99; Stres uskrzydla; para podbudowana owacjami, miłym przyjęciem, świetną atmosferą, prezentuje się doprawdy świetnie, pokazując poprzez pierwszą połowę swojego przejazdu najwyższa klasę.
86; Najlepszy jeździec; jeździec wyróżnia się niebywałą szybkością działania, reakcją. W niebywały sposób komunikuje się ze zwierzęciem, prowadząc go gładko i w miły dla oka sposób. Zwierze dzięki pomocy spisuje się znakomicie.
101; Czysty przejazd; Niczym nie zakłócona pierwsza połowa przejazdu, zero błędów, zero komplikacji.
Opis
Czysty przejazd w obu czasach, w normie czasu.
Alexander - 2016-07-01, 17:44 W stawce dwóch koni, jakie dziś dosiadał, to zdecydowanie Countess, była jego faworytką. Oczywiście, nie skreślał drugiego podopiecznego, ale miała większe doświadczenie i lepiej się znała z Alexem. Tak czy siak, po ogarnięciu klaczy w stajni oraz na rozprężalni, czekał na moment, aż wezwą ich na właściwy parkur. Poprzednie zawody, nie skończyły się dla nich zbyt szczęśliwie, teraz miał jednak nadzieje, że będzie lepiej. Kiedy nadeszła ich pora, odesłał gniadoszke do kłusa, a sam zaczął anglezować w siodle. Wjeżdżając na parkur, zakręcił między ósemką, a piątką w kierunku czwórki. Pozwolił sobie, zwolnić ją do stępa przy murze, by go jej pokazać. Takiej przeszkody, chyba nie mieli jeszcze okazji skakać. Okręcił ją wokół niej, by ostatecznie zatrzymać przed budką jury, któremu się ukłonił z lekkim uśmiechem na twarzy. Musnął dość krótko szyje klaczy, by pewnie złapać obie wodzę w dłoń. Ponownie odesłał klacz do galopu, lekko wypychając ją do tego z krzyża. Miał nadzieje, że pójdzie im lepiej, niż ostatnio. Aktywizująco działał na zad klaczy, pilnując jego zaangażowania i utrzymując równe tempo. Natomiast przez rękę, rozmawiał z pyskiem klaczy i skupiał ją na sobie. Zmieścił ich między okserem, a dwoma stacjonatami. Lekko wykręcił ich tak, że jechali na prostą, między dwoma chorągiewkami. Zamknięte i jasne pomoce, pewne prowadzenie jej do przeszkody. W stosownym miejscu do tego, dołożył jej łydkę do boków, zgrywając się zaraz z ruchem gniadoszki. Oderwanie zadka od siodła, stając lekko w strzemionach, przesuwając ręce w przód. Lądując wraz z Count, dociążył prawe strzemię, by dość sprawnie wrócić zaraz w siodło. Wiedział na co, może pozwolić sobie z klaczą, dlatego nie spowalniał ją po tym skoku, a nawet lekko pospieszył w galopie. Zdecydował się na obszerniejszy zakręt, tylko dlatego, że mieli dobry na razie czas. Pojechali za linią mety oraz murem, jadąc blisko krótkiej ściany. Dopiero właśnie za nim, wyjeżdżając na prawo i zarazem na wprost kolejnej przeszkody. Przypomniał jej o mocniejszym zadzie, lekko skracając klacz do przeszkody, bo nie chciał zbyt płaskiego skoku. Uniósł jej łeb, nieco wyżej, by bezpiecznie i pewnie, dojechać do 2, którą skoczyli bez błędnie. Wylądowali tym razem na lewo, kiedy wyjechali zakręt za 6, wychodząc na prostą do oksera. Pozwolił w ostatniej foule, nieco się rozciągnąć do przeszkody. Zamknięte pomoce, skupienie na przeszkodzie, a co najważniejsze widzenie jej, powinno pomóc gniadej zachować spokój, opanowanie i perfekcjonizm. Łydką odesłał ją do skoku, ponownie pomagając jej w nim, czyli po prostu zgrywając się z klaczą. Teraz czekał ich mur, czyli coś co na pewno, nie będzie proste do pokonania. Przeniósł bardziej ciężar na zad klaczy, chcąc by przody były wtedy lekkie, a co za tym idzie łeb wyżej. Mocniejsza praca wodzą, skupienie klaczy na przeszkodzie i blokada w łydkach, by nie spłynęła spod przeszkody. Odmierzył idealnie miejsce do odskoku, by na czysto pokonać "straszną" przeszkodę.Francesca - 2016-07-01, 18:01 Dziewczynka przyszła z wałachem na parkur piaszczysty. Nie było tu specjalnych tłoków, więc miała nadzieje, że sobie poradzą z treningiem. Po dotarciu na miejsce, upewniła się, że może tu wejść. Kiedy tak było, oprowadziła kasztana raz czy dwa w około tego miejsca, by ostatecznie podstawić go pod schodki. Tam poprawiła sprzęt ogiera, poprawiła swój sprzęt, by miękko zaraz go dosiąść. Mniej my nadzieje, że się to jej udało, więc odesłała go na ślad, po wolnej części parkuru. Pozwalała mu na swobodne niesienie szyi, pozostając z nim tylko na lekkim kontakcie. Poruszali się na początek po dwa koła na prawo i dwa na lewo, zmieniając kierunek przez przekątną.Countess - 2016-07-01, 19:59 Cóż, poprzednie zawody były poniekąd porwaniem się z motyką na słońce i pewnie dlatego też okazały się być zupełnym pasmem niepowodzeń - młody koń, krótka współpraca z dosiadającym go jeźdźcem i dużo, ba, całe mnóstwo kolorowych przeszkód i innych rzeczy z którymi Countess nigdy nie miała do czynienia. Tym razem, choć Alexandra nie ominęło nerwowe zachowanie przy oporządzaniu i rozprężeniu, gniada wydawała się dużo mniej zaaferowana tym co działo się dookoła niej - przynajmniej w porównaniu z tym, co prezentowała sobą na poprzednich zawodach. Poproszona o to, ochoczo weszła w kłus, podczas wjazdu na parkur żywo strzygąc uszami i patrząc na przeszkody z lekką dozą niepewności; zgodnie z predykcją Alexandra, to właśnie czwórka budziła w niej największe obawy, stąd też nawet "okręcenie" jej dookoła tejże przeszkody miało okazać się trudniejsze niż miało być z założenia. W ostateczności jednak ulegając i zbliżając się do przeszkody, po chwili skierowała się w stronę budki sędziowskiej, gdzie posłusznie zatrzymała się mieląc w pysku kiełzno. Od samego wjazdu na parkur uporczywie rollowała mordę, momentami niekiedy szczypiąc się zębiskami w klatkę piersiową i pieniąc się przy tym obficie, co było w szczególności uwydatnione w momencie skracania wodzy. Ruszając galopem, przez pierwsze kilka kroków wręcz "drobiła" w miejscu, ale odpowiednie aktywizujące działanie spowodowało, że w końcu ruszyła przed siebie tempem adekwatnym do jej możliwości siłowych, prezentując okrągły, idący 'od zadu', mocny galop. Mocne półparady nie były konieczne ze względu na przeganaszowanie klaczy, ale istotnie pomagały Countess skoncentrować się na wyznaczonym zadaniu. Widząc, co szykuje dla niej jeździec momentalnie uniosła łeb chociaż o te kilka centymetrów, w samym najeździe na pierwszą przeszkodę przygryzając wędzidło i nieco chaotycznie, ale w dalszym ciągu poprawnie odbijając się aby oddać skok. Entuzjastycznie rzucając łbem przy lądowaniu, natychmiast wznowiła galop, bardzo chętnie akceptując ofertę dodania w dystansie i raptownie poszerzając foulee. W trakcie zakrętu łypnęła złowrogo na mur, z ulgą zauważając, że na razie nie istnieje konieczność skakania go i koncentrując swoją uwagę na dwójce. Zadzierając łeb, znów na kilka kroków przygryzła wędzidło, by w ostateczności w ostatnich foulach skrócić się nieznacznie, przez co w ostateczności oddając dość "agresywny skok", by z ogromną łatwością przelecieć nad stacjonatą, zgodnie z zaleceniami jeźdźca lądując przy tym na lewą nogę. Możliwość zaatakowania trójki okazała się bardzo przydatna, bo Highfields była skoncentrowana na obserwowaniu muru i dopiero mocna łydka i połączona z sygnałem "do przodu", tj. wypuszczającym spowodowała, że się obudziła. W porę poszerzając swój wykrok, odbiła się na okser z dość daleka, z lekkim trudem, ale efektywnie rozciągając się nad przeszkodą i będąc dzięki temu w stanie pokonać ją na czysto. Zaraz po wylądowaniu gwałtownie zwolniła, po raz kolejny zadzierając łeb i o ile Alexander w porę nie zainterweniował i nie wspomógłby się chociażby bacikiem, to zwyczajnie stanęła. Ale jak mniemam jej jeździec był na tyle błyskotliwy, żeby poradzić sobie z tą sytuacją, zatem Countess zaraz po porządnej zachęcie pod postacią wcześniej wspomnianego bacika, ruszyła urywaną, krótką foulą, którą ustabilizowała dopiero dwa metry przed samym wybiciem i nieco chaotycznie czy nieudolnie, ale przeleciała na drugą stronę, lądując z widoczną ulgą. Pewnie nieco popsuła plany dotyczące zachowania perfekcjonizmu, ale trudno jej się dziwić - w życiu takich cudów nie widziała, toteż miała prawo być nieco... zaskoczona.Alexander - 2016-07-01, 21:05 Co ona? W życiu stacjonaty czy oksera nie widziała? Niech nie przesadza, bo jednak zmieni zdanie, że to Crack chyba ma w tej kwestii bardziej ogarnięte zdanie. Klacze i ich humory, boże na co on się pisał? Choćby miał tam nieco siłą, ale przepychał ją przez ten tor, jak szczotka do odtykania kibla - kibel. Miała szczęść lat i pewne doświadczenie, a wydawało mu się, że jakby rozum gdzieś po drodze zgubiła. Lądowanie po czwórce, było dość bolesne dla pleców chłopaka, bo mało miękkie w wykonaniu klaczy. Jak tak wyglądał mur, to strach pomyśleć co będzie przy szeregu. Jednak do tamtej przeszkody, pozostał jeszcze kawałek drogi. Po wylądowaniu za murem na lewo, chłopak ponownie, lekko popędził klacz w galopie. Mieli drobne zgrzyty, ale nie zapowiadało się na tragedię na szczęście. Kierowali się bliżej krótkiej ściany, mijając metę oraz ósemkę. To właśnie blisko tej drugiej przeszkody, Alex nieco ciasno, jednak z wiarą w umiejętności klaczy, wyjechał na prostą do przeszkody numer 5. Okser jak każdy inny, podobny skakali przed momentem, jako 1 lub 3. Podparł ją w zakrętach łydkami, pamiętając o pracy dosiadu, by ona przełożyła to na efektowniejszą pracę zadu. Pozostawał z nią w stałym kontakcie, pozwalając jej na ten mocniejszy galop do przeszkody. Zamknięte łydki po bokach, miały zniwelować ewentualną chęć ucieczki z pod przeszkody. Wysiadywanie kroków do miejsca wybicia, łydka i wejście zaraz w półsiad, wysunięcie rąk w przód, oddając jej stosowną długość wodzy. Skok im wyszedł nieco przy długi, a drobne nie porozumienie z klaczą podczas wcześniejszej jazdy, poskutkowało brakiem harmonii ruchu i skrócenia. Przez co gniada, zbyt wcześnie wybiła się do stacjonaty, mimo odpowiedniego złożenia w locie, trąciła górny drąg. Alex słyszał puknięcie, ale nie usłyszał odgłosu spadania, więc obyło się bez wpadki. Mimo tych trudności, udało im się jakoś wylądować i już dogadać na ziemi. Lądowali na prawo tym razem, a chłopak zdecydował się ściągnąć klacz od razu w bok, przejeżdżając miedzy przeszkodą z wodą, a stacjonatą (?). Tym sposobem, znaleźli się zaraz na krótkiej ścianie, by zrobić na niej kilka foule i znów odbić na prawo. Wyjeżdżając łuk do oksera 7ab, wziął klacz nieco bardziej na siebie, kumulując siłę napędu w zadzie, robiąc lżejsze zdecydowanie przody. Subtelne półparady, zamknięcie w łydkach, by pewnie znów dojechać do przeszkody. Jeśli potrzebowała pomocy, wypchnął jej lub pomógł wskoczyć w fazę lotu, zgrywając się w jego czasie z klaczą. Trzymał ją dość krótko, bo odcinek między członami, był bardzo wąski. Lądowanie i zaraz ponowne poproszenie klaczy, o skok nad przeszkodą 7b. Mimo tych trudności, które towarzyszyły im ciągle na parkurze, pokonali go na czysto - pfu pfu na razie. W końcu została im, ostatnia przeszkoda. Zwykła prosta stacjonata. Utrzymując to wszystko, nadal razem do kupy wzięte, skierował ją do ostatniej przeszkody. Lekko skręcając do niej na prawo, przygotował gniadą do ostatniego skoku. Zamknięte pomoce, wpatrywanie się w podłoże tuż za stacjonatą, dojechanie i skok ! Kiedy wylądowali na czysto po drugiej stronie, sowicie nagrodził klacz za jej postawę, zachowanie i że dała radę. Po przejechaniu mety zwolnił ją do kłusa, a potem stępa, by zjechać z parkuru ostatecznie.
z.tDiego Montana - 2016-07-01, 21:48
G-Dragon napisał/a:
[...]
Wytrzymał i dał radę w zawodach, więc niech nie będzie taki surowy dla siebie. Diego osobiście, był z niego dumny. Poznawali się jeszcze, więc do ideału jeszcze daleko, ale oboje wkładali w to wszystko, sporo pracy i wysiłku. Co jak widać, się opłacało. Na szczęście gniadosz, przestał interesować się innymi, a skupił na tym co było ważniejsze. Diego doskonale wiedział, że był skokowcem bardziej, niż ujeżdżeniowcem, ale kupił go w końcu jako WKKW-iste. Również w kłusie, wykręcili kilka typowych figur: wolty, serpentyny, wężyki. Dopiero potem, chłopak skierował go na coś poważniejszego. Zaszalejmy na start, aż tylko drągi, a może aż tylko? Utrzymując równe tempo, zamknięte łydki po jego bokach i kontakt z pyskiem, jechali na nie równym kłusem. W odpowiednim miejscu, łydka do podnoszenia nóg, Diego półsiad i lekkie oddanie mu wodzy. Wykręcili je tak na prawo i lewo, by kolejno się skierować do koperty. Schemat się nie zmienił, zamknięte pomoce i równe prowadzenie do przeszkody. Potem łydka, lekki półsiad i również oddanie wodzy, tutaj też skoczyli sobie po dwa razy na lewo i prawo. Jeśli nie daj boże, się pomylili lub coś im nie wyszło, po prostu na spokojnie, podchodzili drugi raz. Ewentualnie, poprzedzali to coś innym ćwiczeniem i dopiero wtedy powtórka.G-Dragon - 2016-07-01, 22:42 Również w kłusie zaczął wykręcać różne figury, serpentyny, wężyki, przykładając się do tego jak tylko mógł. Musiał się dobrze rozgrzać, jeśli nie chciał nabawić się kontuzji, która w jego przypadku mogłaby go wykluczyć z udziału w zawodach. No i musiałby stać w boksie całymi dniami, o wizytach weterynarza nawet nie wspominając. Spojrzał w kierunku drągów i najechał na nie, nie uciekając na boki. Szedł prosto przed siebie, nie zmieniając swojego tempa. Takie drągi na sam początek to dla niego prawie nic. Przeszedł więc przez nie bez żadnego problemu. Unosił nogi wysoko, by niczego przypadkiem nie trącić kopytem i nie przesunąć. Zrobił kilka powtórek na jedną i drugą stronę, w ten sam sposób jak za pierwszym razem.
Nieco ożywiony przechodzeniem przez drągi ruszył na kopertę. Choć szczerze kusiło go by bardziej podkręcić tempo to nadal pozostawał w żywym kłusie. Kiedy znalazł się odpowiednio blisko przeszkody odbił się od ziemi i podciągając nogi pod siebie przeskoczył na drugą stronę. Tutaj też było kilka powtórek, z którymi również dał sobie radę bez niespodzianek.Russian Roulette - 2016-07-01, 22:43
Ruth napisał/a:
[...]
To się rozumie, samo przez się. Siwa miała potencjał, ale trzeba było go wykorzystać. Chciała i mogła, być lepsza. Potrzebowała jednak kogoś, kto ją sumiennie poprowadzi naprzód. Wykonały jeszcze, dwa szybsze koła wokół parkuru, by zaraz zacząć prawdziwą pracę. Nieco zbyt mocno weszła w galop, ale o dziwo zaczynając go od dobrej nogi. Pewnie drobna korekta ze strony Ruth, spowodowała wrócenie do właściwego tempa. Udawało jej się też nawet, dobrze wyginać w narożnikach, nie wypadając zadem. Do ideału jeszcze daleko, ale nie było najgorzej. Po trzecim okrążeniu w galopie, skierowały się na kopertę. Klacz postawiła uszy wprost na nią, skupiając się także na wykonaniu tego zadania, które nadchodziło wielkimi krokami. Po dojechaniu do koperty, klacz dobrze się odbiła z miejsca. Lekko złożyła się do lotu i wyciągnęła, co jednak poskutkowało, dobrym skokiem. Trochę słabym technicznie, ale jednak.Ruth - 2016-07-01, 23:14 Po skoku poklepała klaczkę po szyi mówiąc słowa uznania, mające na celu ją deczko udobruchać i aktywizującą łydką pociągnęła dalej galop, prowadząc łydkami i wodzami wprost na pojedyncze cavaletti. Przed nim nieznacznie ściągnęła wodze oraz dodała łydkę, aby klaczkę w swoich wyborach wesprzeć, a jak mniemam po pokonaniu go znów nagrodziła klacz pochwałą i przyjmując pełen siad obciążyła zad dociskając łydki i ściągając wodze aby sprowadzić ją do stępu.
Tym chodem kierowały się serpentyną między przeszkodami, a w tym czasie na teren parkuru wszedł mężczyzna, którego Ruska powinna znać jako stajennego. Ten że małych gabarytów człowiek zmienił ustawienie przeszkód na minimalne, a na brzegu płotu powiesił lonżę Ruth, by chwilę później odejść machając wpierw do Trenerki.
Kiedy ta mu odmachała klaczka dosiadem została poprowadzona w stronę zawieszonej liny, a w tym miejscu zatrzymana, aby Ruth mogła zsiąść. Kiedy to uczyniła poprawiła strzemiona aby nie telepały się we wszystkie strony po czym pogłaskała klaczkę, dała jej z kieszeni smakołyk i podpięła linę prowadząc na ustawione z dala od innych przeszkód cavaletti. Początkowo przeprowadziła klacz w ręku, w stępie przez nie, a kiedy je pokonały zaczęła truchtać, prosząc o kłus również klacz.Delfinek - 2016-07-02, 13:48 Były jej to pierwsze zawody, i nie ukrywajmy- najważniejsze. Nawet jeśli była to LLka to w końcu jej pierwszy raz, a do tego na kompletnie nie znanym koniu. Podczas swojej pracy poznała już właściwie wszystkie konie, a ten siwus skupił szczególnie jej uwagę. Po wcześniejszym oporządzeniu Rollera i rozgrzaniu nadszedł czas, kiedy przydałoby się zapoznać go z przeszkodami. Tak więc wjechała na teren parkuru, kiedy wcześniejsza para pokonywała ostatnie przeszkody, aby im jednak nie przeszkadzać kierowała się wzdłuż płotu, a po ukończeniu podjechała do dwóch najbardziej problematycznych przeszkód, mianowicie 6A i 6B aby kłusem anglezowanym udać się pod budkę sędziowską. Przy niej ukłoniła się z szerokim uśmiechem i przykładając łydki do boków ogiera poprosiła go o zakręt w stronę 4. Minąwszy ją wypchnęła ogiera krzyżem z kłusa ćwiczebnego do jakiego przed chwilą przeszła w galop wstrzymany. Tutaj wynikły już pierwsze komplikacje dotyczące szybkości, które Delfin starała się za wszelką cenę wyeliminować, aczkolwiek było to dość problematyczne. W galopie minęła 5 oraz 7, za którą przy pomocy dosiadu skręciła łagodnie i skierowała się w miarę prostą linią na brzeg parkuru, gdzie naciągnąwszy wewnętrzną wodzę i ustawiwszy łydki odpowiednio za i przed popręgiem skierowała się z siwym na pierwszą przeszkodę i linię startu. Przy niej mimo i tak drobnych trudności z kontrolą dodała łydkę i ściągnęła wodze, by wyciągnąć zablokowane nadgarstki wzdłuż szyi dopiero podczas skoku. Przyjęła oczywiście półsiad, nachyliła się deczko do szyi ogierka podczas lotu, a przy lądowaniu nieznacznie napięła wodze. Starając się jechać na w miarę silnym kontakcie znów przyjęła pełen siad, miedniczą skręcając w stronę dwójki, wspomagając się jednocześnie łydkami. No i tutaj pojawiał się kolejny problem- siwek niezbyt pchał się na współpracę z kobietą. Owszem, szedł jako tako przyzwoicie, aczkolwiek próby przyśpieszenia nie były niczym wskazanym, a siła z jaką działał przezwyciężała nawet wyuczone przez lata praktyki sztuczki Delphine. Za szybki galop spowodował, że nawet przejście z półsiad, w którym Masztalerz miała więcej siły nie poskutkowały, i dwójka pokonana była okropnie jak na umiejętności ich obojga. Kobieta nie mogła nawet zbytnio interweniować, więc prócz delikatnego przyciśnięcia łydki przed przeszkodą, oraz rozluźnienia wodzy, aby szyja mogła się przyzwoicie wyciągnąć nic nie zrobiła. Płaski lot jaki był skutkiem nieodpowiedniego tempa poskutkowało muśnięciem drąga. Po pokonaniu przeszkody nastała natychmiastowa interwencja kobiety w postaci złapania mocniejszego kontaktu oraz przyciśnięcia łydek, a ze zwykłej ludzkiej ciekawości wzrok Delph na chwilę skierował się na przeszkodę, która całe szczęście była cała. Zauważając to Francuzka głęboko odetchnęła, i wróciła wzrokiem na parkur, gdyż czekała ich trójka. Napięła wodzę oraz przyjęła pełen siad prosząc o skręcenie, dosiadem i łydkami natomiast starała się kontrolować ustawienie na zakręcie, oraz późniejsze utrzymanie równej linii najeżdżając na trójkę. Tutaj tempo też nie było idealne- drobne korekty ze strony Delphine myślę, że jednak trochę poskutkowały i przed samą przeszkodą dodanie łydki, przyjęcie półsiadu oraz rozluźnienie kontaktu pozwoliło na oddanie ładnego skoku.Corleone Olshansky - 2016-07-02, 14:47 Po zebraniu wodzy wrócił do poprzedniego ustawienia, naraz kładąc uszy wzdłuż potylicy. Wygląda na to, że za punkt honoru postawił sobie demonstrowanie Sugarmanowi niezadowolenia na każdym kroku. Chociaż w rzeczywistości nie wynikało to ze złośliwości, to jednak wrażenie można było odnieść zgoła inne. Przechodząc do kłusa nie zmienił swojej mimiki. Najwyraźniej dobrze wiedział, co się święci - wjazd na parkur zbliżał się wielkimi krokami, a tam zawsze było gorąco. Nie było miejsca na robienie wolt przed przeszkodami, czy na robienie przejść. Innymi słowy nie było ratunku, oczywiście zakładając, że celem było ukończenie parkuru i wygrana.
Natomiast w galopie był wyraźnie postawiony w gotowości. Gotów zareagować na najmniejszą rzecz, jaka mu się nie spodoba. Luke jednak wydawał się zdawać sobie z tego sprawę, bo nie zdołał niczym zirytować ogiera na tyle, aby ten odmówił mu współpracy. Galopował więc dynamicznie, ale pod kontrolą, nie próbując się spod niej wymknąć. Takim tempem wbiegł na parkur.
PRZEJAZD
Nowe otoczenie, w którym się właśnie znaleźli, sprowokowało konia do uniesienia głowy. Łypiąc ślepiami na przeszkody, zdradzał wyraźne podniecenie, niekoniecznie o pozytywnym podłożu. Mijając celowniki zaczął stopniowo zwalniać, aż wreszcie zatrzymał się całkowicie. Podczas gdy Luke kłaniał się sędziom, Corleone przemielił wędzidło w pysku i ciężko odetchnął, przyciągając mordę do piersi. Głaskanie całkowicie zignorował, myśląc już tylko i wyłącznie o przeszkodach, które go otaczały. Doskonale wiedział po co znalazł się między nimi i jakie było jego zadanie. Pragnął je tylko jak najszybciej wykończyć i odzyskać święty spokój.
Ruszeniu kłusem towarzyszyło jednorazowe szastnięcie gęstym, kruczoczarnym ogonem. Po paru krokach kłusa przeszedł do jeszcze wyższego chodu, zgodnie z oczekiwaniami ruszając na prawą nogę. Rzeczywiście tak długo, dopóki nie miał przeszkody przed sobą, galopował równo i bez szaleństw. Mijając stacjonaty oznaczone numerami 2 i 6, niespodziewanie wierzgnął w stronę tej pierwszej, co o dziwo nie wytrąciło go szczególnie z rytmu. To było w nim chyba najbardziej zaskakujące, że mimo tego, iż zdarzało mu się efektownie brykać między przeszkodami, miał jeszcze siłę do ich pokonywania, nie musząc przy tym kombinować z odległością. Skakał zarówno z daleka i bliska, przeważnie zdając się na jeźdźca. Przeważnie... Bo czasami brał sprawy w swoje "ręce" i zamykał się na współpracę, przejmując dowodzenie. Jak będzie dzisiaj?
Jadąc na wprost oksera dosłownie się wyłączył, jak gdyby ktoś założył mu zaślepki na oczy. Zdawał się nie widzieć niczego, co znajdowało się po bokach i szedł dynamicznie na wprost, nie lękając się oksera. Na działania Luke'a reagował przeciętnie, raczej nie dając mu poczucia, że ma nad nim całkowitą kontrolę. Był trudny do wyczucia, nie dawał czasu na zastanowienie się ani zmianę decyzji w ostatnim momencie. Ktoś, kto na niego wsiadał i zamierzał skakać, od początku do końca musiał trzymać się swoich planów i wiedzieć, co chce osiągnąć i w jaki sposób. Przykładowo w przypadku niepasującej odległości należało postawić wszystko na jedną kartę i choć trochę zaufać gniademu, że mimo to sobie poradzi. Był to ryzykowny i stresujący sposób jazdy, ale satysfakcja z udanego przejazdu była zwykle wystarczającym wynagrodzeniem. Chyba, że komuś bardzo zależało na perfekcji w każdym calu. Wówczas ktoś taki powinien szukać gdzie indziej.
Wracając jednak do pierwszej przeszkody - ogier wyciągnął do niej jeźdźca, zgodnie z pierwszym założeniem wybijając się przedwcześnie, z daleka. Jak się okazało, doleciał bez problemu, chodź dla Luke'a mogło nie być to szczególnie wygodne. Skok był przede wszystkim daleki, ale żeby zakończył się powodzeniem, ogier musiał też włożyć w niego sporo siły. Przypłacił to bliskim i budzącym wątpliwości lądowaniem, ale był przy tym precyzyjny do bólu. Drągi pozostały nienaruszone, a Luke zyskał okazję do wdrożenia zaplanowanego manewru, jakim był ciasny zakręt do dwójki. Rzeczywiście wytrącił go z dotychczasowej prędkości, ale nie stłumił zapału Corleone. Zwinnie okręcił się we wskazanym kierunku i na prostej ponownie rozciągnął sylwetkę, ale tym razem nie przesadził. Jakby sam zauważył, że jego poprzedni ruch nie był najszczęśliwszym pomysłem. Olshansky przy tym wszystkim nie był głupi, potrafił niejako przeanalizować swoje działanie i w tym przypadku zrozumieć, że skacząc z daleka i lekceważąc jeźdźca natrudzi się znacznie bardziej. Może byłoby inaczej, gdyby lekceważył drągi - wówczas nie miałby żadnego dylematu, a tymczasem starał się pokonywać przeszkody tak, aby trzymać się z daleka od drągów. Poza tym jeździec zapewne nie pozwoliłby mu teraz na kolejny taki wyskok. Już pal licho zrzutki, to mogło być po prostu niebezpieczne, gdyby z takim impetem władowali się w przeszkodę.
W każdym razie do dwójki wyszedł z nieco większą rozwagą, zresztą mocno skrócony dystans nie dał mu innego wyboru. Ponownie nie wykazując najmniejszych chęci do spłynięcia z wyznaczonej linii, wytrzymał presję do samego końca i dopiero w upatrzonym przez jeźdźca miejscu odbił się od ziemi. Wysokości nie były zwrotne, ale Corleone podchodził do nich z należytym szacunkiem. Tak jak na rozgrzewce, podnosił nogi i wyciągał się w locie, choć naturalnie nie było to tak widoczne jak mogłoby być (na wyższych przeszkodach). Dostosowywał się do wysokości, przez co nie skakał z ogromnym zapasem, co akurat wychodziło wszystkim na plus.
Zapanowanie nad nim po skoku nie było już takie oczywiste, bo faktycznie uznał nieoznakowany okser za kolejną przeszkodę. Na pierwsze próby zboczenia z trasy zareagował odginając się w drugą stronę, ale ostatecznie ustąpił, odbijając bardziej w lewo.Countess - 2016-07-02, 16:58 Cóż, o jakimkolwiek doświadczeniu u sześcioletniej kobyły raczej ciężko mówić, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że była zajeżdżana dość późno. Okazanie wyrozumiałości dla naprawdę świeżego konia, który w życiu nie miał styczności z murkiem nie pod postacią podmurówki, a przeszkody złożonej z cegiełek nie mogło być aż takie trudne. A fakt, że Countess na zawodach potrafiła zmienić się nie do poznania niekoniecznie był związany z jej płcią, a bardziej tym, że bardzo łatwo ulegała wpływom i wystarczyła napięta atmosfera, żeby sprawić że stawała się dużo bardziej nerwowa. Mimo tych krótkich spięć podczas całego parkuru, na ogół pokazywała klasę, udowadniając swoje umiejętności chociażby w trudnych sytuacjach pozornie bez wyjścia czy też samym dystansie, tak jak teraz wyciągając foulsko do naprawdę imponujących rozmiarów i w ten sposób z nieukrywaną radością gnając między przeszkodami. Dobre tempo galopu klaczy gwarantowało im, pomimo ciasnego zakrętu, utrzymanie dobrego czasu, bo Countess mimo lekkich trudności z wyrobieniem się na nieco wydeptanym już podłożu bez większych kłopotów wyszła z zakrętu, strzygąc uszami w stronę przeszkody o numerze piątym. Nieco ocucona i minimalnie spokojniejsza, przestała bawić się w zadzieranie łba przed każdym skokiem, by tym samym aktywnym, aczkolwiek nie szaleńczym/samobójczym tempem podjechać do oksera, z lekkim kłopotem odnajdując w miarę pasujący dystans i odbijając się z daleka, by bezbłędnie przelecieć nad kolorową konstrukcją i wylądować sporo za planowanym miejscem lądowania. Takie niespodziewane przedłużenie skoku sprawiło, że trudniej było jej się pozbierać na lądowaniu i z dużym opóźnieniem zareagowała na prośbę o skrócenie, przesadnie drobiąc w miejscu i odbijając się na szóstkę niemalże z miejsca. O ile przody udało jej się zabrać odpowiednio wcześniej, tak z zadami pojawił się problem - do tego stopnia, że krawędzią jednego z kopyt zahaczyła o drąg, na całe szczęście jedynie niewinnie go "pukając" i nie sprawiając, że spadł na ziemię. Po wylądowaniu rzuciła łbem zirytowana, niemniej jednak już bez obsuwy reagując na komunikat jeźdźca sugerujący zakręt pomiędzy rowem a stacjonatą. Przyspieszając znacząco jak przy poprzednich przeszkodach, umiejętnie wyjechała ścięty przez właściciela zakręt, wyjeżdżając na wprost do szeregu. Zarówno pierwszy jak i drugi człon pokonała bezbłędnie, bez oporów pozwalając mężczyźnie na odpowiednią regulację tempa podczas dystansu dzielącego a i b i po pokonaniu stacjonaty lądując miękko na prawą nogę. Przecięła linię startu, pewnie galopując do ósmej przeszkody i tym razem nie mając żadnych wątpliwości - trzymana w pomocach i "za rączkę" doprowadzona do samego odbicia, nie zawahała się przy oddawaniu skoku, w trakcie lotu wyciągając łabędzią szyję przed siebie i zostawiając po sobie ekonomiczny zapas. Oddychając przez rozszerzone nozdrza, z ulgą zwolniła kolejno do kłusa i stępa, niewątpliwie zmęczona ilością wrażeń jaką otrzymała podczas tego jednego, krótkiego parkuru.
/zt.Diego Montana - 2016-07-02, 17:36 Tego dnia, startował na wszystkich koniach ze swojej stawki, więc także i na G-Dragonie. Był to jego pierwszy koń z którym pracował najdłużej, więc i mieli do siebie już jakieś zaufanie, wiedzieli co mogą, czego nie mogą. Wiedział także, że skoki znacznie bardziej, leżały ogierowi niż ujeżdżenie, więc liczył na to, że da z siebie dziś wszystko. Czasem miał swoje odchyły, ale jakoś udawało im się, to opanować. Tego dnia, przyszedł po Dragona po przejeździe z Parrish, a koń czekał na niego już wypucowany. Podziękował stajennemu, by szybko i sprawnie go ubrać, a potem wyjść na rozprężalnie. Tam zafundował mu, stosowną rozgrzewkę, by jednocześnie się rozgrzać jak i nieco spuścić z niego pary. Diego czuł, że przejazd nie będzie należał do najprzyjemniejszych, bo ogier zdawał się być mocno pod jarany.
Z racji posiadanego dziś, przez ogiera jakiegoś ADHD, Diego trzymał go dość krótko. Oczywiście w obawie, że coś się może wydarzyć nie kontrolowanego. Zdecydował się na wysiadywanie kłusa, by mieć lepszą kontrolę nad gniadoszem. Znał przeszkody, obrzucił je prozaicznym spojrzeniem, decydując się jedynie pokazać gniadoszowi - przeszkodę wodną. Stacjonaty i oksery, nie powinny wywołać na nim większego wrażenia, przecież nie skakał od wczoraj. Utrzymując stały kontakt z pyskiem konia, wzmożoną pracę dosiadu, oczekiwał znaku do rozpoczęcia przejazdu. W końcu go otrzymali, więc skierował go na start, by na moment się zatrzymać i ukłonić budce sędziowskiej. Łapiąc wodzę w obie dłonie, wypchnął gniadosza do galopu, kierując na pierwszą przeszkodę. Ogier szedł mocno do przodu, utrzymanie go, było nieco problematyczne. Trzymał jego pysk, krótko i zarazem wyżej, by widział na co w ogóle jedzie. Równe rozstawienie wodzy, zamknięte łydki po bokach i kierunek stacjonata. Udało mu się nawet, dość dobrze doprowadzić go do przeszkody, by w odpowiednim do tego miejscu, zasugerować mu skok poprzez, dołożenie łydek do jego boków. Kiedy koń odrywał się od ziemi, on zaraz zgrał się z jego ruchem, wchodząc w półsiad i przesuwając ręce w przód. Mimo czystego skoku, koń nadal szedł jak burza. Co źle wróżyło na to, że mieli zaraz zmierzyć się z okserem. Musiał dosłownie lekko go pociągnąć za pysk, dociążając zad i unosząc jego przody. Chcąc tym samym, by ogier nabrał siły w swój zadek, starał się jednak, utrzymać nieco obszerniejszą foule, niż do stacjonaty. Odmierzył idealne miejsce do odskoku, które również zakomunikował ogierowi. Ponownie wszedł w półsiad, wysunął ręce wzdłuż grzebienia grzywy konia, a także dociążył lewe strzemię. Mimo mocnego, elektrycznego tempa, które trzymał ciągle ogier, Diego zdecydował się na obszerniejszy łuk do przeszkody numer 3. Jechali blisko krótkiej ściany, by na mniej więcej 3/4 długości, odbić na lewo. Tą przeszkodą znów, była stacjonata. W miarę równym krokiem, doprowadził go pod przeszkodę, trzymając w pewnych i stabilnych pomocach. Dojeżdżając do tego miejsca, ponownie łydki do jego boków, by zaraz się zgrać z koniem w czasie skoku. Po wylądowaniu, o dziwo dość stabilnie, starał się go mocniej przytrzymać, by nie zaatakował tej stacjonaty tak agresywnie. Następnie skierował go lekko na lewo, wyjeżdżając tym samym na wprost 4. Trzymając go w zamkniętych łydkach, podprowadził go pod samą przeszkodę, by znów zasugerować mu miejsce do odbicia. Kiedy ogier się podnosił nad przeszkodę, on znowu dostosował półsiad do wielkości przeszkody, wysuwając nadgarstki w przód i oddając mu wodzę. Dociążył także prawe strzemię, bo mieli właśnie skręcać w tamtym kierunku. Kawałek po prostej, by wykręcić na prawo tuż za 6b i 9. Naprostował go łydkami, prosząc o lekkie poszerzenie foule i mocniejszy zad, choć pewnie nie wymagał super poprawek, bo i tak mocno do przodu. Dojeżdżając do idealnego miejsca, odesłał go łydkami do skoku, zaraz zgrywając się z jego ruchem podczas skoku. Zdecydował się na obszerniejszy zakręt do szeregu, co było dobrym i złym pomysłem w jednym. Gniadosz znów, jakby zgubił mózg po drodze i mocno pędził do przodu. Będąc zarazem nieco głuchym na sygnały chłopaka. Dlatego wykonali dość ciasny zakręt do pierwszego członu, nie dając szans na wyrównanie kroku, tempa ani czegokolwiek. Ogier zbyt daleko się wybił do stacjonaty, a skok wyszedł bardzo płaski. Diego modlił się tylko, by nie puknął w drąg, a ten aby nie spadł. W czasie lotu, nieco wyszarpał na nim posłuszeństwo i skrócenie do drugiego członu. Lądowanie i praktycznie zaraz, odbicie do oksera oznaczonego 6b. Ostatecznie, odbili się do niego prawidłowo i skok również, był na czysto. Lądowanie na lewo, a Diego nie pozwolił mu na samowolkę, nie popuszczając mu zaraz po szeregu. Niósł go z wysokimi przodami, mocniejszą akcją zadu i zamkniętymi łydkami na bokach konia. Półparadady skupiające, bo przeszkoda była dość trudna, bo w końcu wodna. Na szczęście, dojechanie do niej na czysto, dodanie łydki w miejscu wybicia i zgranie się z koniem w czasie lotu.G-Dragon - 2016-07-02, 18:52 Ogier już od rana skakał po boksie, ekscytując się dosłownie wszystkim. Konie kręcące się po stajni wraz z ludźmi, stajenni, a on siedział zamknięty w boksie co niezmiernie go irytowało. Współpraca z nim dzisiaj nie będzie należała do najłatwiejszych, ale znając właściciela powinien sobie z tym poradzić. Gniady naparł mocno klatką piersiową na drzwiczki boksu, rżąc przy tym basowo i nadymając mocno chrapy. Przez swoją ekscytację robił się jednocześnie dość niebezpieczny, zwłaszcza dla ludzi, ale stajenny który miał go wyczyścić nie miał zbytniego wyboru i musiał go jakoś ogarnąć. Wyprowadzony z boksu rzucał się na wszystkie strony, zaglądając do innych boksów i zaczepiając konie, które w tym czasie wystawiały łby ze swoich mieszkanek. Dzisiaj niewątpliwie wstąpił w niego diabeł, albo coś gorszego bo był naprawdę upierdliwy. Przeciągnął faceta przez cały odcinek dzielący jego boks i myjkę, aż wreszcie został uwiązany. Nie żeby jakoś specjalnie wpłynęło to na jego zachowanie, bo teraz zaczął dreptać w miejscu i sprawdzać wytrzymałość uwiązów na wszystkie możliwe sposoby. Kilka pstryczków w nos nie było w stanie go ogarnąć, ale stajenny mimo trudności poradził sobie i porządnie go wyczyścił. Po chwili w stajni zjawił się Diego, który osiodłał go i wyprowadził ze stajni. Całą drogę na rozprężalnię pokazywał na co go stać, caplował i momentami niemal galopował w miejscu. Upierdliwy był nie ma co, a jego ADHD zdawało się być nie do ogarnięcia. Nie inaczej zachowywał się podczas rozgrzewki, gdzie mógł się porządnie rozbiegać. Na inne konie standardowo reagował położeniem po sobie uszu, ale poza tym nie robił nic co mogłoby sprawić zagrożenie dla niego i dla innych. Po zakończeniu rozgrzewki czekał, aż wreszcie będzie jego kolej na wyjście na parkur.
W końcu nadszedł czas na niego, gdy miał się pokazać z jak najlepszej strony na parkurze. Trzymany krótko za pysk unosił wysoko głowę, zaciskając mocno zęby. Kilka razy się szarpnął, pokazując swoje niezadowolenie. Omiótł wzrokiem stojące dookoła przeszkody, ale szczególną uwagę zwrócił na przeszkodę wodną. Nie była to dla niego nowość, ale wolał wiedzieć jak ustawiona jest ta, żeby nie mieć później przykrej niespodzianki. Choć trudno było mu się na czymkolwiek skupić zapoznał się z parkurem, po czym kłusem zbliżył się do budki sędziowskiej przed którą stanął. Trudno było mu ustać w miejscu, więc co chwilę przestępował z nogi na nogę, a kiedy otrzymali sygnał chwilę zadrobił w miejscu po czym ruszył mocnym galopem. Pierwsza przeszkoda była stacjonatą, która nie robiła na nim żadnego wrażenia. Z wysoko uniesionym łbem galopował wprost na nią, bez uciekania na boki. Skakanie sprawiało mu dużo frajdy, więc nawet bez jeźdźca na sobie przeskoczyłby wszystko co było tutaj ustawione. Napalając się na przeszkodę jeszcze bardziej podkręcał swoje tempo, ostatecznie znajdując się w miejscu idealnym do wybicia. Sugerując się łydkami dociskanymi do jego boków odbił się od ziemi, podciągając przednie nogi pod siebie i wyciągając pysk do przodu. Wylądował na dobrą nogę i dalej kontynuował galopował na prawidłową nogę. Przed okserem znowu zaczął się rozpędzać, za co został lekko pociągnięty za pysk. Jego reakcja była natychmiastowa. Zarzucił łbem, zmniejszając jednak minimalnie swoje tempo i wykonując obszerniejsze fule. Unosił bardziej swoje przody, ładując w galop więcej siły z zadu. Kiedy poczuł łydki na swoich bokach wybił się do skoku, składając się do niego jak za pierwszym razem. Wylądował na lewej nodze, szybko łapiąc równowagę i dalej galopując do przeszkody numer trzy. Każde mocniejsze dociśnięcie jego boków skutkowało przyspieszeniem jego galopu, a pociągnięcie za pysk demonstracją niezadowolenia. Wyjechał obszerny łuk, na którym uważał by nie stracić równowagi i o nic się nie potknąć. Galopował blisko krótkiej ściany, a gdy znalazł się na trzech czwartych jej długości odbił na lewo, ponownie na stacjonatę. Mocnej trzymany za pysk nie atakował jej już z taką agresją, a już z większym spokojem. Chociaż nadal pozostawiało to wiele do życzenia. Wybił się w dobrym momencie i przeleciał na drugą stronę, prawidłowo lądując. Teraz skierował się lekko na lewo, gdzie czekała na niego przeszkoda numer cztery. Ogier mielił wędzidło w pysku, pieniąc się przy tym obficie, jednocześnie cały czas pozostając z mężczyzną na kontakcie. Jak za poprzednimi razami odbił się od podłoża, złożył się w skoku i wylądował bez przykrych niespodzianek. Na prawo, bo tam zaraz miał się udać. Wykręcił na prawo i naprostował się, by zaraz najechać na przeszkodę numer pięć. Poszerzył swoje fule i jeszcze bardziej umocnił oraz zaangażował zad, ładując z niego siłę do skoku. Wylądował i teraz miał do pokonania szereg. Obszerny zakręt i naprostowanie się przed pierwszym członem szeregu na co ogier zareagował ponownym ożywieniem. Podkręcił swoje tempo jeszcze bardziej, pędząc niemal na łeb na szyję. Stwierdził, że im bardziej się rozpędzi tym szybciej będzie miał to za sobą, a pomoce Diego miał jak na razie daleko w tyle. Nie przeszkadzaj mi, sam wiem co robię. Ciasny zakręt do pierwszego członu, sprawił, że jeszcze bardziej się napalił i zaatakował przeszkodę. Odbił się za daleko, skok wyszedł mu dość płaski, przez co przodem stuknął drąg, ale go nie zrzucił. Podczas lotu mężczyzna wyszarpał go za pysk, wręcz wymuszając na nim posłuszeństwo. Lepiej dla nich obojga, jeśli chcieli przeżyć ten szereg. Wylądował i zaraz wybił się, by przeskoczyć następną przeszkodę. Tym razem zrobił to już prawidłowo, więc niczego nie strącił ani nie obił, ku swojemu zadowoleniu no i zadowoleniu Diego, który zapewne cieszył się, że ogier niczego nie rozwalił swoim chwilowym straceniem łączności z mózgiem. Wylądował na lewą nogę, nie rozpędzając się już i nie odmawiając posłuszeństwa. W końcu teraz miał przed sobą przeszkodę wodną, która teoretycznie mogła go nieco rozproszyć. Dojechał do niej, skupiając się na pomocach mężczyzny i odbił się w prawidłowym miejscu, dzięki czemu oszczędził sobie i jeźdźcowi kąpieli. Wybił się na tyle mocno, by wylądować bez naruszania tafli wody.Diego Montana - 2016-07-02, 19:49
G-Dragon napisał/a:
[...]
Mimo pojawiających się od czasu do czasu trudności, gładko im (na razie) szedł ten trening. No właśnie ! Kontuzja, była w ich przypadku nie dopuszczalna, a właściwie ogiera. Diego nie wyobrażał sobie, zawodów czy braku treningów z ogierem. Po prostu, nie mieściło mu się to w głowie. Pamiętał o pochwałach, jednak nie przesadzał z nimi, by nie wszedł na laury. Jeszcze raz, zostały im koperty na zasadzie skok-wyskok, potem poważniejsze skoki. Tak jak powiedział, tak też zrobił. Skierował go po łuku na prostą linię do kopert, równe tempo, bez szaleństw. Lekkie skrócenie kroku, dojazd i łydka, lekki półsiad i oddanie wodzy, lądowanie i znowu ten sam schemat. Tak x4, a potem zwolnił go do kłusa, a potem stępa, czekając na ustawienie nowych przeszkód. Na terenie, pojawiły się 3 stacjonaty wielkości: 60 & 70 & 80cm oraz 2 oksery: 70x80 i 80x90. Kiedy było wszystko gotowe, odesłał go kolejne do kłusa, a potem galopu.