie, niezależnie od tego czy w trakcie jego wykonywania była pilnowana przez Nyśkę czy też nie. Chociaż nabieranie wodzy nie było dla niej przyjemnym i dobrze kojarzącym się procesem, bez zająknięcia powróciła do wcześniej narzuconego ustawienia. Ze względu na roztrenowanie, dość ciężko było jej utrzymać głowę w idealnej pozycji i zachować równowagę, w związku z czym jej nos był nieco za pionem - nie wpływało to jednak znacząco na ogół obrazka, a powrót do wcześniejszej formy był tylko kwestią czasu. Czując wyraźniejszy sygnał ze strony jeźdźca, natychmiast ruszyła aktywnym, sprężystym kłusem, rzucając przy tym wesoło łbem. Natychmiast wykorzystała fakt, że Noa pozwala jej niejako się wyszaleć, przyspieszając do dość chaotycznego, przesadzonego tempa i dopiero po drugiej czy trzeciej wolcie wyciszając się na tyle, by przestać wyglądać jak podekscytowany rekreant i przyjąć sensowne tempo, chociaż nie dało się ukryć, że dość zirytował ją ten fakt. Zamiast walki o szybsze tempo, swoją energię zaczęła pożytkować najpierw pojedynczymi barankami, a potem wściekłym wyrzucaniem przednich nóg. Taka "zabawa" była dla niej dość męcząca, dlatego już po dwóch kółkach przebiegniętych w ten sposób była w pewnym stopniu spokojniejsza. Weszła na przekątną, łypiąc złowrogo na pracującą nieopodal parę i chowając uszy w smolistej grzywie. Znów zaczęła się nieco denerwować, gdy Nyśka zaczęła wymagać od niej czegoś konkretniejszego, najpierw drepcząc nerwowo miejscu, a w ostateczności wracając do kłusa i nieco niechętnie wchodząc w odpowiednie ustawienie, podstawiając przy tym zad i nieco mocniej angażując go do pracy. Wkrótce całe jej usztywnienie zniknęło i kobieta śmiało mogła przejść do kolejnego elementu programu jakim były wężyki. Dopóki łuki były proste i łagodne So Hell wykonywała każdy z nich bezbłędnie, ale z widocznym znużeniem, natomiast gdy zadanie zaczęło stanowić dla niej wyzwanie, angażowała się w jego wykonywanie w stu procentach, mocno pracując grzbietem w każdym łuku. Przejścia także nie sprawiały jej większego problemu, zatrzymania wykonywała bezbłędnie, w wypadku przejść do stępa początkowo nieco oponowała, ale wkrótce i to uległo zmianie.
Noa spokojnie wysiadywała pojedyncze baranki podopiecznej, chociaż po każdej takiej próbie wykonywała półparadę, by uświadomić karą, że w dalszym ciągu posiada pewną osobą na swoim grzbiecie. Amazona była cierpliwa, dlatego każdy element wprowadzała stopniowo i nie przejmowała się pojedynczymi buntami ze strony So Hell, wiedząc, że z powodu długiej przerwy klacz potrzebuje po prostu czasu na przypomnienie sobie niektórych sygnałów, a ponadto na przekonanie się, że Noa jest osobą upartą, nie mającą nawyku do odpuszczania.
Po zakończeniu ćwiczeń z przejściami pochwaliła podopieczną, gładząc ją lekko po karej szyi. Zdążyła już zauważyć, że So Hell jest niezbyt chętna do rozluźniania się, znacznie częściej usztywnia się, w szczególności, gdy coś jej się nie spodoba. Było to charakterystyczne zachowanie dla temperamentnych koni, jednak nie można było tego nazwać pożądaną cechą. Ze względu na to dziewczyna zdecydowała się na rozluźniające ćwiczenie, które sama najczęściej nazywała wskazówką. Zaczęła od rozluźniania na lewo, z tego powodu wewnętrzna wodza działa pośrednio (ruch wodzy skierowany do przeciwległego biodra, lewa dłoń zbliża się do kłębu, ale nie przekracza linii szyi, dłoń przekręcona tak, by palce były na górze, a mały skierowany był do prawego biodra), w momencie zginania łba w lewo, lewa łydka zamyka się na boku, zewnętrzna wodza tylko podtrzymuje, nie przesuwa się, natomiast prawa łydka przyłożona jest do boku, by uniemożliwić wypadanie zadem. Zakładając, że na wprost mają godzinę dwunastą, głowa karej zostaje wygięta do tego stopnia, by patrzyła między godzinę dziesiątą a jedenastą. Trzy płynne zgięcia, przerwa na siedem kroków i powtórka z rozgrywki i tak przez jedno okrążenie. Potem zmiana kierunku, to samo w prawą stronę. Pierwsze usztywnienia ignorowała, ale jeśli z nerwów So Hell zaczynała dreptać lub uciekać zadem, wtedy zmniejszyła po prostu stopień wygięcia szyi, czekając, aż kara będzie na tyle luźna, by "oddać jej szyję". W razie konieczności dłużej ćwiczyła ten element, dopóki nie wyczuła, że kobyła zaczęła się rozluźniać.
Po tym rozluźniającym ćwiczeniu przejście do ustępowania od łydki, najpierw na prawo po przekątnej. Równo obciążony grzbiet, prawa łydka na popręg (prośba o ruch naprzód) u, lewa łydka za popręgiem (prośba o ruch w bok), lewa wodza pulsuje prosząc o zgięcie, prawa pozostaje napięta.Anna Ross - 2016-05-02, 19:39
Seacookie napisał/a:
[...]
Boże to co będzie jak się drugiego dorobi? Kobieta nie znała, powodów zachowania klaczy. Jednak, w przyszłości planowała po niej źrebaka. I co to będzie? Co to będzie. Umarłaby pewnie ze zdziwienie na widok dorosłego syna, czaisz? O pierdolenie o szopenie, humor tu humor tam, wystarczy się ogarnąć i iść na przód. Nie przyjmujemy do wiadomości żadnych wymówek, żadnych. Gorzej, żeby An się nie wkurzyła i nie odbiło się to na rudej, karnym jeżem przez następny x czasu w boksach, z 0 wszystkiego. Wyglądała na kogoś kto trzęsie dupą przed byle kim? Co prawda koń ważył jakieś półtony, ale kobieta, potrafiła skutecznie się obronić i nie wiadomo wtedy, komu wyszło by to na gorsze. Pytanie gdzie, by wylądowała z tym przeciągniem liny ;> Zagoniona w róg hali, ponownie opierniczona z góry na dół i z karnym jeżem w boksach, kuszące nie? Gdyby kobieta musiała, użyła by każdego środka wobec rudej, no może nie brutalnej przemocy, bo to to nie. Jednak Ciastko mogło się jeszcze zdziwić wtedy, z kim miałoby do czynienia. Za pewne przeklinając ten dzień do końca życia, kiedy się zatrzymała kobieta zbliżyła się do niej w zamiarem wepchnięcia jej nawet dosłownie, z powrotem na koło Kiedy ruda na moment, czy coś zawiesiła broń, An była nadal czujna - na wszelki wypadek. Miziu kiziu miziu z rudą, nie umiem opisywać przytulania się, jeszcze z koniem Po jakieś chwili jednak wypadało się zabrać do pracy.
-Chodź, poróbmy jeszcze coś. - co by się dzień nie zmarnował do reszty Kiedy odesłała rudą na koło, znowu. Stajenny z pomocą drugiego, ustawiał mini korytarz, na kawałku ich hali. Mieli tyle miejsca - na 4 przeszkody za równo mniejsze jak i większe oraz miejsce do rozbiegu. Ona występowała, wykłusowała i wygalopowała rudą na obie strony, dokładnie !Foudre Rouge - 2016-05-04, 12:36 Tak jak wynikało z założenia, odpuszczenie wewnętrznej wodzy nie spowodowało zachwiania równowagi rudego, zapewne utwierdzając amazonkę w przypuszczeniach co do tego, że koń w galopie sam utrzymywał swój ciężar ciała i doskonale się równoważył. W kłusie miał natomiast z tym lekkie problemy, długie nogi lubiły się plątać tak jak u małego źrebaka, a wielkie gabarytowo cielsko niekoniecznie mu to ułatwiało.
Poklepany po szyi parsknął głośno, strzygąc uchem do tyłu na Jess, słuchał jej nieustannie i starał się odpowiadać na pomoce i prośby kobiety, która tam na górze dyktowała warunki. Oczywiście wszystko było oparte na zasadach współpracy, która w pracy z takim koniem jak Foudre była naprawdę ważna. Jego gorąca głowa potrzebowała kogoś kto nieustannie by go równoważył i sprowadzał na ziemię w sytuacjach stresowych.
Widząc pierwszy drąg przed sobą, nastawił uszy do przodu, galopując wciąż równym tempem nie czając się, ani nie próbując uciekać. W końcu skoki były dyscypliną pod którą został ukierunkowany, a wiec żadne drągi nie były mu straszne, nawet te leżące płasko na ziemi. Pokonując leżący drewniany bal, jednym korkiem galopu, miękko wszedł na woltę gnąc się od wewnętrznej łydki, pozostając na łukach w równowadze i skupieniu, które pozwoliło n bezproblemowe pokonanie drąga po raz kolejny.
Rozochocony pierwszym drągiem niechętnie dał się przytrzymać przy wejściu na prostą, o wiele łatwiejsza byłaby zmiana nogi poprzez lotną zmianę, aczkolwiek po krótkiej walce i oporze ze strony rudego, wszedł w energiczny kłus i zagalopował na drugą nóżkę, tuż po chwili pokonując kolejny drąg i schodząc z niego na woltę w prawą stronę.
Z miarę kontynuowania ćwiczenia, Rouge rozluźniał się i nie pędził tak mocno jak na początku, dając sprowadzić się do kłusa poprzez delikatną półparadę i zamknięcie placów na wodzach. Odpowiadał szybko i dokładnie na sygnały Jessie, w pełni skupiając się na pracy, a nie na otoczeniu. Gorąca głowa zajęta odpowiednio ciekawym ćwiczeniem potrafiła wyłączyć się na wszystko inne wokół, dzięki czemu rudy bez problemu mógł zmienić swój obiekt zainteresowań.
Chwila stępa pozwoliła ogierowi odpocząć i złapać oddech, stanie w boksie nie służyło złapaniu kondycji, którą Foudre musiał na nowo zacząć odbudowywać pod okiem nowej właścicielki. Wyciągając nos w dół, rozciągnął grzebień masywnej szyi rozluźniając mięśnie i potrząsając łeb odruchowo na boki. Ponownie pozbierany do kupy, skupił się na ćwiczeniu, które w drugą stronę okazało się być równie przyjemne i zajmujące.
Zainteresowany przeszkodą, podniósł łeb lekko próbując napierać na rękę kobiety i wyrywać do przodu. Doświadczenie pani właściciel zrobiło jednak swoje dzięki czasu poprowadzony do stacjonaty pod pełną kontrolą, oddał miękki i lekki skok. Podobnie jak każdy kolejny, przy którym napalał się co raz mniej. Zręcznie mieszcząc się pomiędzy drągami i samą przeszkodą, pracował silnie wybijającym się zadem, grzbietem oraz szyją, które nie zostały nadwyrężone zbyt mocno, niewielki rozmiar przeszkody pozwalał na doskonalenie się przy jednoczesnym braku forsowania konia, co zdecydowanie było dla niego bezpieczniejsze.
Szereg wzbudził zainteresowanie ogierowatego, dlatego też wchodząc w niego pierwszy raz trochę się zdziwił, że jest mu tak ciasno. Ale szybko załapał o co w tym wszystkim chodzi, sprawnie przekładając przednie nogi nad kopertami, robił to energicznym i nie spieszącym tempie. Elastycznie i giętko wychodząc do góry i lądując, razem z Jess która mocno musiała skupić się nad kontrolą tego rudego wariata, któremu czasami niespodziewanie potrafiło coś odbić. O ile pierwsze wrażenie zdawało się być pozytywne i zadowalające to z pewnością ruda bestia nie raz pokaże swoje głęboko skryte pod gęstą grzywą rogi.
W kończącym pracę kłusie mocno wypuścił nos do dołu, udając tropiącego psa i odpuszczając napięte dotąd mięśnie. Furczał i regulował tym samym swój oddech, finalnie przechodząc do stępa, w którym spotkał go zasłużony odpoczynek i relaks po solidnej pracy.
Wraz z Jess wyszedł do stajni, niosąc nisko łeb i oklapnięte na boki uszka.
/ztDiscendente - 2016-05-04, 16:57 Nie był już tak narwany i złośliwy, jak na początku treningu, bo nie brykał już z każdym krokiem, ale dalej był daleki do pogodzenia się z kobietą. Zadzierał łeb, uciekając od kontaktu z ręką dziewczyny i parskając z oburzeniem. Mimo swojego wiecznego niezadowolenia zszedł na koło, na którym pod wpływem stosunkowo mocnych i wyraźnych pomocy od dwudziestolatki wygiął się mniej więcej prawidłowo, chociaż dalej ani myślał o zejściu z głową, pozostając sztywnym w szyi.
Kątem oka dostrzegł krzątających się stajennych, szybko łącząc to z wcześniejszymi poleceniami kobiety, co poskutkowało domysłami ogiera. Początkowo nie zwracał uwagi na będące już tutaj przeszkody, ale tym razem nowe obiekty całkowicie pochłonęły jego uwagę. Nigdy wcześniej nie miał do czynienia nawet z samymi drągami, stąd też jego nagły przypływ ekscytacji. Przez to chwilowe zdezorientowanie i stracenie resztek zainteresowania jeźdźcem przejścia znowu straciły na jakości, ale kiedy tylko stajenni odeszli na bok, pozostawiając ustawione drągi, szybko znudził się nimi. Uwagą wrócił do Monroe, nieco bardziej przykładając się do przejść, które pod koniec były już całkiem płynne i przyjemne dla oka. Chociaż nie chodził często pod siodłem, coś tam jednak potrafił, co bardziej było dziełem przypadku i genów niż umiejętności osób, z którymi obcował do tej pory. Monroe była inna i swoją upartością wywalczyła jakiekolwiek zainteresowanie czy nawet tolerancję ze strony ogiera. Cofnął oboje uszu, wyłapując pochwałę od niej, a nie da się ukryć, że te w jego przypadku były rzadkością. Zaraz jednak ponownie przykleił radary do potylicy, by następnie wykorzystać chwilę odpoczynku. Nie miał dobrej kondycji, więc jego oddech był nieco przyspieszony, chociaż nie dało się tego nazwać zmęczeniem. Obniżył karą mordę do ziemi, starając się uspokoić oddech. Wraz z przejściem do kłusa gwałtownie poderwał łeb i strzeliwszy baranka, wręcz zagalopował, finalnie jednak pozostając w pośrednim chodzie. Do tej pory dalej nie zwracał uwagi na ułożone już drągi i dopiero skierowanie się w tamtą stronę sprawiło, że zaczął wyciągać wnioski. Wcześniej zaobserwował inne konie pokonujące tego typu "przeszkodę", ale teraz całkowicie zgłupiał, o czym świadczyła jego mowa ciała, złudnie pomylona z agresją. Zamiatał ogonem nerwowo, znowu będąc bliskim dreptania w miejscu, by tuż przed pierwszym drążkiem chamsko zatrzymać się, tuląc smoliste uszyska i błyskając białkami oczu. Nope, nie idę Monroe - 2016-05-04, 20:35 Doskonale wiedziała, że dla Discendente ów walczenie z ręką nie było niczym wygodnym, dlatego też jeździła na stosunkowo łagodnym kontakcie, acz nie na tyle, by pozwolić mu się ściągnąć w razie ewentualnych bryknięć. Nie przyjmowała odmowy, cały czas dążąc do obranego wcześniej celu, co ostatecznie lepiej lub gorzej jej wychodziło. Wiedziała, ze w jeździectwie najważniejsza jest systematyczna praca dlatego nie robiła na siłę niczego, co wiązało się z ograniczeniami fizycznymi czy psychicznymi zwierzęcia. Jedyne czynności, które na koniu wręcz wymuszała, związane były z posłuszeństwem, a na jego brak nie mogła sobie pozwolić. Widząc, że ogier nad wyraz rozproszył się działaniami stajennych, Monroe przeszła do stępa na dłuższą chwilę, poniekąd pozwalając mu napatrzeć się na wszystko, co tak bardzo go interesowało. Oczywiście nadal wymagała od niego żywego, acz porządnego ruchu naprzód jednak nie próbowała bezskutecznie działać, dopóki nie stracił zainteresowania. Wówczas ponowiła wykonywanie ćwiczenia, wymagając prawidłowych przejść stęp kłus. Co więcej, nie miała zamiaru skończyć dopóki konisko nie zaczęło dobrze reagować na sygnały. Wówczas, jak już wspomniałam przeszli do stępa, by ostatecznie podjąć próbę najazdu na drągi. Należy tu sprecyzować, że nie były one dokładnym kołem, a trzema, połączonymi ze sobą ćwiartkami, by dało się na nie najechać. Co więcej takiego rodzaju ćwiczenie wymagało od ogiera skupienia w miejscach, w których drągów nie było, co niosło kolejne korzyści. Jak się jednak okazało mimo, zamknięcia konia w sygnałach i dodania łydki, polecenie nie zostało wykonane, ale o tym później. Najpierw skupmy się na baranku, którym uraczył ją Fryz zaraz po przejściu do kłusa. Kobietą znów szarpnęło, wyciągając mocno w przód, w nikłej utracie równowagi. Trzeba przyznać, ze nie spodziewała się tego w tej chwili, ale szybko wróciła w siodło, zacznie bardziej przygotowała na bryknięcia. Usadziła się stabilnie, na nowo przytrzymując konia, by nie wyrwał dzikim galopem i uspokoiła chód. Dopiero kiedy była już pewna, że w obecnym tempie nie zabiją się na tych drągach najechała i spotkała się z nieposłuszeństwem. Mowa ciała konia wyraźnie zdradzała niechęć, ale Monroe wiedziała, że nie może pozwolić sobie na nieposłuszeństwo. Kiedy odmówił najazdu na drągi, siłą rzeczy musiała wykręcić woltę, nie chcąc wpychać go do przodu w nierównym, dzikim tempie, toteż przy drugim najeździe jeszcze mocniej przytrzymała wodze, dosiadem, łydką i ostrogą popychając go do przodu. Jeśli było potrzeba, użyła również bata, za którymś razem po prostu stawiając na swoim, mimo zapewne licznych buntów. Szkoda tylko, że nie wiedziała, iż dotąd nikt nie pracował z nim na drągach. Ustawiłaby wówczas nieco mniej „przeszkód” i pokazała, że to nie takie straszne.Discendente - 2016-05-05, 17:51 Nawet nie myślał, aby drgnąć sprzed drągów, pozostając przez dłuższy czas niewzruszony na sygnały od Monroe. Kuląc ciemne uszy, miał nadzieję, że to wystarczy do zniechęcenia kobiety i łatwego przekazania, że najzwyczajniej tego nie zrobi, jakby się nie starała. Najwyraźniej jednak to nie wystarczyło, bo ta postanowiła ponowić próbę. Wina leżała tylko i wyłącznie po jego stronie, bo przez poprzednie nieposłuszeństwa zapewne całkowicie stracił jej zaufanie. Stąd też mogły wziąć się jej wnioski, że robił to ze złośliwości, a nie niepewności, która paraliżowała jego mięśnie. Nie bał się, ale najzwyczajniej w świecie chciał tego uniknąć. Zjechawszy na woltę, ani na moment nie rozluźnił się, natomiast jego chód znowu stał się sztywny i nierówny. Przy kolejnym najeździe, teraz wręcz zmuszony do przejścia przez drągi, zarzucił z niezadowoleniem łbem i już wtedy obmyślając kolejny plan utrudnienia jej tego, teraz wyjątkowo niespowodowany jego charakterem. Stosunkowo ostre działanie ostróg tylko bardziej go irytowało i stresowało, co znowu nie mogło skończyć się dobrze. Zimnym wzrokiem wpatrywał się w leżące przed nim drągi, ponawiając poprzednie reakcje. Rzeczywiście udało mu się zmusić do pokonania pierwszego drąga, ale nierówny chód sprawił, że nieprzyjemne stanął na nim, jeszcze bardziej go płosząc. Jego reakcja natomiast była natychmiastowa: wydarł mordę, zrzucając na siebie uwagę obecnych na hali, i pozbawiony oporów poderwał przody i uciekł na bok. Tym gestem zapewne zbił z tropu blondynkę i wykorzystując jej chwilowe zdezorientowane zagalopował, z niewyobrażalną agresją wbijając kopyta w ziemię i co parę metrów strzelając baranki.
Mówiłem, że nie idę Monroe - 2016-05-05, 19:07 Nie miała zamiaru mu odpuścić, początkowo jednak regulując tempo chodu. Znów wjechała na woltę ponownie robiąc przejścia. Zapewne musiała poświęcić na to równie dużo, a może nawet i więcej czasu co poprzednio i dopiero kiedy koń szedł jak należy, ponowiła najazd. Nie miała zamiaru robić wszak niczego, co miałoby być złe czy też niedokładne. Aby praca na drągach miała przynosić jakiekolwiek efekty musiała panować nad regularnym wykrokiem, dlatego choćby miała pracować nad tym całą dzisiejszą jazdę, zrobi to. Już nawet nie dlatego, że za główny cel postawiła sobie przejazd przez te konkretne drągi, a dlatego, że ogier nie mógł się nauczyć nieposłuszeństwa. Wiedziała jakie konsekwencje może mieć odpuszczanie zwierzęciu, dlatego też ponowiła najazd. Jak się okazało udało jej się wepchnąć wręcz konia przed siebie, ale kiedy tylko jego noga stanęła na drągu, konisko poderwało się do góry. Monroe naturalnie, by nie stracić równowagi podczas dębowania, przesunęła ciężar ciała do przodu, obejmując dłońmi szyję zwierzęcia, przez co nie uniknęła gwałtownego odskoku na bok i kilku wściekłych foul galopem. Niemal od razu siadła dobrze w siodło i jeszcze nim zdążył strzelić pierwszego barana skierowała go na duże koło, by nie stwarzać zagrożenia. Oczywiście nie uniknęła wściekłych bryknięć, acz przygotowana na nie poniekąd, dużo lepiej znosiła wszelkie strzelenia z zadu. Bolał ją wprawdzie od tego cały tyłek i kręgosłup, ale umówmy się, mogło być gorzej. Ostatecznie, by ogarnąć konia, zaczęła stopniowo zwężać koło, by wyhamował. Wówczas na nowo uspokoiła chód, nie pozwalając mu na wszelakie gonienie przed siebie czy inne, mało przyjemne rzeczy, a kiedy już udało jej się to osiągnąć, postanowiła nieco przyzwyczaić konia do drągów. Początkowo poprosiła stajennych o ułożenie jednego drąga na wolcie, na której jeździli i cały czas uspokajając tempo, przeprowadziła przezeń konia. Nie było to nic trudnego, dlatego Disco nie powinien się zrażać, a Monroe miała zamiar stopniowo dokładać drążki, by mógł zobaczyć na czym to wszystko polega. Domyślała się wszak, że jego ucieczka mogła być związana nie tylko z samą chęcią utrudnienia jej życia, ale może właśnie brakiem umiejętności i niepewnością, dlatego postawiła na spokojną, systematyczną pracę.Ravallo's Queen - 2016-05-05, 19:56
Bastian Collins napisał/a:
[...]
Klacz tylko w wyjątkowych sytuacjach zachowywała się dziwnie, jednak nie nadchodziły one, więc nie ma co się przejmować. Poza tym to tylko koń, zawsze mogło coś jej strzelić do łba czy coś, ale to też zdarzało się rzadko. To dobrze, bo zacznie się jej w głowie kręcić od ciągłych kół Popuszczona na wodzy, zaczęła spuszczać łeb ku dołowy i go wyciągać, mieląc w psyku wędzidło. Mając nadzieje, że zadowoliła faceta, wykonała dwie wolty, jadąc w takim właśnie ustawieniu. Po chwili jednak, wróciła do poprzedniego ustawienia, nie miała z tym chyba większych problemów. Była łatwa do pracy, po chwili wrócili na ślad, by w jednym z narożników pobliskich, przejść płynnie do galopu. Zdawała się nie zwracać uwagi na wchodzące/wychodzące/będące tu pary, była czujna, ale zrelaksowana pod tym względem, 0 spin. Tylko nie wiem na którą nogę zagalopowali, zgubiłam się w kierunkach, ale uznajmy, że na tą właściwą Praktycznie cały czas jechali na lekkich przodach, od czasu kiery wszedł z nią na kontakt, w końcu powinien od niej tego, zacząć wtedy wymagać. O ile nie chciał czegoś innego, to ona się poruszała cały czas tak samo, potem zaczęli wykonywać różne wolty, narożniki, zmiany nogi. W każde ćwiczenie wkładała całą siebie, wyginając się odpowiednio wokół jego łydek, będąc na kontakcie, utrzymując równe tempo. Zmiana lotnie nogi, też wyszła jej całkiem dobrze.Discendente - 2016-05-05, 21:37 Z niemałym oporem zjechał na koło, dzięki któremu powoli zaczął tracić na prędkości. Mimo to dalej negatywne emocje nie schodziły z masywnego cielska, a on sam wręcz parskał ze złości. Dalej nie myślał, by spuścić nieco z pary, ale przynajmniej minimalnie zwolnił. Także częstotliwość jego baranków uległa zmianie, bo mimowolnie musiał się jakkolwiek skupić na figurze, której średnica z minuty na minutę kurczyła się, wymagając od niego coraz więcej skupienia. W końcu jednak zaczynał zwalniać, chociaż zajęło mu to całkiem sporo czasu, by mógł się nieco ogarnąć. Finalnie zatrzymał się, opuszczając nisko łeb i parskając głośno ze zmęczenia. Ów galop zabrał większość jego energii, przez co znowu potrzebował chwili na unormowaniu oddechu. Niestety, jego kondycja była w opłakanym stanie, podobnie jak ogólny stan fizyczny. Równie dużo czasu zajęło ponowne unormowanie jego chodu, ze względu na nieopuszczający jego ciało stres. Nie potrafił znaleźć tego złotego środka, także nie współpracując z Monroe na tyle, by wziąć pod uwagę jej sugestie. Kątem oka ciągle obserwował stajennych przy drągach, na ich widok spinając się. Nie bez powodu miał opory przed ponownym podejściem do nich, ale ostatecznie skierował swoje kroki w tamtą stronę. Niezbyt spodobał mu się ten fakt, ale ostatecznie przeszedł pojedynczy drąg. Zniżył łeb, maksymalnie skupiając się na tym zadaniu oraz tym, by tym razem nie nadepnąć na takową "przeszkodę". Jednak pierwsza udana próba nie sprawiła, że kolejne były łatwiejsze. Dalej wykazywał swego rodzaju niechęć, wyraźnie broniąc się przed powtórkami.Lucas - 2016-05-06, 14:34 Przybył we wcześniej ustalone miejsce, w celu przeprowadzenia kolejnego treningu. Wzrokiem szybko odnalazł interesującą go parę i przez dłuższą chwilę jedynie obserwował. Dopiero po tym czasie ruszył w ich kierunku, uważając by nie zawadzać przy tym innym ćwiczącym na hali jeźdźcom. Poczekał cierpliwie aż Bastian go zauważy, po czym podszedł bliżej i się przywitał.
- Jestem Lucas - przedstawił się bez większych ogródek i podał mężczyźnie rękę, o ile nadarzyła się takowa okazja. Wyjątkowo nie lubił formy per. Pan, przez którą czuł się staro i nieco niezręcznie. Po za tym obydwoje byli w podobnym wieku, toteż postanowił darować sobie zbytnie grzeczności, czym miał nadzieję nie uraził Anglika.
- Rozgrzaliście się już? Opowiesz mi coś o sobie, o koniu? - zagadnął, zerkając na dość urodziwą WKKW'istkę. Nie zauważył w jej zachowaniu nic niepokojącego, a wręcz przeciwnie. Poruszała się jak typowy profesor niżeli młodzik, który starał się robić wszystko na przekór.