To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Orchard Stable
Najlepsze jeździeckie forum PBF!

Miasto - Pub "Na strychu"

Randolph Varmus - 2013-09-15, 22:33

Oddychał. Głęboko i mocno zaciągał się powietrzem, sunąc w bliżej niesprecyzowany kierunek. Oczami dosłownie szurając po ziemi, ocierając źrenicami po budynkach i obijając nimi o bezkres smolistego sklepienia - kroczył. Ostrożnie stawiając stopy. Co jakiś czas czuby trepów uderzały o bruk, a ciało Raniego zostawało tym samym wytrącane z równowagi. Bujnąwszy się lekko, zaraz to wracał do pionu, karcąc się w myślach za swoją senność i ostatnie zobojętnienie. Za ten stan, do którego starał się nigdy nie doprowadzać swojego umysłu.
Na horyzoncie zamajaczył szyld. Pub. Tak, to będzie odpowiednie miejsce. Wzruszył ramionami, sam do siebie po czym żwawszym krokiem udał się do klatki, tam po schodach pnąc się na samą górę. Mocny zapach alkoholu i papierosów od razu agresywnie wdarł się do jego nosa, następnie do oczu, które lekko zaczerwieniły się, a oczodoły od razu napełniły się kilkoma kroplami słonej cieczy. Przetarł patrzały delikatnie palcami zbliżając się do baru, omijając zgrabnie wszystkich najebanych mężczyzn i spite kobiety. Przysiadł na krześle, przetarł dłońmi blat przed sobą, zaraz to lekko bębniąc w drewno palcami. Zwrócił się do barmana, prosząc o duże ciemne piwo. Kiedy trunek stanął przed nim, skinął głową w podzięce do mężczyzny, zmrużył oczy i upił trochę kremowej, gęstej piany. Tak - idealnie. Przysłuchiwał się gwaru za plecami, dźwiękowi obijanych bil, przekleństw i dźwięków spluwania.

Sergei - 2013-09-16, 14:11

Szedł przed siebie pewnym, aczkolwiek nieśpiesznym krokiem, co jakiś czas podnosząc do ust zmaltretowanego papierosa. Wyprostowana na pełne sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu wysportowana sylwetka, czarne glany, typowe wojskowe spodnie w kolorze moro, ciemny podkoszulek, a także a'la wojskowa kurtka w ciemnozielonym kolorze... to wszystko sprawiało, że w dzień Sergei dość mocno wyróżniał się wśród tłumu, niekoniecznie z powodu wzrostu a z stylu i wyglądu. Za to wieczorem był dość niewidoczny, co na dłuższą metę mu odpowiadało. Z lekkim uśmiechem na twarzy zdeptał butem papierosa, wsadził do ust miętówkę i wszedł do pubu, już po chwili energicznym krokiem pokonując drogę po schodach do góry. Skrzywił się lekko, gdy wyczuł na wstępie mieszanką potu, alkoholu i papierosów jednak już po chwili na jego twarzy pojawił się dość bezczelny uśmiech. Niby nie planował dzisiaj żadnej zabawy, ale skoro nogi go poniosły tam, gdzie poniosły... to czemu by nie? Rozejrzał się po całym pomieszczeniu z łobuzerskim błyskiem oku. Powierzchownie całą postawą wskazywał na to, że sygnalizuje kłopoty, ale dzisiaj zamierzał być grzeczny... w miarę grzeczny. Dość płynnym krokiem manewrował między różnorodnymi osobami, jak na razie starając się nikogo nie zaczepiać. Stanął przy barze i... zaraz zaraz... kogóż to jego oczy widzą? Pan, który wiecznie dąży do perfekcji i ideału tutaj? Randolph Varmus? Kopę lat, chłopie, a panu Bogu ładnie dziękujemy za pamięć do twarzy. Wyszczerzył się teraz jeszcze szerzej niźli dotychczas.
-Priviet, gołąbeczku - rzucił, obejmując go przyjacielsko i czochrając mu włosy, zaraz po odsuwając się szybko.
Fakt faktem zrobił to w tempie błyskawicznym, by: po pierwsze, zdążyć, zanim ten się odsunie, a po drugie, nie oberwać. Przecież było wspominane, że dla niego przestrzeń osobista innych nie bardzo istnieje, prawda? Oraz to, że jest strasznie pewny siebie.
- To samo, co kolega, poproszę - zwrócił się do barmana, po czym znowu skierował wesołe spojrzenie na starego "kumpla", który zapewne zaraz będzie chciał go zabić wzrokiem... a może jednak nie? - nie za dobrze pić w samotności, gołąbku.
W tej chwili miał gdzieś całe otoczenie, znalazł sobie osobę, którą mógł delikatnie podręczyć. Co innego, że pewnie kiedyś za to oberwie, ale po co tak pesymistycznie patrzeć w przyszłość?

Randolph Varmus - 2013-09-17, 15:15

Miał w planach posiedzieć chwilę w tej obskurnej melinie, dopić ciemny, słodowo-chmielowy napar i zmyć się do swoich czterech ścian. Tam posiedzieć trochę przed telewizorem, obejrzeć wiadomości, wypalić kilka papierosów i iść spać. Choć jak widać – nie będzie mu to dzisiejszego dnia dane. Przyjdzie czas na denerwowanie się, liczenie do tysiąca, bo do dziesięciu w takich sytuacjach nie pomagało, męczenie się bez możliwości ucieczki, bo jego kultura osobista (bynajmniej ta po trzeźwemu) nie pozwalała mu na to, zero angielskich wyjść, czy rzucania przed siebie małej bombki, niczym w filmach z Bondem, i znikaniem za zasłoną dymną. Westchnął głęboko i wstrzymał przez chwilę powietrze w płucach prostując się, słysząc ten rosyjski akcent i rozpoznawalne, moskalskie przywitanie. Skąd znał Sergeia? Jeżeli można tą jednostronną relację w ogóle nazwać znajomością. Jak wiadomo jeździł tutaj i tam, zwiedzał świat swoim zielonym, wpieprzanym przez rdzę Roverem, zaliczając kolejno w każdym możliwym miejscu jakiś kurs bądź szkolenie. Przez takie właśnie szkolenie, pewną prelekcję i kilku dniowe posiedzenie w ośrodku zapoznał się z Rusem. Musieli znosić siebie nawzajem – dwóch mężczyzn, którzy nie mieli ze sobą nic wspólnego, pochodzili z dwóch różnych światów, dwóch odmiennych kultur. To tak jakby postawić obok siebie kota i psa, rasistę i murzyna, albo, co będzie o wiele lepszym, bardziej trafnym porównaniem – wilka i zająca.
Kiedy ten go uściskał, mężczyzna fakt, od razu lekko odchylił się do tyłu, ciągnąc łopatki i barki za sobą, starając się jak najbardziej zmniejszyć kontakt fizyczny między dwojgiem, podczas tego radosnego przywitania. Nie, nie był jednym z tych, którzy rzucają się z taką radością na innych. Wszystko traktował z dystansu, kontakty między ludzkie również. Był miły, grzeczny i kulturalny – nikomu nie wadził, nie wszczynał bójek, przykładny obywatel. Nikt nigdy nie wymagał od niego innego zachowania, więc i w takim stanie pozostał, zatopił się niczym komar w bursztynie. Było mu tak dobrze, nie chciał tego zmieniać.
-Hmm, co ja widzę, Iwan Groźny najwidoczniej ma w planach najazd na Anglię i wysłał szpiega na zwiady…- rzucił ciężkim głosem, zaraz to nużąc wargi w kremowej pianie, biorąc duży łyk trunku. Skierował na mężczyznę duże, bursztynowe oczy, teraz zasłonięte do połowy pergaminowymi powiekami, spod których spozierał spokojnie, nieśpiesznie wodząc tęczówką po obiekcie obok niego. Odstawił kufel przed siebie, obejmując go w obie dłonie. Słysząc jak ten wspomina o niestosowności picia alkoholu w odosobnieniu, ściął lekko wargi, uniósł jedną brew subtelnie ku górze, sięgając po papierosy do kieszeni kurtki. Wyciągnął paczkę, wyjął jedną sztukę, układając sobie zaraz to filtr w ustach. Podpalił tytoń, mocno się zaciągnął, odkładając paczkę z zapalniczką na sfatygowany barowy blat. Przysunąwszy sobie popielniczkę, a następnie wypuszczając długą smugę szarego dymu, kolejno w ten czas odpowiedział;
-Nie wiem jak u Was, ale tutaj już nie ma godziny policyjnej. – tak, był Kanadyjczykiem i miał tą samą cechę co każdy inny człowiek pochodzący stamtąd – wykpiwał się z innych narodów, nie mając za grosz tolerancji nawet do wybitności, inteligencji zagranicznej, tak zwanej ,,elitarnej śmietanki”. Zaciągnął się ponownie, strącając popiół uderzeniem palca o papierosa prosto do szklanej, płytkiej popielnicy. Odezwał się jednak ponownie, tym razem to on podjął jakąkolwiek próbę, czegokolwiek. –Co w takim razie robi wysłannik ZSRR tutaj? – wysunął pytanie, odrywając od rozmówcy oczy, przenosząc wejrzenie przed siebie, w wolną dłoń ujmując kufel, znowu zbliżając go do warg, wypełniając usta gorzkim procentowym napojem.
Wtrącając jeszcze; jeżeli chodzi o tego gołąbeczka – Varmus to słyszał, bardzo doskonale, słuch miał wyborny. Nie burzył się jednak nawet, nie dawał po sobie znać, że działa to na niego jak czerwona płachta na byka. Wiedział, że jak zacznie się na jego oczach wić ze zdenerwowania da mu poczucie, że tak, udało się, a więc można bawić się dalej. Miał stalowe nerwy ten nasz Kanadyjczyk – tylko jak wiadomo – do czasu. Włosy dopiero po wypaleniu papierosa poprawił, przeczesując gęstwinę ciemnych pasem palcami.

Sergei - 2013-09-17, 18:53

A tym czasem on nieszczęsny na pewno nie przypominał przykładnego obywatela i nawet nie zamierzał taki być. Ubierał się po swojemu, mówił po swojemu i wtrącał się we wszelkiego rodzaju bójki. Palił, od czasu do czasu pił, czyli po prostu zatruwał swój organizm. Był nienormalny, nietypowy, nieznośny, cholernie uparty i nazbyt pewny siebie, ale... nie był aż taki zły, naprawdę. To, że ich pierwsze spotkanie miało dość spodziewane zakończenie przy tak mocno odmiennych charakterach to druga kwestia. W końcu, nawet gdybyś małemu dziecku na ulicy powiedział, że na jakimś kursie spotkał się bezczelny, pewny siebie, bardzo specyficzny Rosjanin i Kanadyjczyk, będący istną oaza spokoju i przykładem dążenia do perfekcji to... od razu przewidziałoby zakończenie. Jak to zostało ujęte, postawiono obok siebie wilka i owcę... tylko do teraz jest pytanie, kto jest kim? Zresztą, nieważne, wyjdzie to z całą pewnością w praniu. Aktualnie... na twarzy mężczyzny pojawił się dość urokliwy uśmiech, ba, widać było jego dołeczki w policzkach, z których bardzo rzadko był zadowolony. W sumie od razu cała jego twarz w tym momencie... złagodniała. Ostre rysy twarzy zostały nieco wygładzone, jakby ktoś po prostu puknął w nie magiczną różdżką.
- Och, skąd wiedziałeś? - ze zdumienia aż uniósł obie brwi - już myślałem, że uda mi się pozostać niezauważonym.
Aż chwycił się za serce i niby zasmucony westchnął ciężko, jakby właśnie był wcieleniem Syzyfa i kazano mu wtoczyć na olbrzymią górę głaz. Jednak spojrzenie bystrych, a także wbrew wszystkiemu uważnych ślepi pozostawało kpiące, jakby byli cały czas w teatrze na sztuce, gdzie pod koniec dowiadują się, że sami przez cały czas byli marionetkami w rękach lalkarza. Aż wargi rozciągnęły mu się w specyficznym grymasie (ciężko było nazwać to uśmiechem) w reakcji na własne myśli... a może po prostu wyobraził sobie towarzysza naprzeciwko jako nic nie wiedzącą lalkę, której los jest z góry przesądzony? Dobre żarty. Chociaż jak odpowiednio poprowadzić spotkanie, nie, to raczej głupia myśl. Żaden człowiek nie zasługiwał, by bawić się nim jak lalką. A już nie pewno nie taki, do którego mimo wszystko czuło się jakąś minimalną nić sympatii.
- Gołąbku, a ty dalej trzymasz się swojego papierosowego nałogu? - Sergei, ty hipokryto - rozumiem, że na coś trzeba ujrzeć, ale nie przesadzajmy... po Anglii napadamy na Kanadę, ktoś musi jej bronić.
Jakiś ukryty przytyk? W jego wypadku wszystko jest możliwe. Niejednokrotnie jego słowa są bardziej dwuznaczne i zawierają w sobie więcej aluzji niż słowa nielegalnej prostytutki potajemnie szukającej sobie klientów. Chociaż w tym wypadku dwuznaczność naprzemiennie przeplata się z mówieniem "prosto z mostu", ale w sumie to również dość mocno pasuje to wizerunku tego oto pana. No cóż, tak to w życiu bywa i tyle. Jak na razie mężczyzna nie zamierzał się zmieniać. W końcu są gorsi od niego, prawda? Ale, ale, koniec tej nipotrzebnej nikomu dywagacji.
- Och, gołąbeczku - strasznie się zawziął na te słowo - godzina policyjna nie ma to nic do rzeczy. Po prostu picie w samotności nie jest zbyt dobrym rozwiązaniem... jeszcze ci pigułkę gwałtu to napoju wsypią. A tego byśmy raczej nie chcieli, czyż nie?
Och, nie, nie wyglądał na zbitego z tropu, czy urażonego. Pod tym względem nie był typowym Rosjaninem, nikt nie zaprzeczy, że często brał udział w bójkach, ale z reguły jego powody były dość skomplikowane, ale na pewno zrozumiałe. Zazwyczaj.
- Wysłannik ZSRR zrobił parę dobrych interesów na giełdzie i postanowił się gdzieś na chwilę osiedlić. A ty, wiecznie perfekcyjny panie? Zaraz znowu jedziesz na jakiś kurs, nie zważając na to, że prędzej czy później padniesz trupem z przemęczenia i wyczerpania organizmu? - odgarnął z czoła kosmyk niesfornych włosów, jednak tym razem w jego spojrzeniu nie było typowej dla niego kpiny.
Mówił poważnie? Zapewne będzie to krótkotrwałe, ale kto wie, może jakimś cudem uda się drugiemu mężczyźnie tak go zamotać, że przez pewien okres nawet łobuzerskie ogniki w oczach znikną, a zastąpi je coś na kształt zawziętości i powagi. Jednak już o wiele bardziej prawdopodobne jest to, że Randolph w końcu straci swoje opanowanie i mu przyłoży. W końcu on nawet świętego potrafi wyprowadzić z równowagi, jak to powiedział jeden z jego znajomych i cóż... miał rację, czy ktoś tego chce czy nie.
- Powiedz mi, Rannie - mruknął, prawie że pieszczotliwie - czy wiesz, co to dobra zabawa i chwila odpoczynku? W końcu każdemu się to należy.
Ponownie na jego twarzy zagościł dość podejrzliwy uśmieszek, jednak nie wyglądał jakby miał ruszyć się z miejsca. Luźno opuszczone ręce wzdłuż boków, wygodne opieranie się o oparcie krzesła, kolano założone na nogę i chwilowo dość senny wyraz twarzy. Mimo to nie ma wątpliwości, że coś Rosjanin knuł, ale co? Zbyt wiele pomysłów i zbyt wiele splątanych myśli siedziało w jego głowie, by odgadnąć to od razu. Co innego, że często te myśli były niczym kłęby szarego dymu, pesymistyczne jak na niego i dość specyficzne, rzadko wylatujące do góry, na powierzchnię, a nawet jeśli już, to znikały tak szybko, że mało kto zauważał ich pojawienie się.

Randolph Varmus - 2013-09-17, 20:12

Fuknął unosząc kącik ust we frywolnym uśmieszku słysząc jego słowa na temat wjazdu na Kanadę. Pierwszą część jego wypowiedzi w ogóle wpuścił jednym uchem, a drugim wypuścił. Spojrzał na zegarek na nadgarstku, lekko podciągając kurtkę w jego okolicy. Zmrużył ponownie przepastność swoich błyszczących oczu, przenosząc je z pozycji lekko pochylonej głowy na rozmówcę. Nie śpieszyło mu się nigdzie, ale z drugiej strony, jeżeli zasiedzi się tutaj z Rusem, tutaj bądź też w innym miejscu, sprawy mogą się potoczyć różnie… Tym bardziej znając stan radolphowego umysłu. Przez te trzydzieści jeden lat już doskonale wiedział, jakie są Varmusowe, osobiste możliwości oraz granice, przy czym z tym drugim bywało doprawdy czasami dziwacznie. Nikomu o niczym nie opowiadał oczywiście, zapewne zostawiłoby to zbyt dużą rysę na jego reputacji. Wiadome jest też również to, że kiedy człowiek sobie przysłowiowo chlapnie za dużo, to język mu się rozwiązuje i nagle, nawet największemu wrogu, jest w stanie zwierzyć się ze swoich najbardziej tajemniczych-tajemnic, wszystkich życiowych przeżyć, problemów itd.
Tak czy siak; odchylił na chwilę głowę do tyłu zamykając całkowicie oczy, opukując kufel palcami wolnej dłoni, drugą natomiast zbliżając do ust i zaciągając się w tej pozycji papierosem. Wypuścił dym w momencie, w którym ponownie wracał wejrzeniem przed siebie. Nie specjalnie skupiał się nad wyrazem twarzy Sergei, nad tym jak się zmienia, łagodnieje czy też nie – miał do tego osobnika specyficzne podejście. Z jednej strony już teraz mógłby go kopnąć zamaszystym ruchem nogi w dupsko i ostentacyjnym ruchem dłoni pokazać mu gdzie znajdują się drzwi. Z drugiej jednak, jego obecność mu nie przeszkadzała, mógł sobie siedzieć, spokojnie rozmawiać, przekomarzać się. Musiał jednak pamiętać o jednym – z każdym dniem stawał się, co raz to słabszy, jego klocki hamulcowe bardzo mocno starły się od pierwszej konfrontacji tej parki. Więc tym razem, jeżeli coś pójdzie nie po Kanadyjskiej myśli, może się skończyć to na izbie przyjęć, albo na Oiomie.
-Pigułka gwałtu… Niepotrzebnie. Wystarczy, że ktoś podejdzie i zaproponuje. – rzucił niespecjalnie skupiając się nad tym, że zdanie może zabrzmieć tak, jakoby mężczyzna był doprawdy strasznie zdesperowany. Może. Nie może ale nawet na pewno – chyba każdy miał w swoim życiu, bardzo nudnym, monotonnym i wykańczającym, taki moment, w którym uświadamiał sobie, że zaniedbuje swoje zwierzęce, naturalne potrzeby. Nie myślisz Ran… skup się imbecylu.; pomyślał, po czym przetarł oczy i czoło dłonią, gasząc peta w popielniczce, łapiąc większy haust piwa. Teraz dopiero sobie uświadomił, że u niego w kuflu zaczynała się sytuacja podgorączkowa (pół kufla), a jego towarzysz swojego chyba nawet jeszcze nie tknął. Nie Ran, kolejnego nie zamawiasz. Nawet o tym nie myśl. Jedno dziennie, obiecałeś to sobie już kiedyś, pamiętasz? Nie, na pewno nie…
- Na razie… nie, na razie się stąd nie ruszam. – stwierdził jakby pytał się go ktoś o pogodę, albo o to, która jest godzina. Zwrócił się lekko, prawie, że frontem w stronę S’a, przyglądając mu się przez chwilę w błogi milczeniu. Dużo się nie zmienił, albo po prostu to Ran miewał już problemy z określaniem pewnych ludzi, czasu i rzeczami o charakterze czysto zmysłowym, poznawczym.
- Niektórzy po prostu nie potrzebują odpoczynku. Po co marnotrawić czas na głupoty, jeżeli można zrobić coś pożytecznego. – wzruszył subtelnie barkami, krzyżując przedramiona na piersi. Zaraz to jednak poruszając się na dosyć niewygodnym krześle. Ściągnął z siebie kurtkę, przewiesił ją przez oparcie siedziska, nieco niedbałym ruchem. Robiło się, co raz bardziej parno, czuł jak oddechy ludzi za jego plecami wgryzają się w jego skórę, oblepiają go, dym snuje się za jego uszami starając się dostać prosto do czaszki, do jego myśli.
Odwzajemnił lekki uśmiech, całkowicie, cholera jasna, nieświadomie. Zganił się za to jednak w myślach, zwracając wzrok na krzątającego się za blatem barmana. Nie, Ran, ty się trzymaj swojej zasady. Zero przyjaźni z wrogiem, zero bliższych kontaktów, co ty sobie w ogóle człowieku wyobrażasz. Żyła w nim jedna, gigantyczna, tajemnica. Można by jej przypisać nawet jakiś demoniczny charakter. Mężczyzna żył z nią, borykał się praktycznie dzień w dzień, starając się zawalić swoje myśli masą pracy. Zapewne też stąd wychodził jego pracoholizm i tak wysoko postawione poprzeczki.

Sergei - 2013-09-17, 20:51

Faktycznie, to on sam wylądowałby na izbie przyjęć, czy też w Oiomie, a Randolph pewnie miałby może parę siniaków. Dlaczego? Z bardzo prostego powodu, Sergei za cholerę nie uderzyłby tego mężczyzny. Owszem, próbowałby blokować ciosy, zakładać dźwignie, ale ręki by na niego nie podniósł. Za nic. Głupie, prawda? Jednak tak jak Kanadyjczyk miał specyficzne podejście do niego, to tak samo miał Rosjanin. Zaczepiał go, drażnił, prowokował, jednak nie robił tego z powodu czystej złośliwości. Po części było to kwestią wychowania, a po części lękiem przed przypadkowym poruszeniem tematów mocno prywatnych. On sam wprost nienawidził, gdy ktoś wypytywał go o dzieciństwo, blizny albo rodzinę... nie dlatego, że miał złe dzieciństwo, bo wcale takiego nie miał, no może było wypełnione samotnością, jeśli zignorujemy konie i psy, ale z całą pewnością mógł trafić gorzej, lecz dlatego, że wręcz paranoicznie uważał, by przypadkiem nie przesadzić i kogoś nie zranić. A to, że nie chciał nikogo zranić wiązało się z następnymi kwestiami, jednak ich na razie nie trzeba roztrząsać. W każdym bądź razie zaczepiał głównie po to, by w końcu kogo rozbawić, choć w minimalnym stopniu poprawić mu humor albo też po p r o s t u daną osobę lubił, a generalnie w jego naturze leżało lubienie żartów, żarcików i psot. Jednak fakt faktem dość ciężko było zrozumieć jego pobudki, jeśli nigdy nie przeszło się z nim do zwierzeń, bądź nie porozmawiało z którymś z bliższych znajomych. W każdym bądź razie gdy tylko drugi mężczyzna nie widział, przyglądał mu się nieco innym spojrzeniem, nie kpiącym, a lekko rozbawionym i zafascynowanym. No dobra, każdy człowiek ma inny charakter, jednak Sergei zawsze lubił ludzi którzy po części się czymś wyróżniają. Dlaczego? Cholera wie.
- Ktoś? Nieważne, czy mężczyzna, czy kobieta? - spytał się z mało wyczuwalną nutą zainteresowania.
Chciał doprowadzić do zwierzeń? Znając jego, owszem. Taki po prostu miał charakter. Z reguły dążył do tego, by ktoś mu opowiedział o swoich problemach, bo po prostu... och, no lubił pomagać, tak? Jak było wspominane, jest nieznośny, zbyt pewny siebie, momentami arogancki, a do tego lubiący się czasem zabawić, ale nie zmienia to faktu, że w gruncie rzeczy strasznie, wręcz chorobliwie lubił pomagać. Leczenie kompleksów? Możliwe, chociaż raczej nie o to w tym chodziło. Sam siebie lubił, akceptował własny wygląd i charakter, więc to chyba nie ten trop. W każdym bądź razie przekrzywił lekko głowę na bok, okazując tym samym rozmówcy nieco większą uwagę niźli dotychczas. W końcu, jakby z lekkim wahaniem podniósł do ust swój kufel z piwem, najpierw sprawdzając zapach z trunku, a dopiero potem upił łyk. No, alkohol jak alkohol, nie był jakimś wielkim jego fanatykiem, jednak już chyba genetycznie miał dość mocno odporną głowę na procenty. Skinął lekko głową słysząc słowa "Na razie… nie, na razie się stąd nie ruszam." jakby były niezmiernie ważne... jednak tak czy siak w jego oczach nadal paliły się iskierki dobrego humoru. Nieważne, jak bardzo miał pesymistyczne myśli i jak często je miewał... bardzo szybko przechodziły, bo przecież życie nie jest od tego, by ciągle się zamartwiać. No tak, miał w sobie wiele sprzeczności, temu nie można zaprzeczyć. Wieczny błazen. Wieczny rozrabiaka. A jednocześnie wiecznie przejmująca się innymi osoba.
- Bzdura. Każdy potrzebuje odpoczynku. Zabawy. Wiesz, chwila odprężenia się i masz więcej pomysłów, więcej sił, życie nie jest monotonne... naprawdę o wiele łatwiej jest potem robić coś pożytecznego - znowu dość rozbrajająco się do niego uśmiechnął, nawet jeśli on tego nie zauważał to nic, bywa.
Skrzyżował ręce nad głową, mając w dalszym ciągu prostą sylwetkę, jednakże stopy dotykały teraz krzesła obecnej "ofiary". Jako że dość często bywał w tłocznych miejscach, potrafił się odizolować od "świata zewnętrznego" i skoncentrować tylko i wyłącznie na rozmówcy albo osobie, z którą tańczył, czy na kimś tam jeszcze. Po prostu potrafił dostosować się do większości sytuacji, co było dość pożyteczną umiejętnością. I chyba uśmiech Ran'a był warty swego, bowiem Rosjanin mało co z szoku nie uderzył szczęką do ziemię. Naprawdę, już bardziej spodziewał się, że Kanadyjczyk pocałuje krokodyla, niźli odpowie na choć jeden jego uśmiech. Wewnętrznie cieszył cię teraz niczym dziecko ze sierocińca, które dostało piękną, niespodziewaną zabawkę. Aż tak mu zależało?
- Dobrze, co do zabawy, zacznijmy inaczej, potrafisz tańczyć? - i tutaj mężczyzna chciał wprowadzić towarzysza w kozi róg.
Nieważne, czy odpowie przecząco, czy twierdząco, czy "a co cię to obchodzi", Sergei miał już po prostu przygotowaną w myślach odpowiedź na każdą sytuację. A na jego twarzy ponownie widniał szeroki od ucha do ucha uśmiech. Naprawdę był człowiekiem bardzo pozytywnie nastawionym do świata... co innego, jeśli ktoś zaczepiał jego przyjaciół, wtedy jakoś odzywał się w nim typowy rosyjski brutalizm... hmmh...

Randolph Varmus - 2013-09-17, 21:19

I pytanie jakie padło ostatnie z ust Rosjanina, wszystko spaliło co miał tylko Ran powiedzieć. Nie miał zamiaru odpowiadać na żadne z poprzednich jego słów, żadnych argumentów, żadnych wyrażeń. Nic. Dopił resztkę piwa, wychylając kufel zamaszystym ruchem, otarł delikatnie usta, uśmiechnął się do kelnera, zapłacił mu, kręceniem głowy dziękując za propozycję kolejnej „chmielowej zupy”. Pozostawiał w tej chwili wiele niedomówień, wiele niepewności, zawiesił w powietrzu gigantyczny pytajnik, którego nie pozwoli tak szybko ściągnąć. Prawie nie parsknął ironicznym śmiechem słysząc pytanie, jakie do niego po nieco przedłużonym czasie doszło. Taniec, broń Boże. Nienawidził pewnych rzeczy i można by właśnie ten element „zabawy” zaliczyć do nich. Zwrócił się ponownie w stronę rozmówcy.
-Nie tańczę, nie odpoczywam, nie relaksuję się. Jestem maszyną zaprogramowaną jedynie na pracę. Ciężką, fizyczną robotę. – rzucił z niezwykłą lekkością, jakoby naprawdę mówił o pogodzie. Typowa kpina. – Nie opierdalam się, pasożytnictwo nie jest w moim stylu. – uniósł lekko lewą brew ku górze, spoglądając ponownie na znajomego, zaraz to kierując wejrzenie na zebranych ludzi, na to niesamowite nawarstwienie się, mieszaninę wszystkiego i wszystkich. Czuł się teraz śmiesznie głupio. Co ty tutaj robisz, zabawny człowieczku. Założył swoją kurtkę, poprawiając ją, podciągając do łokci rękawy, zaraz to zarzucając swój plecak na ramię, wkładając na szybko jednego papierosa między lekko rozchylone wargi, pomęczył się odpalając go, jego zapalniczka na chwilę odmówiła posłuszeństwa. Nie obeszło się bez siarczystego komentarza –Cholerny ruski gaz… – oczywiście wypowiedzianego pod nosem. Kiedy w końcu udało mu się zaciągnąć porządnie fajką, odetchnął głęboko, ściągając jeszcze kilka buchów na szybko, skiepując do popielniczki. Rozejrzał się jeszcze raz po wnętrzu. Pub, typowy pub, zawalony pijakami po brzegi. Będzie Ci smutno do domu jak wrócisz z pustymi rękoma… Jakiś cichy głosik w jego głowie, w podświadomości, zaproponował, żeby wziął sobie jedno puszkowane i machnął jeszcze w drodze do domu. I tak idzie z buta, i tak jest mu to obojętne, czy spotka przedstawicieli władzy po drodze czy nie. Skinął dłonią na młodego mężczyznę, który migiem przyniósł mu jego zamówienie, które Ran prawie wyszeptał poufnie, na tyle, aby tylko on i jego aktualny pomocnik i zbawiciel, usłyszał. Tak już miał. Złapał, co kupił, zapłacił, po czym zszedł z krzesełka, stając na obie nogi twardo i mocno, prostując się.
-W takim razie, Zdrowia żełaju Wasze Błagarodie.- po czym ukłonił się niczym w teatrze, na sam koniec, kiedy kurtyna ma zaraz opaść w dół i skierował się ku wyjściu. Tam spokojnie zszedł po schodach, stanął przed bramą, o którą oparł się ramieniem, front kierując w podążającą w dół ulicę. Musiał dopalić na spokojnie papierosa, nie lubił maszerować z nim, kiedy dopadała go zadyszka, a wiedział, że tak się stanie. Długa droga jeszcze przed nim. Prowiant jednak miał – więc też się o nic nie martwił.

Sergei - 2013-09-17, 21:44

Jedno słowo za dużo, Sergei, przecież wiesz, kiedy stopować, prawda? Oh, ty stary stary durniu, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Co się stało to się nie odstanie. Krok po kroczku i bez nerwów. Teraz po prostu skoncentrował się na obserwowaniu poszczególnych ruchów mężczyzny... jakby to miało mu coś dać. A jednak lubił obserwować ludzkie zachowania, w sumie wiele rzeczy lubił. Na słowa mężczyzny jedynie przewrócił oczami i uśmiechnął się nieco gorzko. Łatwo jest przypiąć komuś plakietkę, prawda? Jednak już po chwili gorzki uśmiech został zastąpiony lekkim uniesieniem kącików warg do góry. On... czasem źle interpretował zdania, czasem coś odczuwał jako niezbyt miły przytyk, ale w sumie w ułamku sekundy przechodził mu wszelaki smutek czy też nieszczęśliwa mina. Widząc, że ten się ubiera jedynie patrzył na niego, nie mówiąc nawet jednego słowa. Dość nietypowe jak na niego? Nie, raczej nie, wszystko zależy od danej sytuacji. Czekał. Po prostu czekał. Cierpliwie. Nie zareagował nawet na pożegnanie. Gdy mężczyzna wyszedł, odczekał równe dziesięć sekund. Nie dopił piwa, po prostu zapłacił i wyszedł nieśpiesznym krokiem. Zdąży. Wyjął z kieszeni papierosa, odpalił i zaciągnął się, wydmuchując po chwili z ust kółeczko dymu. Ostatni schodek. Wyjście. Minuta wystarczyła. Naprawdę, by znalazł się koło Kanadyjczyka. W sumie zrównał się z nim. I nic. Żadnego słowa. Po prostu co jakiś czas zaciągał się papierosem, zatruwał własny organizm. On mógł długo tak stać bez słowa, miał czas, żeby pomyśleć. No i... co chciał uzyskać? Cholera wie. Był wygadany, ale potrafił milczeć przez dobre parę godzin. Nadal jednak na jego wargach widać było dość specyficzny uśmiech, sylwetka była wyprostowana, a spojrzenie pewne. Generalnie, niedaleko Rosjanin zostawił swój samochód. Dlaczego więc szedł na piechotę w drodze do tego "klubu"? Chciał pomyśleć i tyle... a może jakoś tak intuicyjnie? Przecież nawet nie zamierzał nigdzie zachodzić. Zresztą naprawdę, nie jest to w tym momencie ważne. Jak długo dwójka osób koło siebie może milczeć? Zaraz się przekonamy. Jednak jeśli Randolph ruszył, to on zrobił to samo i dopasowywał się do jego tempa, dalej nic nie mówiąc. A jeśli ciągle stali... to stali. Powoli kończył papierosa, mając jedną rękę cały czas w kieszeni. Prawie w ogóle nie patrzył się na Kanadyjczyka, jednak nie ignorował go. Jeśli chodź raz złapał go na zerknięciu, skrzyżował spojrzenie i znów ten cholerny, pewny siebie uśmiech, jakby wiedział coś więcej niż inni... a jednak uśmiech łagodniał. Dość specyficzne zjawisko. Ale cóż, taki był. Pytanie pozostaje jedno, dlaczego aż tak bardzo się starał, by wymęczyć mężczyznę swoją obecnością? Odpowiedź banalna, nie zamierzał dać mu się zabić z powodu pracoholizmu i tyle... tylko tyle?
Randolph Varmus - 2013-09-17, 22:16

Mimo tego, że był samotnym człowiekiem, typem pustelnika, przy której zasadniczo nie powinno być nikogo – on zawsze musiał się zadać, spotkać, skrzyżować swoje drogi, z kimś takim, kto potem już się oderwać nie mógł, jak kleszcz, który zostawia po sobie główkę i zatruwa cały organizm. Czasem wydawało mu się, że Ci wszyscy ludzie to cień jego nadopiekuńczej matki, która nie mając możliwości teraz kontrolowania go i pilnowania pod każdym możliwym względem, wysyła swoich pomocników, którzy uprzykrzają mu życie. Chciał zostać tylko sam, w spokoju obalić jedno piwo, nie więcej – a z tych całych nerwów, pożerającego go uczucia irytacji i nadchodzącego niebezpieczeństwa, musiał kupić jeszcze jedno, i na pewno nie ostatnie dzisiejszego dnia i nocy. Niby nic wielkiego, dwa piwa, co to tam, ale patrząc przez pryzmat jeszcze wielu godzin, nachodzącego go smaku na więcej, pewnie nic dobrego to nie wróży.
Najpierw usłyszał kroki za plecami, gdzieś na wysokości kilku ostatnich schodów kamienicy. Ciężkie obuwie na bruku, i dostrzegł następnie wysuwającą się wysoką, posturę zza jego barku. Westchnął głośno, ściskając kciukiem i palcem wskazującym kąciki oczu po wewnętrznej stronie. Zaciągnął się porządnie papierosem, niedopałek wystrzeliwując przed siebie. Policzył w myślach do dziesięciu - na razie, jak widać, to wystarczało. Westchnął głęboko i skierował zmęczone, błyskające jakimś dziwnym blaskiem oczy na rusa, którego dosłownie miał po same brzegi nozdrzy… Pokręcił na boki łbem, zaraz to odrywając się od bramy, łapiąc piwo w dłoń i patrząc prosto w oczy swojego ,,kompana”, otworzył je ze specyficznym sykiem uciekającego gazu. Upił sowity łyk, poczym wyminął mężczyznę zgrabnym ruchem. Odnalazł wzrokiem wyższy odcinek krawężnika, przysiadł na nim, swoje gicze wyciągając jak najdalej do przodu, rozciągając je lekko, przyglądając się przez kawałek czasu czubom swoich butów, co kilka minut robiąc łyk złotego napoju. Po około 10 minutach kontemplacji odpalił papierosa, puszkę postawił przy swoim prawym udzie na jezdni. Zaciągnął się, mogąc teraz spokojnie obserwować wszystko przez smugi lekko niebieskawego, efemerycznego dymu, który układał się w różnego typu falistości w gęstym, choć już chłodnawym powietrzu. Zwrócił ponownie oczy na Sergeia. Jeżeli dalej trwał przy nim, skwasił się nieznacznie, nie odpuszczając jednak, zachowując swoją kamienną, niezmienną i chłodną postawę.
- Chernienko, mam jedno ważne pytanie… Czego Ty ode mnie człowieku, na miłość Boską, chcesz? Nie wiem, czujesz, że jestem reinkarnacją jakiegoś Twojego zwierzaczka, nie wiem serio, przypominam Ci kogoś, a może po prostu jest coś, czego ja nie rozumiem, ale Ty za to, tym swoim komunistycznym rozumkiem ogarnąłeś… Jeżeli tak… – lekko rozłożył ramiona, niczym ksiądz na mszy – … To kurwa mi to do jasnej cholery wytłumacz. Słucham. – i zaciągnął się papierosem, wypuszczając bardzo szybko duży szary tuman przed swoją twarz.

Sergei - 2013-09-18, 16:01

Ta wyprostowana sylwetka, wieczny uśmiech błąkający się na twarzy działały na nerwy zdecydowanej większości ludzi, którzy go spotykali na swojej drodze. On nie miał żadnych problemów z zawieraniem nowych znajomości. Podchodził z tymi łobuzerskimi ognikami w oczach, jakże to niepoważne dla osoby w jego wieku i zaczynał rozmowę, luźnym tonem, z rękami w kieszeniach, najczęściej opierając się o coś plecami, ewentualnie lekko odchylony do tyłu, z jedną nogą zgiętą i odciążoną. Gdy jeszcze dowiesz się, że jest Rosjaninem (a rozpoznajesz to już po pierwszym słowie) od razu wiesz, że ta znajomość będzie cholernie ciężka. W każdym bądź razie gdy tylko mężczyzna ruszył, Sergei poszedł za nim. Powoli, nieśpiesznie, jakby doskonale wiedział, że bez względu na sytuację i tak go dogoni. Dziesięć minut w milczeniu, z tym lekkim uśmieszkiem i niezmierzonym oceanem pewności siebie, co dosłownie było po nim widać. Zero instynktu samozachowawczego. Nienormalne. Niezwykłe. Nietypowe. Przypominał maszynę, która według twórców miała być idealna, doskonale wykonująca swoje polecenia, a tymczasem zajmuje się zupełnie czymś innym, nie reagując na przekleństwa i krzyki, złorzeczenia. Po co przy nim sterczał? Po co był tym cholernym kleszczem, którego nie można było ani wyrwać ani zabić jakimiś chemikaliami? Upuścił papierosa na ziemię i zdeptał go butem, przeczesując swoje ciemne kłaki długimi palcami. Chwila, dwie i kolejny uśmiech w jego wykonaniu. Szeroki, pokazujący i dołeczki w policzkach i białe, równe zęby. Dziwne, że policzki go nie bolały od tych ciągłych uśmiechów i uśmieszków.
- Słuchasz? To bardzo dobrze, gołąbku - kucnął naprzeciwko niego - co by o tobie nie mówić, wydajesz się być w miarę w porządku. A ja naprawdę nie lubię, gdy ludzie twojego pokroju zdychają przez własną głupotę. Poza tym, można powiedzieć, że ciebie lubię, albo też czuję jakąś nić sympatii. Dążysz do tego, by być idealnym. To widać, można zrozumieć z twojego zachowania i słów. Jednak co zrobisz, gdy będziesz już perfekcyjny kosztem wszystkiego, z czego mogłeś korzystać? Zostaniesz z butelką whisky i własnym zmęczonym odbiciem w lustrze. A ja nie lubię takiego końca dla osób, do których czuję jakąś przyjaźniejszą nutę... zrozumiałe? I czy tego chcesz, czy nie, będę cię dręczył, dopóki mi nie pokażesz, że potrafisz się bawić. Nieważne, czy będę musiał za tobą łazić 24h na dobę bądź wyląduje w szpitalu na intensywnej terapii. Jak mam jakiś cel, to się go trzymam. Pogódź się z tym. No, ale koniec końców, nie do mnie należy decyzja, co będziesz robić, tak samo jak nie mogę przewidzieć twojej przyszłości. Jednak tak czy siak, tobie nie odpuszczę.
Mrugnął do niego jednym okiem i wstał, szybko, bez podpierania się rękoma. Zgrabnie, płynnie i tak dalej. Stanął za plecami mężczyzny i pochylił się lekko nad nim.
- I teraz do Ciebie należy decyzja, czy pozwolisz siebie podwieźć, czy będziesz szedł na piechotę. Al w tym drugim wypadku idę z tobą, bo jeszcze mi Ciebie ukradną - prychnął, owiewając mu ciepłym oddechem kark i odgarnął z czoła jakiś niesforny kosmyk włosów.
Jak długo jeszcze Kanadyjczyk będzie cierpliwy?

Randolph Varmus - 2013-09-18, 19:40

Ran miał kilka tematów, na które nie lubił rozmawiać. Generalnie żaden związany z jego osobą nie był dla niego dostatecznie odpowiedni. Przyjemnie polemizowało mu się na zagadnienia, w których był obeznany, nie tykały się przy tym, nawet nie leżały obok sfery uczuciowej, lub jakiejkolwiek kategorii życia prywatnego. Rus był jednak kimś, kto choćby na chama wyciągnie mu największe jego brudy i postawi przed oczami, i postawi przed lustrem własnego sumienia. Mężczyzna czuł się jak dziwka, dziwka, którą postawił ktoś przed zwierciadłem i kazał patrzeć, pytając się, co widzi, co do kurwy nędzy widzi w srebrzystej, gładkiej tafli. Czy na pewno jest dalej sobą, tą samą osobą, którą wychowali dobrzy rodzice, starając się wpoić jej jak najlepsze wartości.
Siedział teraz jak kołek, patrząc się prosto w oblicze mężczyzny. Czuł się jakby uczestniczył w jakimś surrealistycznym spektaklu, jakby to, co miało teraz miejsce, w ogóle nie istniało w tej świadomości, jakby on i jego towarzysz przemieścili się do jakiegoś innego, pokrzywionego wymiaru, w którym nic nie jest na swoim miejscu. Bursztynooki dopił do końca piwo, zaraz to odrywając od piwa zawleczkę, wrzucając ją do środka puszki. Poruszył nią kilkukrotnie na boki, wsłuchując się w brzdęk aluminium, jakby w głębi swojej przytomności i jaźni rozbierał każde zdanie Sergeia na części, rozbierając zdania z ubrań, potem zmysłowej bielizny, skóry i mięśni, na koniec dobierając się do kości, jak wygłodniały pies, albo morderca, porzucając delikatność kochanka.
Kiedy ten wstał, trzydziesto latek poczuł się jak skarcony dzieciak, który przed chwilą zbił jakiś cenny wazonik. Poczuł się niepewnie w momencie, kiedy uczuł obecność S. za swoimi plecami, jego oddech na swoim karku, starał się bronić w głębi duszy przed wszystkimi głupimi, targającymi jego wątłą psyche afektami tej sytuacji, tego zachowania, tej postaci… tego głupiego zawirowania. W jego głowie zapaliła się lampka – jesteś teraz taki łatwy, jak sarna, oślepiona reflektorami samochodu, Randolphie.
Na jego karku, niczym w szeregu, ustawiły się włosy, w które uderzyło ciepłe, lepkie powietrze, wypływające z ust dwudziesto dziewięciu latka. Uniósł lekko barki ku górze, zaraz to z westchnieniem pozwalając im opaść ponownie. Puszkę ustawił przy krawężniku i lekko odwrócił głowę do tyłu, zwracając się do swojego oprawcy lekkim profilem.
-Ok., zgodzę się na tą podwózkę. – rzucił ze zrezygnowaniem. Serg musiał jednak wiedzieć, że wygrał tylko mały pojedynek, wojnę, prawdziwą bitwę i tak wygra Kanadyjczyk.
-W takim razie panie kierowco prowadź do samochodu i wyrzuć mnie na rogu 13 i 16.- mówiąc to stanął obok niego, przyglądając mu się jałowym, choć lekko błyszczącym spojrzeniem. Po chwili milczenia, uśmiechnął się subtelnie, poniekąd w jakimś stopniu ciesząc się z obrotu tejże sytuacji. Coś w głębi huczało porządnie, ale nie widział, co to takiego. Jak ma to ugryźć, jak ma to rozszyfrować.

Sergei - 2013-09-18, 20:16

Każda osoba miała takie tematy, których wolała nie poruszać za wszelką cenę, było to normalne i... po prostu zwyczajnie. Nawet nie zawsze trzeba było w takich sytuacjach mieć jakiś powód, czasem niektóre kwestie ludzie woleli omijać, nie chcąc, by każda osoba potrafiła od tak zajrzeć w głąb nich i dokonać oceny. Jednak fakt faktem rzeczywiście był osobą, która na chama potrafiła wyciągnąć największe brudy. Być może najgorsze było w tym to, że wystarczyło mu zwykłe parę godzin obserwacji. Parę dni. A już wstępie potrafił przewidzieć, z jakim człowiekiem ma do czynienia. Bo to... po prostu widać, chociaż nic nie zmieni faktu, że czasem takie obserwacje ą po prostu błędnie, po ktoś jest doskonałym aktorem. A generalnie całkiem sporo osób potrafi bardzo dobrze grać, a niektórzy tak dobrze, że nawet lalkarz nie zda sobie nigdy sprawy z tego, że jest marionetką, a nie panem sytuacji. Oh, Sergei, Sergei... czyżbyś teraz mówił częściowo z własnego doświadczenia? Zostałeś nabrany? A może po prostu widzisz nieco więcej niż inni albo nieco inaczej postrzegasz świat. To ostatnie jest najbardziej prawdopodobne. Zepsuta machina, napędzana własnym samozaparciem i głupotami. Dlaczego w sumie stanąłeś za jego plecami? Po jaką cholerę? Równie dobrze, dalej mogłeś mówić do niego prosto z mostu, ale nie, musiałeś się skusić, musiałeś posłuchać wewnętrznego węża i być głupim niczym Ewa, gdy zrywała jabłko. Czasem pokusa jest silniejsza, prawda? Co chciałeś? Wymusić coś na nim? Zachęcić? Ech, nieważne. Mężczyzna zauważył, że nieco za długo jest w jednej pozycji, by wydawało się to normalne, więc wyprostował się ze swoim standardowym uśmiechem numer jeden, czyli pewnym siebie uśmieszkiem. Chciał coś zamaskować? Najprawdopodobniej. Tak dość często z nim bywało. I jaka szkoda, że nie znał myśli Kanadyjczyka. O ile by to ułatwiło całą tą sytuację. Chociaż może lepiej, by Randolph nie zaglądał w jego myśli. Były zbyt poplątane i zbyt różne... aż oszaleć można było. Zupełnie tak, jakby naraz zaczęła mówić sala po brzegi wypełniona ludźmi. Wariujesz, Sergei, wrzuć na luz, jak zawsze. Już dwa razy się zamyślił, co najprawdopodobniej było winą... atmosfery, pogody, dnia? A, do diabła z tym. Fakt faktem na jego twarzy znowu wykwitł olbrzymi, szeroki wyszczerz, gdy towarzysz rozmowy zgodził się na podwózkę. Poczekał aż wstanie i zaraz po tym ruszył energicznym, pewnym krokiem przed siebie. No naprawdę cieszył się jak dziecko z takich drobnostek. A z uśmiechu... nawet tak lekkiego... och, no, Rosjanin znalazł się w niebie, naprawdę.
- Tylko nie nabijaj się z mojego obecnego samochodziku. To moje dziecko, jestem wobec niego bardzo nadopiekuńczy - mruknął cicho, stając koło Forda Thunderbird'a cabrio z 57.
To był jeden z jego nowszych nabytków, ale dosłownie się w nim zakochał. Niedawno został odnowiony. Nawet teraz czarna farba lekko lśniła, pomimo późniejszej pory. Jego dzieciątko, duma i skarb i... no, nie rozczulajmy się już aż tak bardzo nad nim. W końcu jesteś już dość nienormalny, prawda? No właśnie.

Randolph Varmus - 2013-09-18, 20:40

Samochód nie był niczym dla niego specjalnym. Były tylko trzy rodzaje środków transportu, które wzbudzały na nim jakiekolwiek uczucia – karetka, jego zielony Rover i karawan. To ostatnie szczególnie mocno oddziaływało na jego zmysły. Czarny, podłużny i bardzo obszerny. Wiedział, jakie wymiary idealnie się tam zmieszczą.
Przeszedł kawałek za mężczyzną, przystanął przy czarnym pojeździe i ułożył w kieszeniach spodni ręce. Pozwolił, aby na jego twarzy zawitał lekki grymas, kiedy Rosjanin opowiadał o samochodzie, czy raczej zapoznawał bruneta z owym kołowcem.
-Byleby jeździł, Serg… – rzucił z westchnieniem. Poczekał aż ten otworzy pojazd, wskoczył do niego na miejsce pasażera, ulokował się w miarę wygodnie, plecak układając między nogami, zapinając się pasem – przezorny zawsze ubezpieczony. Zwrócił od razu oczy w stronę budynków, ulicy, wszystkiego co przyjdzie im mijać, trwając po odpaleniu silnika w milczeniu, po prostu.

Sergei - 2013-09-18, 20:50

- Skróciłeś moje imię - rzucił, uśmiechając się lekko.
Teraz choćby nie wiadomo co, Kanadyjczyk się nie wymiga. Choćby go patelnią w łeb na każdym spotkaniu uderzył i tak według Rosjanina lubi go. Minimalnie, prawie niezauważalnie, ale jednak. Nie ma szans, by teraz Randolph jakkolwiek go od siebie odczepił, a wcześniej jakaś tam minimalna była. Minimalna. Ale była. W każdym bądź razie odpalił auto (oczywiście, że zaskoczyło za pierwszym razem) i... cóż... w pewnym momencie szyld klubu przestał im od tyłu majaczyć.
zt

Jo - 2013-09-18, 21:21

Więc Jo, biegał sobie zadowolony po mieście. Nic w tym w sumie dziwnego nie było, poza tym, że chłopak był w samych bokserkach. Historia jego teraźniejszego ubioru nie była długa. Chłopak najprościej w świecie, niezwykle zajarany, dał sobie wkręcić, że jego ubrania się palą. Początkowo nie miał nawet żadnych majtek, ani nic. Ale w końcu dali mu różowe bokserki w latające świnki, ze strzałami amora. Był z tego bardzo dumny ! Dziarskim krokiem, z niebieskim szaliczkiem na szyi i białymi skarpetami łaził sobie ulicami miasta. Już trzy metry przed nim można było wyczuć zapach damskich perfum. Były bardzo ładne, więc nikt nie miał z tym problemu. Szatyn w prawej ręce niósł plastikową butelkę po jakimś jabolu. Bardzo lubił pić tanie wina. Jarało go to ! Wszedł w końcu do jednego z miastowych pubów, rozbieganymi oczami przemierzając jego wnętrze. Na twarzy malował mu się szerooki uśmiech. Ruszył natychmiast w stronę baru, śmiejąc się ze śmiesznej, drewnianej podłogi. Czy jaka tam sobie była. W każdym bądź razie, podobała mu się. Chciał usiąść na jednym z super wysokich krzeseł, ale tuż przed nim położył się na ziemi, chcąc mocno przytulić ładnie wypastowaną powierzchnię. Jesteś cudowna !


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group