To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Orchard Stable
Najlepsze jeździeckie forum PBF!

Hala - Duża hala

Christian Levrull - 2016-01-03, 17:55

I So Bad napisał/a:
...


Czując, że doszli z klaczą do momentu bardzo dużego rozluźnienia i prawidłowej odpowiedzi na delikatne pomoce, płynnie wszedł na nieco subtelniejsze pomoce, działając mocniej jedynie w momencie, gdy klacz przypadkiem lub specjalnie zignorowała którąś z nich (opóźniona reakcja na dosiad/łydkę/wodzę). Wreszcie doszli też do tego, że klacz zaczęła odciążać przód wyrównując obciążenie przód/tył prawie dokładnie po połowie (a nie 4:6, jak to konie miały naturalnie), oznaczać to mogło, że Bad odpuściła w plecach, zaokrąglając je, co umożliwiło jej głębsze wejście zadem i tym samym zrobienie z kończyn tzw. sprężynki.
Pochwalił ją sowicie zadowolony z takiego efektu i wrócił z tych wszystkich zawijasów ponownie na ścianę. Prowadząc ją na dwóch równych wodzach usiadł w siodło zmieniając dosiad na ćwiczebny i dając sobie chwilę na usadowienie się w siodle i płynną pracę własnym dosiadem; skupił się na rozluźnieniu bioder i ustawieniu miednicy, szukając również siedzenia na kościach kulszowych. Kiedy odnalazł równowagę ponownie mocniej skupił się na klaczy, dalej motywując półparadami do pozostania we właściwym ustawieniu.
Na środku krótkiej ściany zrobił ciasną woltę, pilnując prowadzenia na zewnętrznej wodzy i motywował wygięcie swoją wewnętrzną łydką. Powrót do prostej sylwetki klaczy po zakończeniu wolty i w trakcie wyjazdu na długą ścianę pomocami zadziałał tak jak wcześniej w trakcie wjazdu na woltę: wewnętrzna łydka do wygięcia + teraz również przesuwająca po ścianie, wewnętrzna wodza pilnowała ustawienia do wewnątrz, natomiast zewnętrzna działała ograniczająca, by klacz ze ściany nie zeszła. Tym samym szli teraz po trzech śladach, czyli wykonywali łopatkę do wewnątrz. Ćwiczenie trwało do połowy hali, a 3/4 długiej ściany zmieniał kierunek przez odwrotne pół wolty i w momencie kończenia jej (czyli dojazd do krótkiej ściany i wyjazd z narożnika na długą ścianę) łopatka do wewnątrz, ale w drugą stronę. Potem okrążenie przerwy w kłusie - cały czas jednak dążenie do maksymalnego zebrania kłusa, ale również i wyprostowanie klaczy po ćwiczeniu z powrotem do impulsu, następnie ponowne wykonanie łopatek w obie strony po tym samym śladzie. I tak przez parę kółek, z automatyczną pochwałą po dobrze wykonanej łopatce.

Jim Beam Rye - 2016-01-03, 18:08

Z każdą chwilą nabierałem coraz większej pewności siebie. Ba, wręcz rozkwitałem! Było to widoczne gołym okiem. Przychodząc na halę byłem spięty i wyraźnie niepewny otoczenia, by z czasem rozwinąć skrzydła. Mój chód stał się o wiele bardziej ekspresyjny i wreszcie zacząłem wyglądać jak ogier. Trzeba bowiem otwarcie przyznać, że ogiery wyróżniały się swoim wyglądem spośród innych koni - szczególnie te dość "mięsnego" typu. Zimą obrastałem nieco w tkankę tłuszczową, ale gdy wreszcie uruchomiłem na treningu mięśnie, zaczęło to jakoś wyglądać.
Kolejne podejście także zakończyło się sukcesem. Uniknąłem też przesadnego ciągnięcia łeb w dół, co dodatkowo pomogło mi się zrównoważyć. Kolejno wróciliśmy na ścianę, przy której to zacząłem się wreszcie komfortowo czuć, znajdując w zamkniętej przestrzeni niejakie oparcie.
Idąc na wprost ustawionych cavaletti wyglądałem na podekscytowanego tą perspektywą. Bezbłędnie wykonałem zadanie, wysoko unosząc wszystkie kończyny co było zasługą tego, że bawiłem się postawionym przede mną wyzwaniem. Poza tym Nadya prowokowała mnie do tego podpierając łydkami przy każdym kroku. Zadowolony z pochwały wróciłem na ścianę, by po pełnym okrążeniu zejść na woltę. Pilnowany przez jeźdźca zachowałem odpowiedni kształt figury, cały czas starając się w równym stopniu.
Jeżeli natomiast chodzi o zagalopowanie, to tym razem wykonałem je płynnie, nie gubiąc się po pierwszych paru krokach. Wcześniejsze ćwiczenia pozwoliły mi w puszczeniu mięśni grzbietu i szyi, toteż wchodząc w galop nie odczułem najmniejszego dyskomfortu. Nie tracąc równowagi, po prostu galopowałem po wyznaczonym śladzie. Nie wymagałem stałego pilnowania - tak długo jak Nadya pozostawała rozluźniona i podążała za moim ruchem, nie blokując go, utrzymywałem równy galop, ani myśląc o samodzielnym przejściu do kłusa czy wymykaniu się kobiecie spod kontroli.

Jessie - 2016-01-03, 23:59

Nie przejmując się tym, że na dużej hali mogła zastać tłumy, właśnie tutaj przyprowadziła czteroletniego ogiera głęboko wierząc, że miał w sobie na tyle ogłady by pracować w takich warunkach. Nawet jeżeli nie, to przecież nic nie stało na przeszkodzie.
Po dociągnięciu popręgu dosiadła grzbietu Durana przy użyciu schodków, pilnując przy tym by stał nieruchomo w miejscu. Gdyby przyszło mu do głowy wiercić się, cierpliwie i stanowczo korygowała jego zachowanie aż do uzyskania zadowalającego efektu. Nagrodą była podstawiona pod pysk kostka cukru, którą to dostał niezależnie od tego, czy był grzeczny od razu, czy dopiero po którymś upomnieniu z rzędu. Liczyło się tylko zaakcentowanie dobrego zachowania.
Trzymając wodze na kontakcie, dociśnięciem łydek do boków zakomunikowała ruszenie stępem, póki co pozwalając nieść ogierowi łeb w dowolnej, odpowiadającej mu pozycji. Nie pozwalała jedynie by wędzidło obijało mu się po zębach, toteż unikała efektu załamywania się kontaktu, póki co prowadząc konia jedynie w łydkach i dosiadem. Podyktowała mu energiczne tempo, unikając wchodzenia w paradę pozostałym parom z racji dosiadania jednej, wielkiej niewiadomej jakby nie patrzeć. Jedno było pewne - osobliwym, ale miłym uczuciem było dosiadanie potomka swojego konia.

Jonah Wrens - 2016-01-04, 00:22

Również i ja wybrałem się na dużą halę, żeby potrenować. Cóż, jedyne co mogłem to krzyknąłem krótko "uwaga" przed wejściem, a potem jedynie obserwowałem tu obecne pary.
Szybko wyhaczyłem spojrzeniem Jess, do której puściłem oczko, o ile się spojrzała. Reszcie skinąłem, o ile było trzeba, po czym zająłem się klaczą.
Prowadząc ją na bezpieczny kawałek ziemi, dociągnąłem popręg i opuściłem strzemiona. Zdecydowanie myśląc o ujeżdżeniowym treningu, gdyż na inny nie było miejsca.
Ściągając wodzę trzymane w lewej dłoni, wsiadłem na klacz, dając jej sygnał do ruszenia. Póki co na luźnej wodzy, sprawdzając jej reakcje na dosiad. Dlatego też w taki sposób po kole zmieniałem jej kierunek w różnoraki sposób. Przez półwolty, szerokość, lub przekątną. Jeżeli Champ tego potrzebowała, to skróciłem wodzę, by przypadkiem na nikogo nie wpaść.

I So Bad - 2016-01-04, 00:26

Obciążenie i zaangażowanie zadu przyczyniło się także do tego, że Bad zaczęła z ogromną swobodą i lekkością wyrzucać przednie kończyny przed siebie, prostując je od nadgarstków i miękko zagłębiając puszkę kopytową w kwarcowym podłożu, poruszała się jak mała kauczukowa piłeczka. Uniesione plecy i skompresowana sylwetka umożliwiały lekkie gospodarowanie zasobami energię, a przy świadomości własnego ciała, dawało to zadowalające efekty. Miękki i sprężysty chód, który nie tracił przy tym na dynamiczności, żując wędzidło pieniła się nieustannie pozostając przy tym leciutka jak piórko, ale stabilna na kontakcie. Rozmawiająca z ręką i uważna, na pomoce.
Reagując momentalnie wkroczyła na pierwszy ślad, trzymając się ściany, wzdłuż której była prowadzona przez Chrisa. Lekko dociążający dosiad, nijak niewpływający na równowagę karej, jeszcze bardziej pobudził ją do samoniesienia się, czując wyraźnie dosiad, pracujące biodra i przesuwające się swobodnie kości miednicy, mogła odczytać zamiary bruneta bez wahania się na tym, czy akurat o to właśnie mu chodziło.
Podczas wjazdu na krótką ścianę i następnie wkroczenia na woltę, pracowała intensywnie grzbietem i całym ciałem, wyginając się od wewnętrznej łydki, pozostając zamknięta przez zewnętrzną wodzę. Jako koń doświadczony, świadomy swojej siły i znający cały szereg ćwiczeń, wykonywała każde z nich bez zarzutu, oczywiście nie robiąc tego od niechcenia, wręcz przeciwnie, do każdego zadania podchodziła z uwagą i skupieniem, chcąc, aby wypadło perfekcyjnie.
Po zejściu z wolty i ponownej podróży wzdłuż długiej ściany, zaczęła się płynnie poruszać po trzech śladach, wychodząc od zadu i kończąc na przedniej kończynie. Tak, aby, całość łopatki zachowanej w równowadze, szła nie tylko z inicjatywy jeźdźca, ale też i karej, która dopiero teraz mogła pokazać, na co ją stać. Zachowując kontakt, chętnie szła do przodu, nie uciekając od wygięcia czy kontaktu, który nijak się nie zmieniał. Ze spokojną i niewalczącą głową niesioną naturalnie i luźno, poruszała się z niebywała gracją i wdziękiem.
Rosnąca ilość koni na hali, powoli zaczynała wpływać na zachowanie karej, która była mocno terytorialnym koniem, nietolerującym obcych koni, chociaż w głównej mierze agresywność okazywała w stosunku do nieznajomych ludzi.
Kładąc po sobie uszy, łypnęła złowrogo w kierunku przybyłych par, mierząc każdego z osobna złowrogim spojrzeniem. Zacinając ogonem o stawy skokowe, naparła nieco mocniej na wędzidło w momencie, gdy mijała jedną z par (wybierz sobie, którą :lol2: ). O ile pierwsze okrążenie wraz z wykonaniem łopatek wypadło idealnie, to sam kłus, który miał być odpoczynkiem poprzedzającym kolejne koło po obwodzie z łopatkami wypadł nieco gorzej. Spinając część mięśni i tracąc rozluźnienie, kara zostawiła zad za sobą, niechętnie ustępując od łydki.
Przekrzywiając przy tym łeb na bok, zaczęła uciekać od ręki mając inne plany, co do dalszej części jazdy. ;>

Duran Duran - 2016-01-04, 00:26

Wszedł za Jess na halę wpierw stając jak wryty. Przecież tyle koni to już dawno na oczy nie widział, do tego z tymi workami kartoflów na plecach! Fuknął wpierw stając, a kiedy Jess pociągnęła go za sobą zarżał gardłowo nieco caplując teraz za dziewczyną. Uspokoił się po paru krokach głośno oddychając, wyłapując tym samym wszystkie obecne zapachy.
Przy wsiadaniu stał, owszem, aczkolwiek bawił się wodzą, która czy była napięta czy luźna podrzucał wraz z podrzucaniem swojego łba, wydając przy tym dźwięk klepania wary. Pamiętajmy, dziecku wolno! :lol2: W trakcie zajazdki przyzwyczaił się na tyle do ciężaru jeźdźca jak i podstawowych pomocy, że nie panikował już, aczkolwiek jeśli go czymś zaskoczy, faktycznie może spanikować. Podrzucanie łba de facto było nieszkodliwe (do czasu ofc), więc będzie musiała z tym powalczyć następnym razem. Ochoczo wziął cukierka z dłoni Jess i ruszył jak poparzony, na kontakt zareagował jednak zagryzieniem wędzidła i sztywnością w pysku (o dziwo, nie przeżuwał), co było częste u młodych przy zaznajamianiem się z pracą na pysku.
Pierwsze co mogła zauważyć, że ma naturalny impuls do przodu i jest bardzo czuły na pomoce, popsuty więc chłopak na pewno nie jest. Dużo jednak pracy, przede wszystkim pływał, nie szedł prosto tylko wraz z niewielką zmianą w dosiadzie dziewczyny mimo równego kontaktu tracił nieznacznie równowagę nie trzymając prostego śladu. Był też sztywny od barku do biodra, sporo więc maglowania go na lonży i pracy w zgięciu od łydki, nie od wodzy. Szyję miał dobrze "wygimnastykowaną".
Przy mijaniu nowych koni robił tylko jedną rzecz, wyrzucał w stępie nogę do przodu, jakby chciał z przodów konia zaatakować, przy tym podnosił spiętą szyję, kładąc uszy, ale nic więcej. Nie licząc tego, że takim zachowaniem zachwiał swoją równowagę i potykał się w nieprzyjemny dla dziewczyny sposób.
Reasumując młodociana sierota jak na razie. :lol:

Champagne - 2016-01-04, 00:46

Przybyła za chłopakiem nerwowo łypiąc na prawo i lewo, była raczej typem konia, którego wkur... wszystko, przez co nakręcała się sama w sobie i po prostu spalała w trakcie treningu. Choć jak ktoś umiał do niej przemówić i prawidłowo poprowadzić, nie było większych problemów.
Przy wsiadaniu nie kręciła się, jedynie w trakcie próbowała odwrócić łeb w stronę jego łydki, by go upierdolić, ale przez przytrzymane wodze nie udało jej się to, stąd jedynie położyła uszy, zgrzytając nerwowo zębami. Ruszyła bez problemu, idąc bardzo energicznie acz sztywno przed siebie. Luźna wodza przy tylu koniach nie była w jej wypadku dobrym pomysłem, potrzebowała "czuwającego" długiego kontaktu, a nie swobody. Wynikiem było to, że faktycznie skręcała za jego dosiadem, nadal sztywno, nie dokraczając, ale przy każdym mijanym koniu podrzucała lub "kręciła" łbem na boki z cichym kwikiem, a jeśli był za blisko próbowała sięgnąć do niego zębami, dopiero wtedy nadziewając się na rękę jeźdźca, na co reagowała podrzuceniem łba.
Była koniem, który nie posiadał naturalnego samoniesienia, rozluźnienia i chęci współpracy, niestety trzeba było to wypracować. Plus taki, że była bardzo dobrze ujeżdżona, więc prawidłowy i czytelny sygnał, był dla niej jak impuls.

Jonah Wrens - 2016-01-04, 01:06

I prawidłowo, że się pomyliłem. Nie znałem klaczy, więc mogłem. Zawsze sprawdzałem konie w taki sposób, w razie czego mając te koło ratunkowe w postaci gotowości na każdą reakcję, nawet na dzikie wyrwanie do przodu. Co również może się zdarzyć.
Po pierwszym minięciu się z koniem i samym kroku klaczy, powoli zebrałem wodzę, na lekki kontakt. Nie wymagałem od niej teraz nie wiadomo jakiego ustawienia głowy, raczej chodziło mi o to, by miała coś wspólnego z moją ręką, żeby opierała się o te wędzidło. Mogła mieć spuszczoną głowę, jednak wodze nie wisiały, co ograniczały niejako jej nieco destrukcyjne ruchy głową.
Póki się rozgrzewaliśmy, dołączyłem do naszych zakrętów dość obszerne wolty, przy czym cały dosiad prowadził gniadą, zaś ręka w zależności od strony (wewnętrzna,zewnętrzna), blokowała wypadanie jej na zewnątrz, oraz uniemożliwiała jej przesadne zgięcie, jak i również pozwalała jej na podążanie po łuku. Na dobry początek powinno to wystarczyć, by Champagne mogła zapoznać się ze mną, a ja z nią. Mogła teraz swobodnie korzystać z moich pomocy i poruszać się w niejakim korytarzu, aczkolwiek w miarę swobodnie, o ile nie kombinowała.
Trochę czasu poświęciłem na stęp, by poruszać się po wszelkich łukach i kołach, coby klacz nieco zmotywować do pracy. Oczywiście pilnowałem ustawienia jej ciała, by nie szerzyć patologii.
Po osiemnastu minutach stępa poprosiłem ją o kłus na lewo, po pierwszym kroku lekko zamykając palce na wodzy. Tylko po to, aby uniknąć niepotrzebnego pędzenia do przodu. Nie blokowałem jej dosiadem, coby nie "zgasić" klaczy, chyba że zignorowała tak delikatny sygnał. Wtedy nieco ją przyblokowałem, domykając w łydkach, aby zachować ruch na przód, a rękę na chwilę zaciskając na wodzy i blokując ją przy anglezowaniu. Jeżeli odpuściła, lewą dłonią ją poklepałem po szyi, zachowując kontakt na zewnętrznej. Póki co w tym tempie nie wymagałem zbyt wiele, chcąc ją rozgrzać. Jedynie w miarę rozkłusowania skróciłem nieco wodzę, zaczynając powoli wewnętrzną stroną pracować. Masując jej pysk wędzidłem, zachęcałem dalej do pracy, a przy okazji dałem jej wolty, po których poruszała się w pełnej asekuracji dosiadu i ustawienia rąk, z odchyleniem wewnętrznej łopatki, co otwierało jej drogę na łuku.

Christian Levrull - 2016-01-04, 17:50

Pierwsza podejścia do łopatki zaczęły się naprawdę obiecująco, nie musiał ani przesadnie działać łydką, anie dodawać do tego mocniejszą ostrogę. Płynnie wchodziła za pomocami do chodu bocznego, za co została od razu nagrodzona. Skupiony na klaczy dopiero teraz dostrzegł przybyłe na halę pary, które sam zignorował za to bardziej myśląc o trasie jazdy uniemożliwiając ewentualne, przesadne zbliżenie się do którejś z par. Pamiętał jak zachowywała się w takim sytuacjach, wolał więc nie prowokować takich zdarzeń. Mijając Jonah'a skinął mu głową na szybkie przywitanie, by następnie przytrzymać klacz na ułamek sekundy na dwóch wodzach jak do zatrzymania i do tego dołożyć przepchnięcie łydki, całość w ramach kary i mało subtelnego zwrócenia na siebie uwagi.
Kiedy Bad ni z tego ni z owego (bo de facto nawet na zawodach ilość koni nie wpływa na jej pracę, nie licząc chwilowej agresji) kompletnie się rozleciała wzmocnił wszystkie pomoce, które wcześniej zresztą były tak dla niej przyjemne w działaniu. Od razu wprowadził klacz na woltę zaprzestając pracy nad łopatką, by wrócić do wcześniejszego ustawienia i pracy klaczy. W ćwiczebnym wzmocnił pracę bioder co jakiś czas wypchnąwszy ją z ich dla impulsu. Dwie nieco skrócone wodze prowadziły ją po obwodzie, uniemożliwiając zewnętrznymi pomocami ucieczkę (wodza oraz łydka z subtelną lub nie ostrogą), wewnętrzna wodza pulsowała natomiast łydka spychała ją do wygięcia, jeśli trzeba było nie omieszkał wzmocnić tej pomocy ostrogą. Do tego doszedł bat ujeżdżeniowy na zadzie (siła w zależności od wyniku reakcji). Jeżeli oddawała od niego otrzymywała kolejnego wraz z łydką, a sam Christian łapiąc równowagę w strzemionach i zapierając się w nich, skracał dość nieprzyjemnie wodze odchylając ciało w tył. Jeśli próbowała dalej on robił cały czas to samo, nie zaprzestając bata. Jeśli odpuściła pomoce zluzowały, a on sam został z nią na ósemce (ówcześniej prosząc o miejsce na nią, by nie podjeżdżano zanadto) pracując na niej w kłusie z pilnowaniem zmiany ustawienia na jej środku. Cały czas praca dosiadem, półparadą w całości nad powrotem do wcześniejszego skupienia, jeśli trzeba było dodawał do tego zatrzymania z ruszeniem do kłusa dla lepszego zaanagażowania zadu.

Champagne - 2016-01-04, 20:21

Kiedy chłopak tylko skrócił wodze faktycznie oparła się na kontakcie, aczkolwiek co jakiś czas próbując zdobyć "coś więcej" próbując wyciągać go w dół, zniżając łeb do ziemi, parokrotnie. Jeśli jednak oberwała od mężczyzny po zębach w ramach kary zgrzytnęła nerwowo zębami, zagryzając sztywno wędzidło.
Korzystała z oferowanej swobody sztywnością, jeżeli natomiast na pysku wpadła przypadkiem na za mocno działającą rękę automatycznie usztywniała się ponownie zagryzając wędzidło w formie zignorowania pomocy i swego rodzaju walki z jego ręką (ciągnęła, nie odpuszczała). No, ale rozgrzewka to rozgrzewka, niestety klacz nie korzystała z niej rozluźniająco, a cały czas szła sztywno i niewygodnie dla jeźdźca (odgięte plecy do tego).
Przy zakłusowaniu nie zareagowała od razu, dopiero przy mocniejszej łydce zakłusowała niechętnie. Ona i pędzenie? Chyba tylko w parkurze, stąd jeśli chłopak chciał osiągnąć odpowiednie tempo musiał zażyć pomocy bata czy ostróg. W trakcie kiedy rozpoczął pulsacje wodzą wpierw przeżuła, by ponownie się usztywnić i tak co jakiś czas, nadal mógł poczuć, że jego delikatne sygnały nie wpływają rozluźniająco na jej pysk, trzeba było nieco wzmocnić to. Tym bardziej, że dalej ociągała się w tempie, korzystając z tego, że coś na pysku kombinował. W trakcie wolt wchodziła w nie bez problemu, wyuczona pewnych zachowań robiąc to prawie automatycznie. Chłopak mógł poczuć, że nadal nie odpuszczała, mimo pewnych swobód, wręcz spinała się jakby bardziej. Co jakiś czas wypadał jej zad, przodem pracując prawidłowo. Nie dość, że przez odgięte plecy zapewne była niewygodna, to jeszcze co jakiś czas sprawiała wrażenie nieregularnej, raczej od pomocy niż z powodów zdrowotnych.

Nadya - 2016-01-05, 19:54

Jim Beam Rye napisał/a:
Z każdą chwilą nabierałem coraz większej pewności siebie. Ba, wręcz rozkwitałem! Było to widoczne gołym okiem. Przychodząc na halę byłem spięty i wyraźnie niepewny otoczenia, by z czasem rozwinąć skrzydła. Mój chód stał się o wiele bardziej ekspresyjny i wreszcie zacząłem wyglądać jak ogier. Trzeba bowiem otwarcie przyznać, że ogiery wyróżniały się swoim wyglądem spośród innych koni - szczególnie te dość "mięsnego" typu. Zimą obrastałem nieco w tkankę tłuszczową, ale gdy wreszcie uruchomiłem na treningu mięśnie, zaczęło to jakoś wyglądać.
Kolejne podejście także zakończyło się sukcesem. Uniknąłem też przesadnego ciągnięcia łeb w dół, co dodatkowo pomogło mi się zrównoważyć. Kolejno wróciliśmy na ścianę, przy której to zacząłem się wreszcie komfortowo czuć, znajdując w zamkniętej przestrzeni niejakie oparcie.
Idąc na wprost ustawionych cavaletti wyglądałem na podekscytowanego tą perspektywą. Bezbłędnie wykonałem zadanie, wysoko unosząc wszystkie kończyny co było zasługą tego, że bawiłem się postawionym przede mną wyzwaniem. Poza tym Nadya prowokowała mnie do tego podpierając łydkami przy każdym kroku. Zadowolony z pochwały wróciłem na ścianę, by po pełnym okrążeniu zejść na woltę. Pilnowany przez jeźdźca zachowałem odpowiedni kształt figury, cały czas starając się w równym stopniu.
Jeżeli natomiast chodzi o zagalopowanie, to tym razem wykonałem je płynnie, nie gubiąc się po pierwszych paru krokach. Wcześniejsze ćwiczenia pozwoliły mi w puszczeniu mięśni grzbietu i szyi, toteż wchodząc w galop nie odczułem najmniejszego dyskomfortu. Nie tracąc równowagi, po prostu galopowałem po wyznaczonym śladzie. Nie wymagałem stałego pilnowania - tak długo jak Nadya pozostawała rozluźniona i podążała za moim ruchem, nie blokując go, utrzymywałem równy galop, ani myśląc o samodzielnym przejściu do kłusa czy wymykaniu się kobiecie spod kontroli.


Poprawa na lepsze nie uszła też uwagi Nadyi, która jak dotąd była raczej zadowolona. Ćwiczenia w wykonaniu Jima Beama były bliskie perfekcji, jeśli nie perfekcyjne, i Bravo musiała go pochwalić. Pozostała jednak czujna i skupiona, posyłała gniadoszowi półparady i starała się pozostać z nim w stałym kontakcie nie tylko przez pomoce Często coś tam do niego mówiła, nawet jeśli jej słowa były pozbawione głębszego sensu, którego ogier i tak by nie zrozumiał.
Po kilku okrążeniach w swobodnym galopie z wyjazdem do dwóch wolt o 15 metrowej średnicy, znowu poprosiła oldenburga o wyciąganie galopu na długich ścianach i skracanie na krótkich, poświęcając szczególną uwagę na pracę zadu dwunastolatka, oczywiście cały czas wspierając go pomocami Pokonali dwa okrążenia w ten sposób i po pół okrążenia w galopie roboczym ciemnowłosa tym razem poprosiła Beama o galop pośredni, kładąc nacisk na utrzymanie tempa i pracę grzbietu, cały czas dbała o dostosowanie właściwych pomocy.
Dwa okrążenia w galopie pośrednim, by wrócili do roboczego i podczas kolejnych okrążeń kobieta postanowiła wypróbować z Jimem zarówno lotną zmianę nogi, jak i kontrgalop. przy czym ten drugi, o ile im się udał trwał krócej, gdyż był bardziej męczący. Oczywiście cały czas wysyłała gniademu odpowiednie sygnały. Jeżeli coś im się nie udawało Nadya nie peszyła się tym i uspokajała oldenburga, jeżeli zachodziła taka potrzeba.
W końcu zwolniła ogiera do kłusa roboczego.

Jessie - 2016-01-05, 21:49

Duran Duran napisał/a:
Wszedł za Jess na halę wpierw stając jak wryty. Przecież tyle koni to już dawno na oczy nie widział, do tego z tymi workami kartoflów na plecach! Fuknął wpierw stając, a kiedy Jess pociągnęła go za sobą zarżał gardłowo nieco caplując teraz za dziewczyną. Uspokoił się po paru krokach głośno oddychając, wyłapując tym samym wszystkie obecne zapachy.
Przy wsiadaniu stał, owszem, aczkolwiek bawił się wodzą, która czy była napięta czy luźna podrzucał wraz z podrzucaniem swojego łba, wydając przy tym dźwięk klepania wary. Pamiętajmy, dziecku wolno! :lol2: W trakcie zajazdki przyzwyczaił się na tyle do ciężaru jeźdźca jak i podstawowych pomocy, że nie panikował już, aczkolwiek jeśli go czymś zaskoczy, faktycznie może spanikować. Podrzucanie łba de facto było nieszkodliwe (do czasu ofc), więc będzie musiała z tym powalczyć następnym razem. Ochoczo wziął cukierka z dłoni Jess i ruszył jak poparzony, na kontakt zareagował jednak zagryzieniem wędzidła i sztywnością w pysku (o dziwo, nie przeżuwał), co było częste u młodych przy zaznajamianiem się z pracą na pysku.
Pierwsze co mogła zauważyć, że ma naturalny impuls do przodu i jest bardzo czuły na pomoce, popsuty więc chłopak na pewno nie jest. Dużo jednak pracy, przede wszystkim pływał, nie szedł prosto tylko wraz z niewielką zmianą w dosiadzie dziewczyny mimo równego kontaktu tracił nieznacznie równowagę nie trzymając prostego śladu. Był też sztywny od barku do biodra, sporo więc maglowania go na lonży i pracy w zgięciu od łydki, nie od wodzy. Szyję miał dobrze "wygimnastykowaną".
Przy mijaniu nowych koni robił tylko jedną rzecz, wyrzucał w stępie nogę do przodu, jakby chciał z przodów konia zaatakować, przy tym podnosił spiętą szyję, kładąc uszy, ale nic więcej. Nie licząc tego, że takim zachowaniem zachwiał swoją równowagę i potykał się w nieprzyjemny dla dziewczyny sposób.
Reasumując młodociana sierota jak na razie. :lol:


Z pewnością nie postawiła przed nim prostego zadania, zabierając go w tak zatłoczone miejsce. Była to jednak doskonała okazja do oswojenia ogiera z pracą w rozproszeniach. Z początku ułatwiła mu zadanie, trzymając się ściany, w której mógł znaleźć niejakie oparcie i tym samym ograniczyć problem pływania między pomocami. Stępując aktywnie wokół hali, dostrzegła oczywiście przybycie Jonaha, z którym to przywitała się gdy tylko minęli się w pewnej odległości. Generalnie miała podzielną uwagę między swoim koniem a końmi innych ludzi, luźno zastanawiając się któremu z nich pierw odbije, co wcale by jej nie zdziwiło. Chyba jako jedyna dosiadała tutaj tak młodego i niedoświadczonego konia, ale to jeszcze nie oznaczało, że to ona z Duranem staną się przyczyną zamieszenia. W każdym razie, nie zostawiła karego ze swoimi problemami sam na sam. Ograniczyła działanie ręki do minimum w myśl idei, że młody koń aby zaakceptować wędzidło, powinien pierw nauczyć się je "nieść" w pysku - w czym na pewno nie pomagało nieustanne maglowanie ręką, co też niektórzy robili. Już teraz zauważyła, że z Duranem głównie pracowano na ręku. No trudno... Młode konie, szczególnie ukierunkowane na sport miały to do siebie, że często prowokowały jeźdźców do ustawiania im łba, co jednak nie było najlepszym wyjściem. Trzymając obie ręce na równym poziomie, dość szeroko rozstawione, naprowadzała konia do ręki dosiadem, zachęcając tym samym do opuszczenia łba i rozprostowania spiętej szyi. Była gotowa na to, że mógł co chwilę zmieniać ułożenie łba - opuszczać go i podnosić na zmianę, ale była cierpliwa. Wiedziała, że to trochę potrwa, zanim młody odnajdzie swoją równowagę i będzie mógł jej zaoferować trochę więcej.
Po paru minutach zatrzymała go, blokując dosiadem i z wyczuciem zamykając rękę, gdyby samo zamknięcie konia w łydkach i zablokowanie biodrem nie zadziałało. Ściągnęła z jego grzbietu derkę i odwiesiła ją, dbając o to, by Duran w trakcie tego krótkiego zabiegu stał nieruchomo. Sprawdziła też popręg, po czym kontynuowała stęp, tym razem odklejając się od ściany - od czasu do czasu kierowała konia po przekątnej, na wybrane, kilkumetrowe odcinki, przy okazji zmieniając kierunki. Nie kłopotała go jazdą po kole, bo na to było zdecydowanie za wcześnie; w planach miała jedynie nieskomplikowaną (a jednak wymagającą dla Durana) jazdę po prostych odcinkach. Jeśli tylko udało jej się osiągnąć jakąkolwiek stabilizację, wróciła na ścianę by ruszyć kłusem, oczywiście anglezowanym. Zapewne przyszło im wrócić do punktu wyjścia, ale zupełnie zignorowała to, jak koń niósł głowę i skupiła się na tym, by zaakceptował dyktowane przez nią tempo i rytm - siadała w siodle wyraźnie i dość ociężale, gdyby przyszło mu do głowy pędzić. Gdyby było inaczej, podgoniła go do uzyskania zadowalającego tempa.

I So Bad - 2016-01-06, 02:02

Christian napisał/a:
Pierwsza podejścia do łopatki zaczęły się naprawdę obiecująco, nie musiał ani przesadnie działać łydką, anie dodawać do tego mocniejszą ostrogę. Płynnie wchodziła za pomocami do chodu bocznego, za co została od razu nagrodzona. Skupiony na klaczy dopiero teraz dostrzegł przybyłe na halę pary, które sam zignorował za to bardziej myśląc o trasie jazdy uniemożliwiając ewentualne, przesadne zbliżenie się do którejś z par. Pamiętał jak zachowywała się w takim sytuacjach, wolał więc nie prowokować takich zdarzeń. Mijając Jonah'a skinął mu głową na szybkie przywitanie, by następnie przytrzymać klacz na ułamek sekundy na dwóch wodzach jak do zatrzymania i do tego dołożyć przepchnięcie łydki, całość w ramach kary i mało subtelnego zwrócenia na siebie uwagi.
Kiedy Bad ni z tego ni z owego (bo de facto nawet na zawodach ilość koni nie wpływa na jej pracę, nie licząc chwilowej agresji) kompletnie się rozleciała wzmocnił wszystkie pomoce, które wcześniej zresztą były tak dla niej przyjemne w działaniu. Od razu wprowadził klacz na woltę zaprzestając pracy nad łopatką, by wrócić do wcześniejszego ustawienia i pracy klaczy. W ćwiczebnym wzmocnił pracę bioder co jakiś czas wypchnąwszy ją z ich dla impulsu. Dwie nieco skrócone wodze prowadziły ją po obwodzie, uniemożliwiając zewnętrznymi pomocami ucieczkę (wodza oraz łydka z subtelną lub nie ostrogą), wewnętrzna wodza pulsowała natomiast łydka spychała ją do wygięcia, jeśli trzeba było nie omieszkał wzmocnić tej pomocy ostrogą. Do tego doszedł bat ujeżdżeniowy na zadzie (siła w zależności od wyniku reakcji). Jeżeli oddawała od niego otrzymywała kolejnego wraz z łydką, a sam Christian łapiąc równowagę w strzemionach i zapierając się w nich, skracał dość nieprzyjemnie wodze odchylając ciało w tył. Jeśli próbowała dalej on robił cały czas to samo, nie zaprzestając bata. Jeśli odpuściła pomoce zluzowały, a on sam został z nią na ósemce (ówcześniej prosząc o miejsce na nią, by nie podjeżdżano zanadto) pracując na niej w kłusie z pilnowaniem zmiany ustawienia na jej środku. Cały czas praca dosiadem, półparadą w całości nad powrotem do wcześniejszego skupienia, jeśli trzeba było dodawał do tego zatrzymania z ruszeniem do kłusa dla lepszego zaanagażowania zadu.



Kładąc po sobie uszy głośno wypuściła powietrze przez rozdęte nozdrza co jednocześnie miało stanowić oznakę niezadowolenia. Przytrzymana, a następnie „przepchnięta” przez wędzidło niechętnie ruszyła do przodu pod naporem łydek i ostróg, opuszczając łeb i poluźniając go w potylicy. Powrót na lekki tzw. „maślany” kontakt nie był jednak taki łatwy, wzmocnione pomoce kierujące ją na woltę, niejako odciągnęły myśli karej paskudy od obecnej tu ferajny tuptających koników.
Angażując zad, który wcześniej pozostał gdzieś w tyle, starała się zachowywać równowagę, ponownie skupienie klaczy, przeniosło się z powrotem na lekkość i miękkość jej chodów, stały się nie tylko wydajniejsze ale i bardziej efektowne.
Wzmocniona praca bioder stymulowała do uniesienia grzbietu i skrócenia sylwetki dążąc do własnej wygody, postawiona na pomocach, solidnie pilnujących jej wybujałego ego. Gnąc się od wewnątrz do zewnątrz, co raz chętniej powracała do żucia metalu w pysku, pozwalając białej pianie pokryć swoją umięśnioną pierś.
Bata nie oddawała, jednak nie pozostawiła go bez reakcji, potrząsając nerwowo łbem, ukryła ciemne radary w gęstej grzywie, świsnęła kilkakrotnie ogonem w powietrzu, solidnie wkraczając pod kłodę zadem, który zaangażowany jeszcze mocniej, wypchnął ją do przodu, zwiększając tempo. Gdy pomoce popuściły, znów stając się łagodne ona także odpuściła, spuszczając z siebie powstałe napięcie, a skumulowaną w ogromnym cielsku energię zaczęła wykorzystywać do ruchu na przód. Dążąc do ręki i nie broniąc się w żaden sposób przed kontaktem, rozluźniona w potylicy niosła nos w pionie, strzygąc jedynie uszyskami na boki.
Była inteligentną bestią pomimo swojego popieprzonego charakteru, szybko wyłapała analogię działania pomocy bruneta, stwierdzając, że na każde nieposłuszeństwo reagował zwiększeniem ich intensywności. Chcąc aby jej samej było wygodniej, uznała, że nie ma sensu uprzykrzać sobie życia dopóki jeździec jej nie podpadł. Nie była też znów taka święta, mając możliwość sprawdzenia właściciela, nie mogła z tego nie skorzystać. Ale wszystko w swoim czasie ;>.
Przechodząc płynnie pomiędzy zmianami ustawienia znów była posłusznym konikiem, nie pomijając jednak złowrogim spojrzeniem innych koni.

Duran Duran - 2016-01-07, 01:31

Faktycznie osoba, która go zajeżdżała nieco przesadzała z ręką motywując ogiera do prawidłowego noszenia łba, aczkolwiek starała się pilnować również i tempa, mimo, że ogier nadal reagował czasami "poparzeniem" na działanie łydki. Brak stymulacji do żucia po prostu zachęcił go do dalszego zagryzania wędzidła, co przy kolejnym okrążeniu doprowadziło do tego, że ogier zawisał co jakiś czas na ręce dziewczyny, dalej sztywno niosąc szyję. Praca na wypięciu doprowadziła do tego, że młody kumał więcej niż było trzeba, więc pulsacja wodzy była czymś dla niego oczywistym - jak dla każdego dobrze prowadzonego młodzika, która motywowała go tylko do zaokrąglenia się.
Brak rozluźnienia w szyi prowadził do tego, że w stępie szedł chętnie, acz nieco sztywno, nadal jednak prezentując się w tym stępie całkiem nieźle, nie licząc potknięć, które czasami się pojawiły przez jego zagapienie.
Na zatrzymanie zareagował od razu, niechętnie jednak stojąc kiedy jakiś materiał przemieszczał się obok niego, straszny! Wiercił się, ale Jess szybko dała radę pozbyć się derki, więc nieco się uspokoił.
W momencie odklejenia się od ściany dalej było czuć, że nieznacznie spływa odbijając się od pomocy niczym piłeczka z prawej na lewą. Dla postronnej osoby było to oczywiście niewidoczne, ale Jess mogła to bez problemu poczuć. Nadal szedł sztywno, jakby czekając, aż ta doprowadzi do próby rozluźnienia go, już nie róbmy z niego konia, który ma pierwszy raz jeźdźca na grzbiecie (choć i te od razu wiedzą jakie pomoce idą do dobrego ustawienia - jak na tak młodego konia). Jako, że półparad nie otrzymywał - a czekał na nie - szedł grzecznie przed siebie. W zakręcie nieco spływał zadem, lepiej pracując w zgięciu przodem niżeli tyłem, który jeszcze był słabo rozwinięty.
Przy zakłusowaniu faktycznie pierwsze parę kroków było szybkich jakby zaraz chciał zagalopować, wstrzymany jednak przez dziewczynę przygryzł mocniej wędzidło stabilizując tempo - i nie mając z nim problemu - jako, że dziewczyna potrafiła odnaleźć swoją równowagę, on szukał swojej. Szedł aktywnie, nadal sztywno, nie dokraczając jeszcze zadem. "Nuda" na pysku i coraz mocniejsze zaciskanie się szczęk na wodzy doprowadziło do tego, że młody w trakcie kłusowanie zaczął próbować wyciągać dziewczynę z siodła ściąganiem głowy w dół, kładąc przy tym uszy, gdyż w tym momencie siła na żuchwę była dwa razy silniejsza i nieprzyjemniejsza.

Jonah Wrens - 2016-01-07, 20:07

Na nieszczęście klaczy, nie pozwoliłem jej wyciągnąć wodzy, zamykając palce na wodzy, przez co ta, nie dała się przesunąć. Ewentualnie jeśli wymagała dosadniejszego przekazu, łydką ją podniosłem, pilnując jednak, by wróciła do poprawnego ustawienia.
Przy przejściu mocno się zdziwiłem, kiedy za pierwszym razem klacz nie przeszła do wyższego chodu. Zazwyczaj każdy z koni pędził, a tutaj musiałem posłużyć się mniej delikatną łydką. Nie pasowała mi, cały czas odnosiłem wrażenie, że coś jest nie tak - ze względu na jej sztywność i ułożenie grzbietu.
Po pierwszej wolcie zwolniłem ją do stępa i podjechałem do bandy, skąd (załóżmy, że tam ktoś zostawił czy coś) wziąłem ujeżdżeniówkę. Jednak nie ułożyłem jej po wewnętrznej stronie, tylko zewnętrznej, tak aby pilnować jej zadu na zakrętach, bo skoro skłonna była do wypadania, a nie wpadania - trzeba było sobie radzić.
Ponownie zapraszając ją do kłusa, od razu wzmocniłem sygnał przez puknięcie batem jej zadu. Wymagałem tempa, orientując się, że z gniadą nie musiałem obchodzić się delikatnie. Była twardą, a może upartą kobyłą, z czym nie mogłem przegrać.
Ponownie zapraszając ją ręką do zejścia z głową i zaokrąglenia się, cały czas podtrzymywałem swoje zdanie przyklejonymi do jej boków łydkami. Jeżeli nie zareagowała na delikatny impuls od strony mojej ręki, wręcz "zapukałem" wodzą przez trzykrotne, mocniejsze pulsowanie. Jeżeli na to zareagowała, starałem się odpuścić. Chyba, że dalej nie chciała współpracować, wtedy postawiłem na wyraźniejsze sygnały.
Wracając do wolt, zostawiłem wewnętrzną stronę tak jak była, natomiast zewnętrzną domykałem bacikiem na zadzie. Pilnowałem jej, skoro o to prosiła. Dlatego też, żeby zachęcić ją do rozluźnienia i skupienia się na moich pomocach, wprowadziłem ją na ósemkę. Dość obszerną ze względu na rozgrzanie Champ. Mimo tego, skrupulatnie rozliczałem ją z jakości wykonanych łuków, non stop działając zachęcająco ręką do żucia, a całym dosiadem pilnując jej wygięcia. I oczywiście nie pozwalałem jej na leniwe tempo, miało być równe i aktywne w jej przypadku.
Jeśli tylko wykonała poprawnie całą ósemkę, odpuszczałem jej i w ramach nagrody dawałem chwilę stępa, by wiedziała co jest dobre, a co złe.



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group